search
REKLAMA
Artykuł

George Lucas – PLAGIATOR czy WIZJONER? Kulturowa geneza STAR WARS

Mikołaj Lewalski

20 lipca 2020

REKLAMA

Na początku lat 70. pewien młody reżyser wpadł na dziwaczny pomysł i wyobraził sobie film, który łączyłby kino przygodowe z realiami science fiction wzbogaconymi elementami baśni. Miała to być porywająca historia rozgrywająca się w rozbudowanym świecie, do którego widz zostanie bezceremonialnie wrzucony. Mówiąc wprost: zwariowana wizja, która nie mogła się udać ani tym bardziej na siebie zarobić. Prawie nikt nie wierzył w sukces rzeczonego pomysłu, zwłaszcza na początku jego realizacji. Rzeczywistość okazała się jednak zgoła odmienna od tych pesymistycznych prognoz: Gwiezdne wojny zostały największym hitem 1977 roku, a cztery dekady i dziesiątki miliardów zysków później nic nie zapowiada spadku zainteresowania marką. Co zabawne, istnienie tego kolosalnego popkulturowego fenomenu zawdzięczamy grupce osób, która nie chciała sprzedać Lucasowi praw do ekranizacji przygód Flasha Gordona.

Od Flasha Gordona do Luke’a Skywalkera

Lucas od dziecka pochłaniał komiksy przedstawiające przygody Flasha Gordona. Był także wielkim miłośnikiem stareńkiego serialu, który przeniósł ten świat na ekrany telewizorów. Oczywiście, doskonale zdawał on sobie sprawę z tego, jak kiepsko zrealizowana jest ta produkcja, zastanawiał się więc, co by wyszło z porządnej ekranizacji, wykorzystującej to, co najlepsze w tym fikcyjnym uniwersum. Niestety dla ówczesnego Lucasa i na szczęście dla reszty świata posiadacze marki Flasha Gordona nie byli gotowi na powierzenie tego tytułu obiecującemu, ale jeszcze niesprawdzonemu reżyserowi. Na ich celowniku znajdował wtedy się Federico Fellini (a później Sergio Leone), więc postanowili po prostu zbyć Lucasa okropną ofertą, na którą młody filmowiec nie mógł jeszcze sobie pozwolić. Późniejszy rozwój wypadków można określić jako chichot historii: Lucas zdecydował się na wymyślenie własnego uniwersum science fiction, a spóźniona adaptacja przygód Gordona (mająca premierę trzy lata po Gwiezdnych wojnach) okazała się finansową klapą, której niejeden krytyk zarzucał odtwórczość w stosunku do historii Luke’a Skywalkera. To ostatnie jest szczególne zabawne, biorąc pod uwagę, jak duży wpływ miał Flash Gordon na powstanie dzieła Lucasa.

Gwiezdne wojny pożyczyły od Flasha motyw infiltracji fortecy złego imperatora przez dwójkę bohaterów w uniformach wrogiej armii, ratunek księżniczki-brunetki, przyjazną bohaterom postać obcego o dość zwierzęcym wyglądzie i sporych gabarytach, a także styl napisów wprowadzających widza w fabułę. Wpływ fascynacji Gordonem jest widoczny także w kolejnych częściach, które wykorzystały wątki podniebnego miasta i protagonisty walczącego z potworem na zamkniętej podziemnej arenie. Awanturnicze perypetie Bucka Rogersa i niemieckiego Perry’ego Rhodana również odcisnęły swoje piętno na całokształcie sagi Gwiezdnych wojen. Oprócz konkretnych motywów fabularnych i sylwetek postaci Lucas chciał bowiem uchwycić przygodowego ducha i optymistyczny charakter rozrywkowych dzieł, którymi się inspirował. George pragnął stworzyć coś, co będzie przeciwieństwem jego świetnie przyjętego, ale przygnębiającego (i niezbyt zyskownego) THX 1138. Uważał, że atakowani pesymizmem i moralną ambiwalencją widzowie zasługują na kino, które pozwoli im poczuć się dobrze. Gwiezdne wojny miały być odtrutką na TaksówkarzaBrudnego Harry’ego i inne tytuły krytycznie spoglądające na kondycję ówczesnego społeczeństwa.

Legendy o dawnych wojnach i japońskich urzędnikach

Chcąc osiągnąć ten efekt, Lucas analizował filmy dla dzieci i baśni, próbując zrozumieć, w jaki sposób ich struktura przekłada się na ich odbiór. Zależało mu, by uczynić ze swojego projektu coś na kształt współczesnej mitologii. Gwiezdne wojny miały się zaczynać na długo przed pierwszym kadrem filmu i trwać wieki po finałowym ujęciu. W zamierzeniu był to żyjący świat, wypełniony własnymi mitami i legendami, świat o nieograniczonym potencjale rozwoju. George celował w baśniowość, ale nie w kicz – reżyser od początku zaznaczał, że nie ma zamiaru tworzyć umownej chałtury, tylko coś, w co widzowie będą w stanie uwierzyć. Wiele problemów, z którymi zmagają się bohaterowie w ten czy inny sposób, jest zakorzenionych w naszej rzeczywistości, co sprawia, że łatwiej się z nimi utożsamiać; z drugiej strony akcja ma miejsce w niesprecyzowanym miejscu i czasie, co nasyca te historie baśniowością, nadaje im charakter legend.

Wędrówka Luke’a i napotykane przez niego postaci wpisują się zaś w klasyczny schemat podróży bohatera, schemat opisany przez Josepha Campbella, który zauważył, że większość dzieł kultury od tysięcy lat opiera się na podobnych fundamentach. Bohater żyjący rutyną, element zaburzający tę rutynę i prowadzący go na przygodę, postać mentora uczącego bohatera nowych umiejętności czy sposobów myślenia, drugi akt kończący się upadkiem bohatera… Zainteresowanych tematem odsyłam do Bohatera o tysiącu twarzy, a nieprzekonanych zachęcam do zastanowienia się nad schematami fabularnymi pierwszych części Gwiezdnych wojen, Władcy pierścieni, Harry’ego Pottera i Matrixa – łączy je znacznie więcej, niż mogłoby się wydawać! Lucas doskonale zdawał sobie sprawę ze znaczenia tych archetypów w budowaniu ponadczasowych historii, spędzał więc całe dnie na pochłanianiu ton komiksów, książek, seriali oraz filmów, w nieustających poszukiwaniach złotego przepisu. Przepisu na właściwe wykorzystanie wielu istniejących już elementów, na stworzenie czegoś, czego jeszcze nikt nie widział.

Avatar

Mikołaj Lewalski

REKLAMA