Autor: REDAKCJA
opublikowano

NAJGORSZE SEQUELE WSZECH CZASÓW. Wielki ranking czytelników!

Z gwiazdorskimi hitami, blockbusterami czy innymi kinowymi przebojami bywa tak, że prędzej czy później zniosą pierwszy bądź kolejny sequel. Lepszy lub gorszy, choć, jak udowadniamy poniżej, tych drugich nie brakuje. Są żywymi przykładami na to, że „co za dużo, to niezdrowo”. Niby utarty banał, ale wydawać by się mogło, że wielu reżyserów nic sobie z jego przesłania nie robi. Tak czy inaczej, pora głośno powiedzieć, że przepis na idealny sequel to nie tylko znane twarze, żerowanie na tym samym, przeżutym materiale czy uderzanie w słaby punkt każdego kinomana – nostalgii. A już na pewno nie powinno to być „więcej, lepiej, szybciej, głośniej”. Jest wiele udanych sequeli, jest jednak i dużo takich, które zamiast powrotu do starej, dobrej rozrywki serwują nam jedynie żal i rozgoryczenie. Z nieocenioną pomocą naszych czytelników udało nam się sporządzić listę 50 takich tytułów. 

Poniższe filmy to produkcje, które zdobyły największą liczbę głosów w naszym ostatnim plebiscycie. Zwycięską tróję znajdziecie na ostatniej stronie. Sprawdźcie sami, czy wyniki was zaskoczą.

50. Shrek Trzeci

2007, reż. Chris Miller, Raman Hui

Przypadek Shreka Trzeciego ma nawet w literaturze swoją fachową nazwę. Nazwę zapożyczoną co prawda z geografii, ale pasującą świetnie. To nadmierna eksploatacja zasobów. W tym konkretnym przypadku zielonego ogra z niską samooceną, gadającego osła i całej rzeszy innych bajkowych wyrobników, którzy z całą pewnością zasłużyli na długi odpoczynek od kultury popularnej. Najbardziej widoczne skutki takiego nadmiernego wyeksploatowania to: wyjałowienie, degradacja, zmęczenie materiału, słowem ogólny spadek formy, czyli wszystkie przypadłości Shreka Trzeciego. Bo właściwie nie chodzi nawet o to, że Shrek Trzeci jest jakiś bardzo zły czy kiczowaty. Jest zupełnie poprawny, momentami (chociaż bardzo mało tych momentów) nawet zabawny. Chodzi o to uczucie, które pojawia się mniej więcej w piętnastej minucie filmu: dość, wystarczy. Ani jednego zielonego ogra więcej. Ani jednej ogrzej żony, żadnych małych ogrzątek. I tak, po siedmiu latach od powstania jednej z najlepszych animacji ostatnich lat, Shrek z powodzeniem może ubiegać się o tytuł najbardziej irytującej postaci filmowego świata. To jest osiągniecie. Firmie DreamWorks dziękujemy za wybitne starania. [Anna Dranikowska]

49. Gliniarz z Beverly Hills III

1994, reż. John Landis

Gliniarz z Beverly Hills 3 to niewypał na każdej płaszczyźnie; zabrakło tu wszystkiego, co świadczyło o sukcesie poprzedników. Zabrakło Ronny’ego Coxa, Paula Reisera (który w dwójce miał większą rolę niż w części pierwszej), a przede wszystkim Johna Ashtona (który podobno chciał trzeci raz wcielić się w rolę Taggarta, ale zdanie producentów było inne), przez co ze wspaniałego duetu pozostał tylko Judge Reinhold, nieudolnie próbujący komizmem nadrabiać brak ekranowego partnera. Eddie Murphy także nie pokazał w „trójce” niczego nadzwyczajnego; zamiast śmieszyć – żenował; aż szkoda było chwilami patrzeć na nieudane próby podrobienia samego siebie sprzed lat. Czarny charakter w tym nieśmiesznym filmie, zamiast przerażać czy choć odrobinę sobą zaintrygować, śmieszył – a to przecież miał robić Foley. […] A jak przechwalają się sami twórcy, ponoć scenariusz do trzeciej części przygód gliniarza z Detroit powstawał latami, wielokrotnie ewoluując, aby osiągnąć perfekcyjny kształt; co jednak z tego wyszło, każdy, kto film widział, wie. [Rafał Donica, fragment artykułu]

48. Egzorcysta: Heretyk

1977, reż. John Boorman

Im lepszy jest pierwowzór, tym porażka, która spotyka kontynuację, musi być dotkliwsza. Egzorcysta II jest prawdopodobnie najgorszym sequelem, jakiego mogło doczekać się arcydzieło. Dlaczego? Najprostsza odpowiedź to liczne idiotyzmy scenariusza oraz wyjątkowo toporna reżyseria. John Boorman to fachowiec jakich mało, wystarczy obejrzeć Wybawienie i Zbiega z Alcatraz, ale sequel Egzorcysty jest nudny jak flaki z olejem. I to, niestety, jego wina. Nie pomaga nawet obecność Richarda Burtona, wielkiego aktora, który wygląda na bardziej zmęczonego niż Max von Sydow w oryginale. Jeśli jemu nie zależy, czemu ma zależeć widzowi? Lecz największe baty należą się temu, kto napisał tę jedną wielką bzdurę. Hipnoza, synchronizer, telepatia – cuda niewidy. Ale Boga tu nie ma. Diabła tym bardziej. [Krzysztof Walecki]

47. Szklana pułapka 4.0

2007, reż. Len Wiseman

Mamy żałosnego terrorystę o twarzy Olyphanta, który sprawia wrażenie, jakby zaraz miał się rozpłakać – gdzie mu tam do Hansa Grubera! Mamy i Bruce’a, skaczącego na ekranie jak żaby w dynamitowym stawie, dla którego nie ma zadań niemożliwych – strącić za pomocą samochodu atakujący helikopter? Nic prostszego. Uciec osiemnastokołowcem przed szarżującym F-35, który pluje ołowiem niczym wściekła żmija? Dajcie mi pierwszą lepszą ciężarówkę, a sztuki tej dokonam! Choć to kino na wskroś rozrywkowe i nie należy się po nim spodziewać zbyt ścisłego trzymania poziomu realizmu, to mimo wszystko są pewne granice, których przekraczać nie należy. A tu kiedy myślimy, że poziom filmu dotknął już dna, okazuje się, że ktoś rzuca mu jeszcze łopatę. W efekcie dostajemy przeciętnego akcyjniaka, naszpikowanego efektami specjalnymi, czerstwym poczuciem humoru i nieprawdopodobnymi wręcz scenami. Brak klimatu ulicznego, jaki czuło się chociażby w części nr 3, brak zapachu i smaku ulicy wielkiej amerykańskiej metropolii, to wszystko pokutuje wielką, filmową niestrawnością. [Piotr Kocoń]

46. Nieśmiertelny 2

1991, reż. Russell Mulcahy

Nie wiem, co kierowało Russellem Mulcahym, reżyserem klasycznego i kultowego Nieśmiertelnego, że częścią drugą postanowił ośmieszyć stworzonych przez siebie bohaterów, podeptać stworzoną przez siebie mitologię Nieśmiertelnych, a w ostatecznym rozrachunku zakpić z wielbicieli oryginału. Słabe, beznadziejne wręcz, w dwójce jest wszystko, ale w kategorii największej żenady prym wiedzie dla mnie pojedynek MacLeoda z tymi dwoma latającymi pajacami. Moment, w którym MacLeod zaczyna latać za jednym z nich na… deskolotce (?), zabija jego postać skuteczniej niż jakiekolwiek ścięcie głowy. [Rafał Donica, fragment artykułu]

45. Gruby i chudszy 2: Rodzina Klumpów

2000, reż. Peter Segal

Szczęśliwy Sherman się żeni. Cała rodzina Klumpów jest tą wiadomością zachwycona. Jednak w pewnym momencie w życiu profesora pojawia się jego alter ego, czyli Buddy Love, który chce popsuć wszystkie plany. Sherman musi poczynić wszelkie kroki, aby zapobiec niecnym planom Buddy’ego. Sequel jest gorszy. Humor zniżył się do poziomu, którego częstokroć nie dało się oglądać. Nie pomogła nawet rola przesympatycznej Janet Jackson, która miała równoważyć te słabe żarty. Dla zagorzałych fanów Eddiego. [Tomasz Urbański, fragment artykułu]

44. Żołnierze kosmosu II

2004, reż. Phil Tippett

Na Żołnierzy kosmosu II wyłożono – uwaga – 5 procent budżetu części pierwszej! P-I-Ę-Ć procent! Film wygląda gorzej niż tragicznie. Nie da się ukryć, że oszczędzano dosłownie na wszystkim. Umieszczenie akcji nocą w zapyziałym posterunku drastycznie odbiło się na jakości obrazu. Klatki są zbyt długo naświetlane, przez co obraz jest zbyt płynny. Wyraźnie widać, iż pożałowano pieniędzy nawet na najważniejszą rzecz na planie filmowym – oświetlenie. Tego naprawdę nie da się oglądać! Obsada, szkoda gadać, garstka amatorów sprzężona razem z nocnikami na głowach zagrałaby dzielnych wojaków o niebo lepiej! Ale cóż, nawet sztandarowa dla serii parada cycków, zamiast zachęcać do dalszego oglądania, coraz bardziej zniechęca ze względów fabularnych, jak i wizualnych. Film nie posiada żadnej widowiskowości. Zamiast szarży za robalami na powierzchni planety, zostajemy zamknięci w wyizolowanym pomieszczeniu, gdzie zamiast arachnidów mamy do czynienia z największym fabularnym debilizmem, jaki kiedykolwiek widziałem. Kretyńskim motywem, przez który nawet oglądanie mistrzowskiej jedynki nie będzie już takie samo! [Adam Sobieski]

43. Transformers: Ostatni rycerz

2017, reż. Michael Bay

Nie jestem kompletnym naiwniakiem – po Wieku zagłady moja poprzeczka dla transformersowych wyczynów została ustawiona naprawdę nisko. Nie oczekuję po Michaelu Bayu, że będzie potrafił wskrzesić ekscytację, którą wzbudzał jego pierwszy film w serii. Mimo wszystko wydawałoby się, że jako reżyser powinien się rozwijać i chociażby samą akcję przedstawiać lepiej niż kiedyś. Tak jednak nie jest, każda część coraz mniej imponuje na tym polu.[…] To jeden z największych problemów filmu – wiele potencjalnie ciekawych momentów i interakcji między postaciami zostaje przedwcześnie uciętych. Różni bohaterowie i różne poboczne historie nierzadko znikają na bardzo długi czas, pozostawiając widza kompletnie zdezorientowanego. Scenariusz to po prostu jeden wielki bajzel. Zadziwia mnie fakt, że coś tak chaotycznego zostało dopuszczone jako podstawa produkcji o budżecie ponad dwustu milionów dolarów. I cały czas żałuję, że zamiast robić trzy filmy w jednym, nie postawiono na wątki, które wymieniłem w poprzednim akapicie. Moje zagubienie najwidoczniej podziela także Mark Wahlberg, który przez większość czasu wygląda, jakby kompletnie nie wiedział, gdzie jest i co się dzieje. [Mikołaj Lewalski, fragment recenzji]

42. Shrek Forever

2010, reż. Mike Mitchell

Kiedy odważny, zielony ogr debiutował na ekranie w 2001 roku, nikt raczej nie przypuszczał, że stanie się on bohaterem jednej z najbardziej lubianych i popularnych animacji. Choć część druga jest filmem niesamowicie udanym, miało się nawet wrażenie, że jedynka była jedynie przedsionkiem, pretekstem do nakręcenia kultowej dwójki, tak przy części trzeciej wyczuwalne było już lekkie zmęczenie materiału. Nic dziwnego – trudno dorównać tak udanej pierwszej kontynuacji. Lecz na trójce się nie skończyło, a Shrek zabłysnął na zielono w kolejnym filmie, Shrek Forever. Nie ukrywam, że obecność ogra na ekranie bawi i cieszy w każdej postaci. Wszystkie jednak części po 2007 roku pozostawiają pewien niedosyt oraz wrażenie zmęczenia. Shrek Forever jest filmem zupełnie innym. Prezentuje widzowi świat, w którym Shrek nigdy nie spotkał się ze swoimi największymi przyjaciółmi. Choć pomysł jest arcyciekawy, nie sposób odpędzić się od myśli, że jego potencjał nie został w pełni wykorzystany. Kolejnym bohaterom poświęcano za mało czasu, przez co trudno było wciągnąć się w opowiadaną na ekranie historię. Dialogi też nie są już te same, a przecież to one we wcześniejszych filmach były motorem napędowym. Niektóre kwestie można było cytować latami, w czwartej części trudno znaleźć choćby jeden taki. W ogólnym rozrachunku miło wrócić do uniwersum Shreka, niemniej wyraźnie czuć, że nie jest to już ta sama magia co kiedyś. Jest raczej kombinowaniem na siłę. [Maja Budka]

41. Faceci w czerni 2

2002, reż. Barry Sonnenfeld

Pierwsza część Men in Black była świetną rozrywką na sobotni wieczór i tak traktowana należy bez wątpienia do ekstraklasy kina rozrywkowego. Niestety nie możemy tego samego powiedzieć o MIB II. Reżyser wraz ze scenarzystami, Robertem Gordonem i Barrym Fanaro, zaprzepaścił te cechy pierwowzoru, które zadecydowały o sukcesie filmu u odrobinę bardziej wymagającej publiczności, stawiając na techniczne gadżety, efekty specjalne i niewyszukaną intrygę. […] Lista zarzutów pod adresem kontynuacji Facetów w czerni mogłaby być długa. Rozpoczynając od banalnej historii, poprzez kuriozalne i pozbawione logicznego uzasadnienia akcje bohaterów, na drenażu intelektualnym głównych postaci kończąc. […] Największą wadą całości jest grzech zaniechania, a konkretnie prawie całkowita rezygnacja z przedstawienia będących źródłem największej liczby komicznych sytuacji różnic między agentami. Oczywiście nikt nie miałby do twórców o to pretensji, o ile otrzymalibyśmy coś w zamian. Niesprawiedliwie byłoby powiedzieć, że takiej próby nie podjęto, bo i owszem. W moim jako widza mniemaniu taką przeciwwagą miał być wątek przywrócenia agenta K – Kevina do pracy w oddziale MIB. Niestety ładunek komiczny tych zmagań w porównaniu z oryginałem pozostawia wiele do życzenia, a głównym zarzutem, jaki można mu postawić, jest to, że po prostu nie bawi. [Edward Kelley, fragment artykułu]

Ostatnio dodane