Connect with us

Publicystyka filmowa

Z komiksu na ekran, czyli Z KADRU W KADR #2. Barb Wire / Żyleta

Z KADRU W KADR #2. ŻYLETA to nieprzeciętna adaptacja komiksu, której klimat przyćmiewa tragiczne wykonanie. Czy zasługuje na miano najgorszej?

Published

on

Z komiksu na ekran, czyli Z KADRU W KADR #2. Barb Wire / Żyleta

Żyleta regularnie pojawia się w zestawieniach najgorszych filmowych adaptacji komiksów, nigdy jednak nie jest wystarczająco dobra, by wygrać. Czy to dlatego, że mimo bardzo dalekiego odbiegnięcia od zarysowanej na kartach komiksu Barb Wire fabuły częściowo zachowano jej specyficzny klimat? Czy zbierająca cięgi za okropne wykonanie produkcja z Pamelą Anderson w roli głównej naprawdę jest lepsza od Zielonej latarni, Fantastycznej czwórki lub X-Men: Ostatni bastion? A może po prostu mało kto pamięta jeszcze o komiksowych perypetiach Barbary Kopetski, natomiast ich fatalną adaptację schowano tam, gdzie wszystkie filmy z Pam?

Advertisement

Uwaga! Tekst zawiera znaczące spoilery z komiksu i filmu!

Komiks

Lata 90. były dla Dark Horse Comics dość dziwnym okresem. Z jednej strony niezależne wydawnictwo miało wówczas w swoim portfolio wiele ciekawych komiksów (jak kultowe dziś Sin City, Hard Boiled czy Hellboy), z drugiej zaś próbowało zarobić, kusząc masowego odbiorcę znanymi z telewizji i kinowych afiszy tytułami na licencjach studiów filmowych (Obcy, Predator, Gwiezdne wojny, Indiana Jones, RoboCop, Terminator, Buffy: Postrach wampirów – to tylko część przykładów).

Advertisement

Barb Wire należał wówczas do pierwszej z grup, ale mimo sporej rzeszy fanów komiks nie utrzymał się zbyt długo – zanim jednak zniknął na dobre, wydawnictwo próbowało reanimować serię, zarabiając przy tym na jej popularności. Na próżno.

Barb Wire (po angielsku dosłownie „drut kolczasty”) to ksywa Barbary Kopetski, która na łamach należącego do Dark Horse imprintu Comics’ Greatest World zadebiutowała w sierpniu 1993 roku. Seria stanowiła odpowiedź na trwającą w pierwszej połowie lat 90. manię snucia mrocznych, dystopijnych wizji przyszłości. Oddelegowani do CGW artyści wykreowali własne miniuniwersum, w skład którego wchodziły trzy miasta (Arcadia, Golden City, Steel Harbor) i jeden dziwaczny region gdzieś w Nevadzie (Vortex) oraz cała masa dobrych, złych i brzydkich postaci, świetnie wpisujących się w to nieszczególnie przyjazne środowisko.

Advertisement

Stworzona przez Chrisa Warnera Barb Wire to najpopularniejsza z zaprezentowanych wówczas bohaterek. Jej domem było Steel Harbor – upadłe, fikcyjne miejsce pełne degeneratów, inspirowane Detroit w najgorszym okresie jego istnienia. Nie do końca wiadomo, który mamy rok, ale już w pierwszym kadrze otrzymujemy podpowiedź, że miasto zostało zrujnowane w 1993. Od tego momentu panoszą się tam liczne gangi, które nieszczególnie przepadają za Barbarą Kopetski – łowczynią głów – na co dzień prowadzą lokal Hammerhead Bar & Grill.

Woody Allen i jego filmy cz.6 (1989-1992)

W tym dystopijnym świecie nie brakowało osób o nadludzkich zdolnościach, ale Barb była po prostu silną kobietą, świetnie wyszkoloną w walce i posiadającą superszybki refleks. Choć parała się nie do końca legalnym zajęciem, na tle mieszkańców swojego ukochanego Steel Harbor była niemal jak superbohaterka. Zwalczała przestępczość, prowadziła śledztwa, bez opamiętania tłukła „tych złych” – trochę jak damski odpowiednik sędziego Dredda o niemniej specyficznym humorze, ale osadzony w nie aż tak futurystycznych realiach.

Advertisement

Jej pierwsza solowa seria, stworzona przez Johna Arcudiego – wieloletniego współpracownika Mike’a Mignoliego i współtwórcę Hellboya – ukazywała się od kwietnia 1994 do lutego 1995 roku. Poza samą postacią Barb niewiele ma ona wspólnego z filmową adaptacją. Podobieństw można się natomiast doszukiwać w wydawanej od maja 1996 roku (pierwszy numer na dwa dni przed premierą filmu!) miniserii Barb Wire: Ace of Spades (w całości napisanej przez Chrisa Warnera) – zwłaszcza w warstwie graficznej, która przynajmniej częściowo posłużyła filmowym scenografom, choć poza nawiązaniem do rysunków Tima Bradstreeta wciąż przepaść jest tu ogromna.

Z kronikarskiego obowiązku wspomnę jeszcze, że między lipcem 2015 a lutym 2016 Dark Horse zdecydowało się na reboot losów Barbary Kopetski. Jego napisaniem, podobnie jak w przypadku miniserii Barb Wire: Ace of Spades, ponownie zajął się twórca postaci Barb Wire – Chris Warner. To jednak tylko ciekawostka, która nie ma związku z tematem tego tekstu.

Advertisement

Film

23 000 000 dolarów. Taką kwotę można znaleźć w internecie, jeśli zapytamy Google o budżet filmu Żyleta (a jeśli uwzględnimy inflację, będzie to około 36 milionów!) – nie są to jednak dane oficjalne. Zresztą podaję je tylko po to, by uświadomić wszystkim, że adaptacja komiksu Barb Wire wcale nie była produkcją niskobudżetową, choć podczas seansu trudno oprzeć się takiemu wrażeniu.

Advertisement

Filmowa adaptacja Barb Wire bazuje właściwie tylko i wyłącznie na rozpoznawalności Pameli Anderson, będącej w połowie lat 90. u szczytu kariery. Nikt nawet nie silił się na odtworzenie znanej z kart komiksu historii czy oddanie choćby realiów przedstawionego tam świata. Wykreowano zupełnie nowy – pozbyto się bohaterów o nadludzkich umiejętnościach, zamiast tego dodając… nazistów.

Akcja Żylety rozgrywa się w roku 2017. Po tym, jak w Stanach Zjednoczonych rozpętała się II wojna secesyjna, kraj podzielono na dwie zwalczające się frakcje. Po żadnej ze stron nie jest bezpiecznie, choć tak naprawdę zarysowano nam tylko jedną z nich – wyraźnie inspirowaną nazistami. Steel Harbor jest natomiast jednym z ostatnich „wolnych” miejsc, w których schronienia szukają przede wszystkim osoby mające sporo na sumieniu. To wymierające miasto degeneratów, w którym prym wiedzie w kółko podkreślająca swoją bezstronność Barbara Kopetsky. Prowadzony przez nią bar Hammerhead jest natomiast miejscem rozrywki dla każdego, kto podporządkuje się zasadom Barb.

Advertisement

Film od początku zbiera fatalne recenzje. Brak tu jakichkolwiek walorów artystycznych, nawiązań do komiksowego pierwowzoru czy choćby odrobiny sensu. Nikt do końca nie wie, czemu w ogóle miała służyć ta produkcja – choć piersi Pameli Anderson śmigają po ekranie co kilka sekund, to zdecydowanie za mało, by zadowolić poszukujących w wypożyczalni kaset porno z jej udziałem fanów; z kolei od strony technicznej szwankuje tu właściwie wszystko, zaburzając wrażenie oglądania poważnej produkcji.

Scenariusz Ilene Chaiken (ciekawostka: ta pani jest producentką i współscenarzystką Opowieści podręcznej – jednego z serialowych hitów tego roku) to zbieranina filmowych motywów, w głównej mierze oparta na Casablance, Mad Maxie i pół-amatorskich nagraniach z Pamelą Anderson jeszcze z czasów, gdy była ulubionym króliczkiem Hugh Hefnera.

Advertisement

Motyw właścicielki baru i spotkania po latach z dawną miłością, która zaangażowana jest w działania ruchu oporu, to aż nadto widoczne nawiązanie do fabuły jednego z najważniejszych filmów w historii kinematografii. Do tego dochodzą postapokaliptyczne wizje, które są jak parodia kultowej serii George’a Millera – najwięcej jest natomiast nawiązań do softporno Playboya, gdzie ani dialogi, ani amatorskie odgrywanie scenek nie mają większego znaczenia – liczą się cycki.

David Hogan, który zabierając się za Żyletę, miał na koncie realizację zaledwie kilkunastu teledysków, nie podołał swojemu pełnometrażowemu debiutowi. Podobnie zresztą jak operatorzy (czyż to nie idealne miejsce na żart o pracy z wykorzystaniem tylko jednej ręki?) – niewiele scen wygląda tak, jakby zostały nakręcone przez profesjonalistów. Większość to zbieranina fatalnie posklejanych ścinków taśmy filmowej. W grze aktorów także brak choć odrobiny zaangażowania. Nie oczekiwałem cudów od Pameli, ale Xander Berkeley (Terminator 2: Dzień sądu, Gattaca – szok przyszłości) czy Temuera Morrison (Tylko instynkt, Gwiezdne wojny, części II-III) mogli pokazać więcej – nawet Udo Kier, któremu przecież talentu odmówić nie można, zdaje się równać do współpracowników. Najbardziej ciekawi mnie natomiast kreacja Charliego (Jack Noseworthy) – gdyby miał okazję zadać jedno pytanie Tommy’emu Wiseau, zapytałbym o to, jak bardzo jego kreacja Johnny’ego w The Room była inspirowana właśnie tym dziwacznym popisem człowieka, którego twarz kojarzy mi się przede wszystkim z teledyskiem do utworu Always Bon Joviego. Wisienką na torcie są zaś sceny walki, które wyglądają bardziej niedorzecznie niż niejeden gag w filmach z Leslie’em Nielsenem.

Advertisement

Co ciekawe, okropne jakościowo filmidło nawet wśród miłośników kina klasy Z budzi mieszane uczucia. Rok 1996 to chyba po prostu za późno, by mieć realne szanse na zdobycie VHS-owych serc. Nie pomogły nawet próby sprzedania kaset dwuznacznym zdjęciem Pam Anderson na okładce oraz informacją o dodatkowych scenach w negliżu – osoby, które sięgnęły po film przez zamiłowanie do porno, były nie mniej rozczarowane niż ci, którzy liczyli na fajny film akcji lub adaptację ulubionego komiksu.

Porównanie

  • Komiks i film łączą jedynie postaci Barbary i Charliego Kopetskich – fizycznie oboje zostali odwzorowani bardzo dobrze, choć w przypadku brata głównej bohaterki pominięto jego umiejętności (mimo ślepoty komiksowy Charlie był świetnym konstruktorem, tworzył dla Barb nowoczesne bronie oraz dbał o cały jej sprzęt). Resztę pierwotnych bohaterów pominięto, a w ich miejsce stworzono zupełnie nowych.
  • W obu przypadkach człowiek, który zleca Barb polowanie na zbirów, jest Żydem (nieco nawet podobnym fizycznie), jednak poza stanowiskiem, wyglądem i domniemanym na podstawie nazwiska pochodzeniem nic ich nie łączy.
  • Jedyną datą, jaka pada w komiksie, jest rok 1993 – moment upadku Steel Harbor. Z drugiej strony wiadomo, że ojciec około trzydziestoletniej Barbary walczył na wojnie w Korei (1950–1953), a na kartach komiksu nie jest jeszcze leciwym człowiekiem – trudno więc przypuszczać, by akcja miała się toczyć w XXI wieku – a już na pewno nie w roku 2017, jak ma to miejsce w filmie.
  • Fabuła Barb Wire to zgrabne połączenie historii detektywistycznej z elementami komiksu superbohaterskiego, natomiast Żyleta jest typowym akcyjniakiem, gdzie zadanie głównej bohaterki sprowadza się do pomocy ważnej dla ruchu oporu kobiecie.

  • W obu przypadkach mamy do czynienia z pewnego rodzaju dystopią, jednak w oryginale mowa była o buntach ludności oraz bombardowaniu, które zniszczyło znaczą część Steel Harbor. Film idzie o wiele dalej – w Stanach wybucha druga wojna secesyjna, kraj podzielono na dwie zwalczające się federacje, a rodzinne miasto Barb leży na ziemi niczyjej. Wizualnie otrzymujemy tu mieszankę nocnych scen w klimacie neo-noir (z odrobiną cyberpunku), która za dnia ustępuje scenerii postapokaliptycznej (zwłaszcza poza centrum miasta).
  • Pomiędzy Barb Wire a Barb Wire: Ace of Spades widać wyraźną różnicę w wyglądzie Hammerhead Bar & Grill – to drugi z tych tytułów był inspiracją dla filmowych scenografów, którzy całkiem wiernie odwzorowali to miejsce.

    Także strój głównej bohaterki nawiązuje do wydanej w 1996 roku miniserii.

  • Jedyną sceną filmu, która ma swój odpowiednik w komiksie, jest próba uchwycenia Krebsa (w komiksie Johnniego B. Rooda) – w obu przypadkach Barb podszywa się pod prostytutkę, ale o ile w filmie podrywa sąsiada swojej „zdobyczy”, by przez jego mieszkanie dostać się do Krebsa, na kartach komiksu to jej cel jest klientem – po tym, jak orientuje się, z kim rozmawia i ucieka samochodem, a ponieważ nie ma ubezpieczenia… koszty wypadku pokryć ma Barb – kuriozum podkreślające, że bohaterce zależy na oczyszczeniu miasta z bandytów, ale nie stawia się przez to ponad prawem.

Ocena ekranizacji

Żyleta to okropny i – na szczęście – przez większość społeczeństwa zapomniany gniot. Momentami da się tu wyczuć specyficzny klimat komiksu o seksownej blondynce będącej w Steel Harbor „ostatnią sprawiedliwą”, ale to za mało, by orzec choćby pyrrusowe zwycięstwo – tym bardziej że jakość wykonania wskazuje raczej na mało śmieszną pornoparodię aniżeli wartą 23 miliony dolarów adaptację Barb Wire.

Advertisement

Jeśli miałbym wskazać powód, dla którego Żyleta nie jest w stanie wygrać nawet plebiscytu na najgorszą filmową adaptację komiksu, podobnie jak w przypadku Złotych Malin (tylko jedno „zwycięstwo” za najgorszy debiut dla Anderson spośród sześciu nominacji) moje przypuszczenia padłyby na brak rozpoznawalności. Jedno z dwóch pełnometrażowych „dzieł” Davida Hogana nie jest wystarczająco znane, by powiedzieć cokolwiek szerszej publiczności – to smutne, ale choćby nie wiem jak próbowano zapracować na te wątpliwe wyróżnienia, krytyka wolała jak najszybciej wymazać je z pamięci. Może tak jest lepiej, bo to tytuł rozczarowujący nawet w kategoriach parodystycznych, a co dopiero poważnej, wysokobudżetowej produkcji filmowej.

korekta: Kornelia Farynowska

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *