Publicystyka filmowa
5 NAJGORSZYCH filmów oryginalnych NETFLIXA z 2019 roku
Oto pięć NAJGORSZYCH filmów oryginalnych NETFLIXA z 2019 roku, które potrafią zaskoczyć swoją niską jakością i absurdalnym pomysłem.
Według amerykańskiego magazynu Variety platforma streamingowa Netflix wydała w 2019 roku około 400 oryginalnych produkcji. W analizie uwzględniono dokumenty, animacje dla dorosłych, stand-upy i inne programy. Co ważniejsze, wraz ze zwiększeniem liczby produkcji własnych wzrosła także ich jakość. Wskazuje na to prawie trzykrotnie więcej nominacji do Złotych Globów względem ubiegłego roku. Niestety Netflixowi wciąż przy okazji zdarzają się filmowe wpadki. Nierzadko są to naprawdę złe produkcje, których nic nie jest w stanie wytłumaczyć. Oto pięć najgorszych oryginalnych filmów Netflixa z 2019 roku.
Polar
Jonas Åkerlund ewidentnie chciał być cool i jego intencje są czytelne od samego początku filmu Polar. Reżyser pragnie bowiem oszołomić widza dynamiką akcji, wymyślnymi scenami przemocy i czarnym humorem. Niestety dynamika zamienia się tu w zwykłą nadpobudliwość, wbijanie gwoździ w jądra nie jest efektownym sposobem zadawania bólu, a zabijanie nieprzyzwoicie otyłego człowieka serią z kilku karabinów lub przypadkowe odstrzelenie psa wcale nie są śmieszne.
Obrazowi szwedzkiego twórcy brakuje jakiegokolwiek uroku, a w to, że film ten świadomie bawi się schematami kina akcji, trzeba uwierzyć. Ponadto wydaje się, że Polar ze wszystkimi swoimi agresywnymi, krwawymi strzelaninami i wulgarnymi laseczkami z obfitym, sztucznym biustem celuje w widzów, którzy przechodzą właśnie okres burzy hormonów (z całym szacunkiem do wszystkich młodych ludzi, którzy zauważyli, że ten obraz wcale nie jest cool), a problematyczne to o tyle, że film przeznaczony jest dla osób powyżej 18. roku życia. Na dodatek „dzieło” Åkerlunda trwa prawie dwie godziny, a historię tu przedstawioną można by z powodzeniem skrócić do nieco ponad jednej godziny.
Oczywiście tym samym nie moglibyśmy oglądać, jak główny bohater przedziera się przez tłumy padających jak muchy „kitowców”, ale być może wtedy z dna zupy, w której skład wchodzą hektolitry krwi i członki ludzkich ciał, nie trzeba by było wyławiać ciekawszych składników w postaci aktorstwa Mikkelsena i Hudgens.
Ostre siatkarki
Ostre siatkarki to ten rodzaj kina, który emituje się na niektórych festiwalach filmowych bardzo późnym wieczorem, żeby widzowie mogli się zupełnie rozluźnić i po prostu dobrze bawić po całodniowych, poważnych seansach. Tworzenie tego typu kina nie jest jednak tak proste, jak mogłoby się wydawać i jak wydaje się Olivierowi Afonso. Wszystko jednak wskazywało na to, że kto jak kto, ale Afonso, czyli uzdolniony dyrektor artystyczny i choreograf, znany z pracy przy takich obrazach jak Mięso (2016) czy Motyl i skafander (2007), powinien sobie bez większych problemów z tym poradzić. Tymczasem horror komediowy, na którego reżyserię się porwał, ani nie straszy, ani nie śmieszy. Ktoś powie, że od produkcji pod tytułem Ostre siatkarki nie powinienem oczekiwać niczego więcej niż niewybrednych żartów, hektolitrów krwi oraz odrobiny miękkiej pornografii i być może miałby rację, gdyby film Afonso nie był przy tym zupełnie pozbawiony smaku, jak również jakiejkolwiek golizny. Jeśli Ostre siatkarki miały być pastiszem, to jest to rzecz za mało inteligentna. Jeśli film miał traktować o sile kobiet, to dlaczego Afonso nie uwypukla choć trochę bardziej ich historii, tylko przedstawia je stereotypowo? Jeśli produkcja miała przede wszystkim szokować i bawić widza obrazami gore, to dlaczego CGI wygląda tak tandetnie i mało efektownie (poza scenami odstrzelenia ręki i dziury w brzuchu)? Jeśli natomiast dzięki scenom gore dzieło to miało być zabawne, to… no dobra, może dla Francuzów, odbiorcy po trzecim browarku lub widowni gustującej w kloacznym humorze jest.
Sekretna obsesja
Pamiętam czasy, kiedy siadałem wygodnie w fotelu lub na kanapie i włączałem na chybił trafił thrillery z Netflixa, bo większość z nich dostarczała potrzebnych mi akurat wówczas przyjemnych dreszczy strachu i zaskakiwała finałowym rozwiązaniem. Niestety ostatnio jest z tym problem, a szczególnie żenującym dowodem na spadek jakości thrillerów na amerykańskiej platformie streamingowej okazała się Sekretna obsesja Petera Sullivana. To film do bólu przewidywalny i nie wzbudzający żadnych emocji oraz napięcia.
Tutaj nawet nie trzeba – a raczej nie powinno się – myśleć, jeśli ma się nadzieję na choć odrobinę udany seans. Postaci Sekretnej obsesji nie angażują odbiorcy, a chwilami wręcz irytują. Jedyny godny uwagi bohater i jego historia zostają pominięte na rzecz całkowicie spodziewanego rozwoju głównego wątku. Wygląda na to, że scenariusz filmu Petera Sullivana przeleżał w szufladzie przez ostatnie 30 lat, bo wygląda tak, jakby był skrojony na potrzeby telewizji z lat 90. Być może tytuł ten miał wzbudzać nostalgię wśród miłośników starych thrillerów, ale oglądanie takich obrazów to już bardziej jakaś obsesja.
Cisza
Cisza jest najprawdopodobniej najgorszym horrorem wyprodukowanym przez Netflixa w ogóle. Jawna podróbka Cichego miejsca (2018) Johna Krasinskiego nie działa właściwie na żadnym poziomie. Produkcja Johna Leonettiego razi przewidywalnością, irracjonalnymi rozwiązaniami fabularnymi, nędznym CGI, dość przeciętnym aktorstwem i nijakimi postaciami. Jeżeli miałbym typować winnego tego niestrasznego horrorowego niewypału, to wskazałbym przede wszystkim jego reżysera.
Leonetti ewidentnie chciałby podpisywać swoim nazwiskiem box office’owe hity, skąd zapewne jego zamiłowanie do produkcji nikomu niepotrzebnych sequeli lub podróbek popularnych obrazów. W filmografii Amerykanina (jako reżysera) znajdują się bowiem takie kwiatki jak Efekt motyla 2 (2006) lub Mortal Kombat 2: Unicestwienie (1997). Zero inwencji twórczej, brak pomysłów i lenistwo doprowadziły również do powstania Ciszy.
Sześcioraczki
Biblioteka Netflixa skonstruowana jest w taki sposób, aby zadowolić wszystkich odbiorców. Są jednak w bazie popularnej platformy filmy, które nie mogą i nie powinny spodobać się nikomu. Poza wspomnianymi wyżej tytułami, z których – gdy człowiek mocno się wysili – można wyłuskać jakieś pozytywne aspekty, zdarzają się potworki bez jakichkolwiek atutów.
W 2019 roku takim oryginalnym filmowym gniotem Netflixa były Sześcioraczki Michaela Tiddesa. Analizując jednak dotychczasowy dorobek artystyczny wspomnianego reżysera, trudno dziwić się niskiemu poziomowi jego ostatniego obrazu. Tiddes do 2019 roku stworzył bowiem pięć filmów, a najlepszą oceną może poszczycić się jego reżyserski debiut, który na Rotten Tomatoes ma „aż” 10% pozytywnych recenzji. Sześcioraczki to festiwal niesmacznych żartów i głupich dialogów. Największą gwiazdą filmu jest Marlon Wayans, który dosłownie dwoi się i troi, aby kogokolwiek rozbawić. Niestety nawet przy całym swoim niewątpliwym komediowym talencie nie jest w stanie tego zrobić, ponieważ przeszkadza mu w tym scenariusz, którego zresztą on sam jest autorem. Śmieszne? Bynajmniej.
Zgadzacie się z powyższymi typami? Jakie filmy dodalibyście do tego zestawienia? Dajcie znać w komentarzach.
