Connect with us

Publicystyka filmowa

AZJATYCKIE WYBIELANIE, czyli te wspaniałe gwiazdy w swych skośnookich rolach

AZJATYCKIE WYBIELANIE to kontrowersyjna analiza białych ról w filmach, ukazująca historyczne zjawisko i jego niechlubne skutki w kinie.

Published

on

AZJATYCKIE WYBIELANIE, czyli te wspaniałe gwiazdy w swych skośnookich rolach

Whitewashing to zjawisko równie stare co kino, a polegające po prostu na tym, że w rolach mniejszości rasowych/etnicznych obsadza się białych aktorów. Początkowo było to odgórnie podyktowane społecznymi normami i przyzwyczajeniami. Potem stało się po prostu wygodnym rozwiązaniem finansowym. O ile prościej jest bowiem zareklamować film znanym, klasowym nazwiskiem poddanym odpowiedniej charakteryzacji, niż fizycznie doskonałym, ale nikomu nieznanym naturszczykiem. Jakie by jednak nie były powody tego zabiegu, jest on nadal okazjonalnie uskuteczniany i wciąż budzi kontrowersje.

Advertisement

Z oczywistych względów jego ofiarami padają głównie Azjaci – amerykański remake Ghost in the Shell, Doktor Strange czy Aloha to głośne tytuły z ostatnich lat. A jak to było wcześniej? Poniżej przykłady, które potrafią niekiedy zawstydzić nieoczekiwaną transformację Jamesa Bonda w Japończyka z Żyje się tylko dwa razy.


Alec Guinness

Większość jednego

Advertisement

W komedii Mervyna LeRoya z 1961 roku, będącej adaptacją starszej o dwa lata sztuki broadwayowskiej, brytyjski weteran wcielił się w Koichiego Asano – tokijskiego biznesmana i zagorzałego buddystę. Aktor wziął sobie rolę do serca, przed rozpoczęciem zdjęć udając się do Japonii, gdzie studiował tamtejszą kulturę, język i zwyczaje. Potem przykryto go toną charakteryzacji, która bynajmniej nikogo nie oszukała, choć ostatecznie doceniono kunszt Guinnessa. Jedynie pojawiający się na drugim planie George Takei – wtedy jeszcze kompletnie nieznany – był wstrząśnięty takim rozwiązaniem.


Boris Karloff / Christopher Lee

Maska Fu Manchu / Twarz Fu Manchu

Advertisement

Obaj mistrzowie kina grozy wcielili się w archetyp kryminalnego geniusza – doktora Fu Manchu – w ekranizacjach jego książkowych przygód z kolejno 1932 i 1965 roku (przy czym Lee grał go później jeszcze czterokrotnie). Swoimi kreacjami wydatnie przyczynili się do rozpowszechnienia zarówno złowrogiego wizerunku w popkulturze, jak i kontrowersji związanych z daną postacią. Po premierze Maski… Chińczycy złożyli oficjalną skargę do rządu USA, co doprowadziło do późniejszego wstrzymania jakichkolwiek materiałów z Fu Manchu w okresie wojennym, kiedy to Chiny wspierały Amerykę w walce z Japonią.

W latach 70. do protestów dołączyła także cała azjatycka społeczność Stanów Zjednoczonych. Z czasem słynny doktorek stał się synonimem rasistowskiego stereotypu, z którego z powodzeniem nabijali się później m.in. Peter Sellers w Szatańskim planie doktora Fu Manchu i Nicolas Cage w fałszywym segmencie dyptyku Grindhouse. Ogółem na ponad pięćdziesiąt produkcji małego i dużego ekranu, w których ta postać się pojawia, ani razu nie zagrał jej prawdziwy Azjata.

Advertisement


Joel Grey

Remo: Nieuzbrojony i niebezpieczny

Jeden z nielicznych pozytywnych przykładów whitewashingu, który podyktowany był tym, że twórcy po prostu nie zdołali znaleźć nikogo lepszego do roli mistrza walk – Chiuna – od znanego z Kabaretu Joela Greya, z myślą o którym w ogóle projekt powstał. Rasizm? Być może, ale trzeba tutaj ekipę naprawdę pochwalić, bowiem nawet dzisiaj, po ponad trzydziestu latach od premiery tej zabawnej zgrywy szpiegowskiej, fałszerstwa Chiuna nie idzie się dopatrzeć. To nie tylko doskonała charakteryzacja (zasłużona nominacja do Oscara), ale po prostu rola totalna, której nawet autentyczni Azjaci nie mogą nic zarzucić. Nic zatem dziwnego, że obok wspomnianej kreacji w filmie Boba Fosse’a Chiun nadal pozostaje najbardziej pamiętnym występem w karierze tego niepozornego aktorskiego kameleona.

Advertisement


John Wayne

Zdobywca

W 1956 roku, będący wtedy u szczytu sławy, The Duke zdecydował się zagrać… Czyngis-chana. Był to wybór, który od samego początku spotkał się z krytyką i niedowierzaniem, co potwierdził efekt finalny – Wayne był po prostu dalej Waynem znanym z licznych westernów, tylko że tym razem paradował z groteskowym, sztucznym wąsikiem i w egzotycznych wdziankach. I choć sam film okazał się jako takim hitem frekwencyjnym, ostatecznie produkcję tę, podobnie jak rolę Wayne’a, przyszło się uważać za jedną z najgorszych tworów tamtych czasów. W tym wypadku rasowe kontrowersje skutecznie zabiła jednak inna wpadka twórców – większość zdjęć nakręcono bowiem w pobliżu poligonu atomowego, w skutek czego wielu członków ekipy, wliczając w to reżysera, samego Wayne’a oraz niektórych gości wizytujących na planie, zaczęło w kolejnych latach umierać na różne formy raka.

Advertisement

Katharine Hepburn

Smocze nasienie

Tak, tak, whitewashing nie ominął nawet takich legend kina jak powszechnie uwielbiana panna Hepburn! Przyszła gwiazda uderzającego w rasowe uprzedzenia Zgadnij, kto przyjdzie na obiad w 1944 roku wcieliła się w Jade – chińską dziewczynę, która w przededniu drugiej wojny światowej sprzeciwia się japońskim agresorom. Z uwagi na okres, w którym film powstał, cała obsada składała się z białych twarzy wymawiających dziwaczne dialogi z kuriozalnymi akcentami. O dziwo, wraz z dwoma nominacjami do Oscara wszystko dość szybko rozeszło się po kościach. Inna sprawa, że obecnie jest to już mocno zakurzony tytuł, który mało kto pamięta.

Advertisement


Marlon Brando

Herbaciarnia „Pod Księżycem”

Wielki Brando zdecydował się w 1956 roku zagrać mieszkańca Okinawy, Sakiniego, głównie dla samego wyzwania. Znany z metodycznego aktorstwa gwiazdor przez dwa miesiące uczył się najmniejszych gestów charakterystycznych dla japońskiej kultury, poddając się codziennie również pieczołowitej, dwugodzinnej charakteryzacji. Wyszło nieco groteskowo, chociaż ostatecznie aktorowi udało się obronić dzięki ogólnej satyrze filmu prawiącego o wojennej okupacji i amerykanizacji Japończyków u kresu drugiej wojny światowej. Po jego premierze zwiększyła się ponoć także społeczna tolerancja na międzyrasowe małżeństwa w USA. Mimo to twórców otwarcie atakowano za stereotypowe przedstawienie japońskich kobiet.

Advertisement


Mickey Rooney

Śniadanie u Tiffany’ego

Adaptacja słynnej książki Trumana Capote’a z 1961 roku to zdecydowanie najsłynniejszy z niechlubnych występów tego typu. Pan Yunioshi w interpretacji Rooneya stanowi wręcz czystą karykaturę Azjaty widzianego oczami Amerykanów – niczym nieróżniącą się od propagandowych wizerunków „żółtych”, jakie rozpowszechniano w trakcie drugiej wojny światowej. Pomimo że sam aktor zagrał dobrze (zważywszy na okoliczności) i do końca życia twierdził, że nikt nigdy nie skarżył mu się osobiście, to pozostali twórcy zawsze żałowali tej obsadowej decyzji, której nijak nie dało się obronić.

Advertisement

To występ i owszem, z założenia prześmiewczy, ale jednak zdecydowanie przeszarżowany, zatem trudno się dziwić, że nadal używany jest jako wzorowy przykład tego „jak nie robić podobnych rzeczy”. Nigdy.


Paul Muni i Luise Rainer

Ziemia błogosławiona

Advertisement

Mamy rok 1937, więc w ekranizacji nagrodzonej Pulitzerem powieści o parze chińskich rolników – Wang Lungu i O-Lan – mogły zagrać jedynie ówczesne białe gwiazdy. Obie chwalono w dodatku po premierze, podobnie jak i sam film, choć nie ulegało wątpliwości, że duża w tym zasługa przede wszystkim wysokiej klasy materiału źródłowego. Niemniej Rainer dostała za swoją rolę Oscara, a całość przyjęto raczej ciepło i bez kontrowersji. Ale czy mogło być inaczej, skoro obecne na drugim i trzecim planie autentyczne twarze o azjatyckich rysach nie zostały nawet uwzględnione w napisach?


Yul Brynner

Król i ja

Advertisement

W tym samym roku, w którym John Wayne został władcą Mongolii, inną (wówczas przyszłą) ikonę westernu – Yula Brynnera – przemianowano na króla… Syjamu, Mongkuta. Łysolowi o rosyjskich korzeniach udało się jednak obronić przez wzgląd na olbrzymi sukces filmu – musicalu opartego bardziej na broadwayowskim widowisku aniżeli na stojącej u jego podstaw, osnutej na faktach książce Anna i król Syjamu. To zresztą nadal, mimo wielu kolejnych, bardziej poprawnych politycznie wersji tej historii, wciąż jej najsłynniejsza inkarnacja, nagrodzona ostatecznie aż pięcioma Oscarami (z czego jedna statuetka powędrowała właśnie do Brynnera). Król i ja jest na tyle popularny i lubiany, że kontrowersje wzbudził jedynie w Tajlandii, gdzie nadal pozostaje zakazany.

korekta: Kornelia Farynowska

Advertisement

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *