nowości kinowe

Dredd 3D. Twarde prawo, ale prawo

Wysokooktanowe kino akcji, gdzie krew leje się strumieniami, a bohater nie przebiera w słowach.

Autor: Radosław Pisula
opublikowano

Tekst z archiwum Film.org.pl.

Uwielbiam komiksy z Sędzią Dreddem. Postać stworzona przez Brytyjczyków (z dodatkiem hiszpańskiego rodzynka) w 1977 roku niemiłosiernie kpi z Ameryki i wyolbrzymia jej wartości oraz problemy do granic absurdu. Prawo, wielkie miasta, fascynacja przemocą i bohaterami o kwadratowych szczękach, Zimna Wojna, demokracja. Nic nie jest bezpieczne. Dodatkowo sam bohater to maksymalnie bezkompromisowy służbista i praktycznie zaprzeczenie koncepcji bohatera, ponieważ (przynajmniej przez kilka pierwszych lat) w żaden sposób wydarzenia, w których brał udział, go nie zmieniały. To twardy antybohater, który rozchlapałby mózg własnej matki, gdyby ta zadarła z prawem. Przemierzając post apokaliptyczny świat góruje niemiłosiernie nad amerykańskimi herosami, takimi jak np. Wolverine, którzy co najwyżej aspirują niewinnie do roli bezwzględnych mścicieli.

Teraz – po jednej nieudanej przygodzie w 1995 roku – Joe wraca na wielki ekran. I robi to z takim wykopem, energią i brutalnością, że Niezniszczalni mogą wypolerować mu hełm. Mamy nowego króla kina akcji. 

Świat przyszłości został spustoszony przez atomowe wojny. Ameryka jest radioaktywną pustynią, a jedynymi ośrodkami, w których zachowało się życie, są tzw. Mega Miasta. Przenosimy się do Mega-City One, położonego na Wschodnim Wybrzeżu Stanów Zjednoczonych stalowego molocha, który cierpi na gigantyczne przeludnienie (800 milionów mieszkańców), bezrobocie i falę przestępstw. Nad bezpieczeństwem mieszkańców czuwa organizacja Sędziów, którzy są natychmiastowym systemem sprawiedliwości – jednocześnie wcielają się w policjantów, sędziów i egzekutorów, którzy mogą na miejscu strzelić w łeb każdej szumowinie na to zasługującej. Poznajemy jednego ze stróżów prawa – Josepha Dredda – najtwardszego skurczybyka, jakiego nosiła Ziemia, który razem z młodą kadetką udaje się zbadać scenę zbrodni w jednym z najgorszych bloków w mieście. Nie wiedzą jeszcze, że odkrywając pewne brudne sprawy stojące za tym wydarzeniem, zostaną uwięzieni w budynku przez okrutną Ma-Mę i czeka ich krwawa walka o przeżycie. A amunicja nie rośnie na drzewach.

Dredd kupuje widza już od pierwszych scen. Szybko i zwięźle poznajemy – za pomocą słów samego protagonisty – absolutne podstawy, jakie rządzą światem przedstawionym. I tyle. Z miejsca zostajemy wrzuceni w wir akcji, która nie ustaje aż finału. Gdy tylko samochód przestępców, ścigany przez Dredda, masakruje jednego z przechodniów i zamienia jego ciało w krwawy worek kości, wiemy już, z jakim obrazem będziemy mieć do czynienia. Widz naturalnie wsiąka w brudne realia Mega-City One.

Film szybko definiuje również konwencję, w jakiej chce się poruszać. Najprościej można go określić, jako RoboCopa spółkującego ze Szklaną pułapką. Film idealnie łączy śmierdzący zbrodnią futurystyczny świat, w którym ostatnim sprawiedliwym jest nieprzebierający w słowach stróż prawa, z motywem zaszczucia w gargantuicznym potworze z betonu i żelaza, jakim jest budynek, w którym uwięzieni zostają bohaterowie. Przez osadzenie akcji w odciętym od świata wieżowcu, Dredd jest często posądzany o plagiat indonezyjskiego The Raid: Redemption, co osobiście mam w nosie, ponieważ brytyjski akcyjniak zrobiony jest dużo lepiej niż jego azjatycki kolega i solidnie trzyma się jednego pomysłu i stylu (a nie będąc policyjnym thrillerem zamienia się nagle w zagubiony film Bruce’a Lee nakręcony przez rodzeństwo Wachowskich). Nie ma tutaj wymachiwania kończynami i odbijania się od ścian. Sędziowie to w dalszym ciągu specjalny oddział policyjny, który działa taktycznie i w zgodzie z reprezentowanym kodeksem. Strzela, żeby przeżyć i spełnić swoje zadanie, a bardziej wysublimowane zachowania i sposoby zadawania śmierci związane są z naturalnymi elementami sytuacji, w której się znaleźli – np. braku amunicji.

Ostatnio dodane