Publicystyka filmowa
AKTORKI w słynnych MĘSKICH ROLACH. Pomarzyć dobra rzecz…
AKTORKI w słynnych MĘSKICH ROLACH to fascynująca podróż po kinowych klasykach, gdzie kobiety przejmują ikoniczne postacie męskie.
Światowe kino coraz bardziej stawia na różnorodność – mężczyźni coraz częściej dzielić muszą się czasem ekranowym ze swoimi koleżankami, powstaje coraz więcej filmów z kobietami w rolach głównych i tytułowych, uznane serie i marki odważniej stawiają właśnie na kobiety. W poniższym zestawieniu prezentuję kilka kultowych męskich postaci ze świata kina i zastanawiam się, kto mógłby wcielić się w ich żeńskie odpowiedniki.
A już na tym etapie apeluję o trochę luzu i wyciągnięcie kija z wiadomej części ciała!
Axel Foley (Gliniarz z Beverly Hills) – Tessa Thompson
Jak bumerang wciąż powracają plotki i doniesienia o próbie reaktywacji Gliniarza z Beverly Hills, serii sensacyjnych komedii z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku z Eddiem Murphym w roli tytułowej. Słyszałem już o kontynuacji, reboocie i wersji serialowej. Trudno do końca stwierdzić, dlaczego Hollywood aż tak tęskni za Axelem Foleyem, ale rzeczywiście sztuka komedii sensacyjnych w Stanach Zjednoczonych nieco podupadła i trudno znaleźć dzisiaj tytuły trzymające poziom właśnie filmów z Murphym czy oryginalnych Zabójczych broni.
Być może zatem wzorzec w postaci uznanej marki byłby wskazany. Warto by jednak było przesunąć Axela na drugi plan, a na pierwszym przedstawić nową gwiazdę – tak jak zrobiono to w przypadku Creeda. Z pomocą mogłaby przybyć obecna właśnie na planie filmów o pięściarzu Tessa Thompson. Charyzmatyczna aktorka z dużym wyczuciem komediowym śmiało mogłaby wprowadzić gliniarza z Beverly Hills w XXI wiek.
Ethan Hunt (Mission: Impossible) – Gal Gadot
Wbrew temu, w co zapewne wierzy sam główny zainteresowany, Tom Cruise nie robi się młodszy i nie będzie mógł uchodzić za główną gwiazdę serii Mission: Impossible do końca świata. Oczywiście dzień przekazania warty nie nadejdzie lada moment, bo Cruise zapowiedział niedawno powrót w kolejnych dwóch odsłonach serii, które będą kręcone jednocześnie przez reżysera Christophera McQuarriego i których premiery zapowiedziano, kolejno, na wakacje 2021 i 2022 roku.
Jednak może po zakończeniu prac nad siódmą i ósmą (!) odsłoną serii Cruise zdecydowałby się na odejście w cień i wprowadzenie nowej twarzy misji niemożliwych. Naturalnym, biorąc pod uwagę dzisiejsze trendy, wyborem byłoby postawienie na postać kobiecą, a tutaj idealnym nazwiskiem wydaje się Gal Gadot – kochana przez Amerykę aktorka w przeszłości odbyła w rodzinnym Izraelu służbę wojskową, od początku kariery stawia na kino akcji i udało jej się nawet, w komediowych Szpiegach z sąsiedztwa, wcielić już w postać szpiega.
Hannibal Lecter – Robin Wright
Postać Hannibala Lectera – wyrafinowanego, eleganckiego mordercy o pociągach kanibalistycznych – fascynuje nieprzerwanie od 1981 roku, kiedy zadebiutował on na kartach powieści Czerwony smok Thomasa Harrisa. Powrócił jeszcze w trzech książkach, pojawił się w pięciu filmowych ekranizacjach i liczącym trzy sezony serialu.
Dzisiaj, dzięki takim tytułom jak Mindhunter, Dom, który zbudował Jack, Taśmy Teda Bundy’ego czy zapowiedzianemu na tegoroczne lato filmowi Quentina Tarantino, motyw seryjnego mordercy przeżywa nową młodość. Zdziwi mnie zatem, jeśli Hollywood w końcu nie przypomni sobie o swoim ulubionym kinowym kanibalu.
Do tej pory w kultową postać wcielali się tacy wielcy światowego kina jak Brian Cox, Anthony Hopkins, Mads Mikkelsen i – wyjątkowo nie aż tak wielki – Gaspard Ulliel. Czas może zatem na na wielką aktorkę? Ja widziałbym tu Robin Wright – pociągającą, charyzmatyczną kobietę z wielką klasą i ze zdobytymi na planie House of Cards predyspozycjami do wcielenia się w elegancką psychopatkę.
Harry Potter – Millie Bobby Brown
Zapewne minie kilka dobrych lat, zanim Warner Bros. zdecyduje się na zekranizowanie przygód Harry’ego Pottera jeszcze raz, szczególnie biorąc pod uwagę próbę przedłużenia żywotności czarodziejskiego świata J.K. Rowling poprzez filmy z cyklu Fantastyczne zwierzęta.
Szkoda, bo seria z Danielem Radcliffe’em w roli tytułowej ma na sumieniu wiele grzechów, spośród których najpoważniejszym jest złe rozstawienie wątków i istotnych fabularnie elementów, co było pokłosiem kręcenia filmów jeszcze przed zakończeniem książkowego cyklu. Jako fan książkowego pierwowzoru z wielką przyjemnością obejrzałbym spójną, przemyślaną i rozplanowaną na poszczególne filmy ekranizację. Gdyby miało do niej dojść dzisiaj, być może autorka książek, znana z liberalnych poglądów J.K. Rowling, zechciałaby zmienić płeć głównego bohatera, co z pewnością nadałoby nowej serii własny charakter i odrębność.
Idealna do roli Harry’ego wydaje się brytyjska aktorka znana z roli Jedenastki w netflixowym Stranger Things. Czas jednak nie jest w tym przypadku sprzymierzeńcem – Brown na dniach kończy już piętnaście lat, a książkowego Harry’ego poznajemy w dniu jego jedenastych urodzin.
Indiana Jones – Olivia Munn
Hollywood z pewnością nie odpuści łatwo postaci Indiany Jonesa. Mimo średniego przyjęcia powrotu tego bohatera w filmie Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki z 2008 roku Disney zapowiedział na lipiec 2021 roku kolejny film z cyklu, w którym jako reżyser powrócić ma Steven Spielberg, a rolę tytułową ponownie zagrać Harrison Ford.
Moja miłość do tego aktora nie zna granic, ale trudno też nie zauważyć, że w dniu premiery filmu będzie on miał na karku niemal siedemdziesiąt dziewięć lat i z pewnością powinien zacząć żegnać się już z kultową rolą archeologa. Wątpliwe wydaje się jednak, żeby z postacią chciało pożegnać się dzierżące do niej prawa studio, a ja z kolei nie wyobrażam sobie innego aktora w tej roli – może zatem warto eksplorować motyw dzieci Indy’ego? Z pewnością nie ma mowy o powrocie postaci Shii LaBeoufa, więc może czas wprowadzić do marki córkę postaci Forda? Oglądając zeszłorocznego Predatora Shane’a Blacka, zwróciłem uwagę na postać graną przez Olivię Munn – piękną panią naukowiec, która tak samo dobrze jak z pisaniem doktoratów radzi sobie z walką wręcz i bronią palną. Spójrzcie nawet na prezentowany powyżej styl ubioru postaci – czyż nie tak powinno wyglądać dziecko Indiany Jonesa?
James Bond – Emily Blunt
Era Daniela Craiga w rolli najbardziej zaufanego agenta Jej Królewskiej Mości nieubłaganie dobiega końca – trudno oprzeć się wrażeniu, że zapowiedziana na luty 2020 roku dwudziesta piąta odsłona cyklu będzie dla aktora odsłoną pożegnalną. Ponownie zatem rozpocznie się gorączka związana z poszukiwaniem i wyborem kolejnego aktora wcielającego się w rolę Jamesa Bonda. Może zatem, aby jej uniknąć, nie szukajmy aktora, ale… aktorki? Tylko żartuję, bo zdaję sobie sprawę, że nie byłoby wtedy mowy o ostudzeniu atmosfery – przeciwnie, internet, który słabo sobie radzi nawet z niepopartymi niczym plotkami o castingu czarnoskórego aktora, dosłownie eksplodowałby, gdyby producenci zdecydowali się zmienić płeć agenta 007. Gdyby jednak zaryzykowano podjęcie tak kontrowersyjnej decyzji, to mnie do głowy przychodzi jedno godne tej zmiany nazwisko: Emily Blunt. To pełna klasy, piękna aktorka, urodzona – jak przystało na porządnego agenta MI6 – w Londynie, samym sercu brytyjskiego królestwa. Jej udana rola w wypełnionym akcją Na skraju jutra pozwala wierzyć, że świetnie poradziłaby sobie również jako Bond, Jane (?) Bond.
John McClane (Szklana pułapka) – Rebecca Ferguson
Od dnia premiery katastrofalnie złej Szklanej pułapki 5 w 2013 roku producenci zastanawiają się, co zrobić z tą marką. Ostatecznie stanęło, zdaje się, na prequelu, ale przejęcie Foxa, który posiada prawa do postaci Johna McClane’a, przez studio sygnowane nazwiskiem Walta Disneya znów każe wątpić w możliwość zobaczenia dalszych losów postaci.
Być może warto zatem postawić na remake lub reboot i wrócić do tego, co w serii pierwotne – bohatera zmagającego się z zagrożeniem na zamkniętym terenie, mającego ograniczony ekwipunek i przeciwnika z przytłaczającą przewagą. Nie potrzebowalibyśmy tutaj zblazowanego dzisiaj niemożliwie Bruce’a Willisa ani zupełnie zbędnego origin story Johna McClane’a. Studio mogłoby za to wpisać nową Szklaną pułapkę w nurt kina akcji spod znaku girl power i postawić na postać kobiecą. W tej roli widziałbym na przykład Rebeccę Ferguson – aktorkę o znakomitym zacięciu do kina akcji (występy w dwóch ostatnich odsłonach Mission: Impossible mówią same za siebie!) i przede wszystkim doskonale pasującą do konwencji nieidealnej postaci z krwi i kości, której bliższe są brudny podkoszulek i twarz zalana potem niż wybieg na tygodniu mody w Paryżu.
Marty McFly (Powrót do przyszłości) – Hailee Steinfeld
Powrót do przyszłości to jeden z niewielu przykładów kultowych serii kina, które oparły się modzie na tworzone po latach przerwy kontynuacje. Od 1990 roku dumnie nazywana jest ona trylogią i jak na razie nic nie wskazuje na to, aby status ten utraciła.
A jednak trudno mi sobie wyobrazić, żeby w związku z wciąż nadmuchiwanym balonikiem nostalgii Hollywood nie upomniało się o markę tworzoną w ubiegłym wieku przez Roberta Zemeckisa. Mam nadzieję, że uda się jednak przy tym zauważyć, że wystarczy postawić na przygody związane z wehikułem czasu, a nie wracać do postaci Marty’ego i Doktora Browna, które dzisiaj raczej mogłyby zostać jedynie odarte z godności. Dużo chętniej zobaczyłbym nowe postaci wiążące swoje losy z kultowym DeLoreanem. A skoro niesamowity samochód i nostalgia związana z latami osiemdziesiątymi, to myślami natychmiast wracam do znakomitego Bumblebee z końcówki ubiegłego roku (a w Polsce z początku obecnego) i rewelacyjnej Hailee Steinfeld, która udowodniła, że w kinie przygodowym czuje się jak ryba w wodzie. Chętnie odbyłbym z nią podróż w czasie – może z czasów obecnych właśnie do lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku?
Max Rockatansky (Mad Max) – Lauren Cohan
Mad Max: Na drodze gniewu z 2015 roku dobitnie pokazał, że seria ta doskonale sobie radzi bez Mela Gibsona, a nawet więcej – jej głównym atutem okazał się nie bohater tytułowy, ale znakomity świat szalonej postapokalipsy. Film George’a Millera stanowi też jeden z najciekawszych przykładów feministycznego ducha we współczesnym kinie rozrywkowym. Wszystko to prowadzi do wniosku, że kolejna odsłona serii wcale nie musiałaby opierać się na postaci granej najpierw przez Gibsona, a ostatnio Toma Hardy’ego.
Gdyby zatem Miller chciał na ekranie zamiast Maxa pokazać Max, to z pewnością nie miałby z tym większego problemu. Ja wybrałbym do tej roli Lauren Cohan, aktorkę znaną doskonale fanom The Walking Dead, gdzie pokazała, że rola postapokaliptycznej kowbojki to coś, w czym czuje się naprawdę doskonale. Zwyczajnie boję się też, że po The Walking Dead Cohan szybko zniknie z pamięci widzów, czego absolutnie jej nie życzę.
Willy Wonka (Charlie i fabryka czekolady) – Zazie Beetz
Jeśli wierzyć plotkom, Hollywood ostro bierze się do trzeciej już adaptacji książki Roalda Dahla. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku twarzy ekscentrycznemu właścicielowi fabryki czekolady użyczył Gene Wilder, niemal półtorej dekady temu w filmie Tima Burtona zagrał go jego nadworny szaleniec – Johnny Depp.
Obaj panowie stworzyli niezwykle barwne, wbijające się w pamięć kreacje. Tym razem producenci rzekomo zastanawiają się nad trzema nazwiskami – Ryanem Goslingiem, Ezrą Millerem i Donaldem Gloverem, a sam film nie ma wiernie oddawać książki Dahla, ale stanowić jej prequel, rozpoczynający całą serię filmów o Wonce. Może to dobry moment, żeby nieco odświeżyć wizerunek bohatera i nie tylko zmienić mu kolor skóry – jak sugeruje pomysł na angaż Glovera – ale także płeć.
Gdyby do tego doszło, postawiłbym na koleżankę Glovera z planu Atlanty – Zazie Beetz. To aktorka o niezwykłej komediowej lekkości, a przede wszystkim mocno jeszcze niewykorzystane w Hollywood nazwisko.
