Publicystyka filmowa
GRZESZNE PRZYJEMNOŚCI PRZED EKRANEM. Złe filmy, które KOCHAMY
GRZESZNE PRZYJEMNOŚCI PRZED EKRANEM to hołd dla złych filmów, które mimo niedoskonałości zdobywają nasze serca, tworząc kultowe dzieła.
…I niekoniecznie autor tego tekstu je kocha, chociaż dość często zdarzają mu się przypadki „guilty pleasure”. Skoro są złe, to czemu odniosły sukces? Nie zawsze w dniu premiery, ani nawet miesiące później. Czasem musiały czekać lata, nim wykształciło się wokół nich coś w rodzaju kultu, i to na przekór wszelkim wadom, jakie można w nich znaleźć. ZŁE filmy niekiedy niedomagają po prostu technicznie. Są niedoinwestowane, a przez to ich nierzadko dobre scenariusze są zaprzepaszczane przez tanią formę. Niekiedy zaś forma jest znacznie lepsza niż treść. Ani jedno, ani drugie nie ma znaczenia dla emocjonalnie do nich nastawionych krytyków i widzów. To dobrze. Nawet gdy rozkochani są w produkcjach uznanych za gnioty, lepiej, żeby tacy byli, bo często zdarza się, że tylko dzięki nim wiele cennych filmów nie zostaje zapomnianych.
Żołnierze kosmosu (1997), reż. Paul Verhoeven
Verhoeven zapracował na swoją legendę, która, jak to bywa ze skłaniającymi do nieobiektywnych ocen legendami, ochroniła go przed widzowskim hejtem. Żołnierze kosmosu to modelowy przykład filmu spełniającego reguły tego zestawienia. Scenariuszowo, technicznie i aktorsko jest to science fiction klasy B z niemałym zacięciem do bycia kompletnym gniotem, a więc oscylujące gdzieś w okolicach literki Z. Widzowie zaś na przekór zdrowemu rozsądkowi w przedziwny sposób pieją z miłości do tego fantastycznopodobnego produktu. Jestem niekiedy pełen podziwu dla ich starań i giętkości umysłów, bo doprawianie Verhoevenowi łatki reżysera przełomowego i idącego pod prąd w drugiej połowie lat 90.
, gdy jego kariera już przygasała, wymaga sporej odwagi (a może też wiary w legendę Holendra). Niektóre argumenty, w stylu „Żołnierze kosmosu” to świetnie skrojona satyra na militaryzm Zachodu, też są niezłe. Nie jestem ślepy. Wiem, o co im chodzi. Dostrzegam sztubacko wklejoną w film neonazistowską symbolikę i próby jej zdyskredytowania. DOBRA SATYRA JEDNAK PRZEDE WSZYSTKIM TRZYMA W RYZACH PRZESADĘ. TYM SAMYM SKUTECZNIE BRONI SIĘ PRZED DOSŁOWNOŚCIĄ. To, w co Verhoeven zamienił i tak dość nieskomplikowaną intertekstualnie prozę Roberta A. Heinleina, pozycjonuje Żołnierzy kosmosu jako produkcję odpowiednią dla odbiorców zdolnych do zrozumienia filmowej historii gdzieś na poziomie 7-8 klasy szkoły podstawowej. Tylko co zrobić z ogromem pokazanej na ekranie przemocy, której dzieci w tym wieku raczej nie powinny oglądać? Dla kogo więc reżyser zrobił ten film? Może wyłącznie jako pastisz dla samego siebie?
Mroczny rycerz (2008), reż. Christopher Nolan
Co by się stało z tym podobno najlepszym filmem superbohaterskim w historii, gdyby nie Joker w wydaniu Heatha Ledgera? Pozbawiony realistycznej przemocy, politycznie bezpieczny, pełen tanich frazesów dobrych dla gimbazy, uzupełniacz tła dla pożerających nachos bezkrytycznych konsumentów popkultury – taki byłby to pseudoartystyczny, oscarowy twór spod ręki Christophera Nolana, podobno genialnego reżysera. A tak za sprawą legendy Batmana zapoczątkowanej przez Tima Burtona i po części utrzymanej na dobrym poziomie też przez samego Nolana w Batmanie – Początku powstał jeden z gorszych filmów superbohaterskich, jakie widziałem, dorównujący tandetą chyba tylko produkcjom z Reeve’em w roli Supermana.
A jednak przez widzów i krytyków kochany. Stało się tak z powodu Ledgera i jego tragicznej śmierci? Stawiam tezę, że właśnie tak. Sympatia dla tragicznie zmarłego aktora i ból po jego stracie wbudowały się w dziurawą konstrukcję Mrocznego rycerza, nie pozwalając jej się rozpaść na zasadzie emocjonalnego przeniesienia. Wszelka krytyka więc takiego dzieła filmowego dotknęłaby przecież również Ledgera, a jak już ustaliliśmy, to jego widzowie i krytycy bezapelacyjnie pokochali.
La La Land (2016), reż. Damien Chazelle
Tak kochane przez wszystkich dziecko Damiena Chazelle’a naprawdę mnie zadziwia liczbą zajadłych w swoich uczuciach fanów. Ich zachowania zakrawają na jakąś histerię. Szkoda, że wielu z nich nie przysiądzie do tematu, nie poogląda ważnych dla historii kina musicali i przede wszystkim nie użyje zmysłu słuchu, bo to kluczowe w ocenie La La Landu. Z bólem stwierdzam, że marnie z tym Hollywoodem, skoro tylko na taki hołd w stosunku do np. My Fair Lady, West Side Story czy chociażby Deszczowej piosenki stać współczesnych twórców.
Przy tych tytułach La La Land wygląda jak roztyły perski kot obok polującego tygrysa, zresztą już sam tytuł sugeruje, że będzie to na odwal wyśpiewane płytkie romansidło. I tak jest. Abstrahując od zawartej w scenariuszu historii, to, co najważniejsze w musicalu, składa się z warstwy muzycznej, a ta niestety kuleje. Emma Stone i Ryan Gosling nie umieją śpiewać. Kiedy ich słucham, chce mi się krzyknąć do tych wszystkich miłośników La La Landu: Czy naprawdę nie słyszycie, że fałszują, nie używają wibrato, śpiewają na przydechu wtedy, gdy nie jest to uzasadnione dynamiką utworu i w ogóle ani zbytnio nie frazują, ani nie podpierają dłuższych dźwięków przeponą? Przecież nawet w tym filmie jest przykład świetnie śpiewającego artysty – John Legend.
Inna sprawa, że warstwa muzyczna jest na tyle nijaka, że trudno zapamiętać jakiś główny motyw. Z tańcem bohaterów jest podobnie – brak płynności, sztywne nogi, słabo pracująca górna połowa ciała. Generalnie abstrakcyjna to dla mnie miłość widzów, chociaż zgodnie z konwencją zestawienia nie sposób jej pominąć.
Armageddon (1998), reż. Michael Bay
Traktuję tę opowieść Baya jako coś w rodzaju mojego osobistego „guilty pleasure”. Film zawiera chyba wszystkie typowe wady hollywoodzkiego kina katastroficznego, które tkwią swoimi korzeniami w amerykańskiej kulturze purytanizmu. Armageddonowy sos zawiera więc sporą dawkę patosu, kultu silnego ojca, motywowanego uwielbieniem do przebóstwionej męskości. Znajdziemy w filmie też sporo Boga, amerykańskiej flagi, brak seksu i co jeszcze charakterystyczne, bardzo ograniczoną rolę kobiecych charakterów. Liv Tyler pozwolono trochę pokrzyczeć i poudawać niezależną, ale finalnie i tak została sprowadzona do płaczliwej obserwatorki bohaterskiej walki swojego ojca o ocalenie Ziemi.
Wszystko jest więc na swoim miejscu, a Bruce Willis, standardowo dla niego, wydaje się prawdziwym tytanem odwagi i poświęcenia. Z takiego połączenia składników, plus chaotyczny montaż, nie mógł wyjść dobry film. Krytycy nie mieli litości dla Michaela Baya. Spora część widzów również. A jednak coś się udało, że film jako całość wszedł na stałe do kanonu obrazów katastroficznych i zyskał z czasem spore grono miłośników. Myślę, że chodzi o postaci, zwłaszcza te drugoplanowe. O ile Bruce Willis i Liv Tyler faktycznie zdają się charakterologiczną sztampą, to reszta aktorów postarała się przede wszystkim o to, żeby widz mógł się z nimi utożsamić.
Jasne, że w takim filmie używają sloganów i komunałów. Ale przecież nasz codzienny język również jest ich pełen. Dlatego, kiedy leci w telewizji Armageddon, aż tak nie jestem skory do przełączenia kanału jak np. w przypadku 2012 Emmericha.
Dzień Niepodległości (1996), reż. Roland Emmerich
Nawiązując do Emmericha, przyznam się, że nie przegapię żadnego seansu Pojutrze, a od dnia Dnia Niepodległości trzymam się z daleka, a to ze względu na to, że produkcja jawnie przekracza nawet traktowane umownie w sztuce filmowej granice kiczu, braku logiki, tandetnego aktorstwa i patosu. Zdołali się wybronić przed blockbusterową tandetą zaledwie Jeff Goldblum i Randy Quaid, natomiast dobrze zrobione efekty specjalne odciągnęły być może uwagę od miałkości psychologicznej głównych postaci odtwarzanych przez Willa Smitha i Billa Pullmana.
Dobrze zrobione, nie oznacza „świetne” i tym bardziej „oscarowe”. Bardziej ciekawscy i wnikliwi obserwatorzy powinni przyjrzeć się np., jak wyglądają latające statki obcych na dalszych planach i co w postaci strzałów z nich wylatuje. Twórcy scenariusza nawet nie udają, że rządzi nim chociaż minimum logiki i realizmu. Mimo tak nieskomplikowanej i pełnej klisz historii, film zarobił prawie 820 milionów dolarów i ma ogromną rzeszę fanów. Miłość fanów gatunku jest bezkrytyczna. Żaden z nich nie zastanawia się, dlaczego u licha kosmici używają naszych miar czasu i jak to możliwe, że przy takiej technologii da się ich załatwić prostym wirusem z epoki komputerów z procesorem Pentium pierwszej generacji? Na dodatek Emmerich doskonale wiedział, co robi.
Nie można mu odmawiać przemożnego wpływu na cały gatunek produkcji katastroficznych i świadomości, na co może sobie pozwolić w swojej działalności artystycznej. Tak, nie bójmy się jej tak nazwać. Może to sztuka naiwna, jednakże zapewniająca Emmerichowi stałe miejsce w światowej kinematografii.
Bohater ostatniej akcji (1993), reż. John McTiernan
Lubię filmy zawierające w sobie wiele popkulturowych nawiązań, o ile tylko ich prezentacja jest na tyle nieoczywista, że trzeba nieco wysilić szare komórki, by je rozpoznać. Mam świadomość, że Bohater ostatniej akcji nie jest kinem ambitnym, lecz o dziwo spełnia ten warunek – zawiera w sobie mnóstwo odniesień do ikonicznych motywów filmowych, zgrabnie wplecionych w przygodową fabułę. No może nie w stu procentach, ani nawet w dziewięćdziesięciu. Mimo wszystko ludzie pokochali tę finansową klapę ze względu na wielość nerdowskich wątków i pewnie też samego Arnolda Schwarzeneggera.
Był wtedy u szczytu kariery, znany i poważany jako król kina akcji. Co do jakości jego gry aktorskiej, to przecież aż tak świetnie nie sprostał zadaniu. W niektórych scenach wyraźnie czuł się zagubiony, spięty i źle poprowadzony przez reżysera, Johna McTiernana. Najwyraźniej autoironiczne kino wyśmiewające świat Hollywoodu jeszcze wtedy nie pasowało do prostolinijnego wizerunku i możliwości austriackiej ikony kulturystyki. A może sam reżyser stanowił problem. Szklana pułapka wyszła mu idealnie, bo z założenia nie musiała być tak metakrytyczna. W Bohaterze ostatniej akcji ilość żartów, odniesień i autoironii niekiedy jest tak duża, że sceny przypominają wypełniony po brzegi gagami konkurs kabaretowy, a nie spójną w swoim przebiegu fabułę. McTiernan świetnie sprawdził się w momentach czystej akcji, natomiast poległ na wyważeniu autoironicznego klimatu produkcji. Czy to jednak mi przeszkadza? Może nieco uwiera, jednak gdy Arnold wyciąga giwerę w kinie, zapominam o wszystkich tych wadach.
Kogel-mogel (1988), reż. Roman Załuski
Mówiąc kolokwialnie, jak stali, tak poszli nakręcili. Dialogi jak improwizowane, w większości światło zastane, pewnie trochę blend, podstawowe reflektory, żadnych skomplikowanych ujęć z kranów, zmian kąta pracy kamery itp.
, makijaż szczątkowy, kulejący dźwięk, brak postprodukcji – cechy polskiego kina przełomu lat 80. i 90.
Paradoksalnie jednak film bez niej mógłby być bardzo pusty. Po latach okazuje się, że Kolska wraz z zupełnie niebanalnym dowcipem końca lat 80., który jeszcze nosił nieco wartościowych wpływów zanikającego w Polsce ustroju, stała się kultowa dla filmożerców. Całkowicie słusznie. Kogel-mogel jest tytułem, którego nie należy się wstydzić uwielbiać.
Władcy wszechświata (1987), reż. Gary Goddard
Jak ja marzyłem, żeby zobaczyć He-Mana w filmie fabularnym. Najpierw namiętnie oglądałem bajkę. Krzyczałem w zabawie „Na potęgę Posępnego Czerepu, mocy przybywaj!”. He-Manem uparcie się nie stawałem, co najwyżej grałem rolę Orko, aż tu nagle moje marzenie o zmaterializowaniu się jednej z moich ulubionych postaci fantasy się spełniło w roku 1987, i chociaż film zobaczyłem kilka lat później, gdy już tak nie tęskniłem za fabularnym He-Manem, to sprawił mi on ogromną przyjemność. Kino science-fiction i fantasy klasy B z lat 80. miało specyficzny, wręcz plastikowy klimat.
Było bardzo rokokowe w wizualnym stylu. Twórcy stawiali na mnóstwo elementów znajdujących się w kadrze, często świecących, zadymionych i podświetlonych kolorowymi reflektorami. Krwi właściwie w ogóle nie wykorzystywano jako elementu zwiększającego napięcie. Przeciwnicy padali jak rażeni niewidzialnymi siłami, trochę podobnie zresztą jak w Gwiezdnych wojnach. Wszystkie te zabiegi tworzyły bezpieczny, familijny świat, z którego można się było pośmiać, ale też naiwnie mu uwierzyć – tak po dziecięcemu. W istocie tacy są Władcy wszechświata – mocno niedoskonali i przestylizowani w formie i całkiem bogaci treściowo. Można ich kochać i zupełnie nie zwracać uwagi na drewnianą mimikę Dolpha Lundgrena. Braki rekompensuje znakomity Frank Langella w roli Szkieletora.
Szybcy i wściekli (2001), reż. Rob Cohen
Niewątpliwą zaletą filmu są naprawdę piękne samochody stanowiące mocną konkurencję dla aktorów. Co do atrakcyjności występujących w produkcji kobiet, również nie powinno się mieć zastrzeżeń, chyba że dodatkowo zacznie się analizować ich iloraz inteligencji. Oglądając Szybkich i wściekłych, miałem jednak wrażenie, że wątek fabularny jest jedynie marnym dodatkiem do automobilowych pokazówek. To nie jest Drive (2011), a więc film z ambicjami. Moim skromnym zdaniem Vin Diesel również nie przyczynił się swoim talentem do podparcia fabuły.
Więcej zrobił Paul Walker, który naprawdę zadziwił mnie swoim zaangażowaniem i autentyzmem. Sukces Szybkich i wściekłych jest jednak faktem. Filmowcy stworzyli taki trochę film-zabawkę dla młodych-dużych facetów, nieco boleśnie dla ludzkiej inteligencji, wykorzystując naszą męską słabość do posiadania drogich rzeczy na kółkach. Wyszliśmy jako faceci na niezłych prostaków. Postawienie jednak na tak dużą grupę docelową zwykle przynosi sukces. W filmie znajdziemy zatem wszystko, co powinno się znaleźć w filmie akcji. Mimo to całość nie stanowi spójnej historii. Bohaterowie wydają się tanimi wydmuszkami wyjętymi z katalogów mody zaprojektowanych dla samochodowej mafii.
Film przypomina teledysk. Osobiście wolę oglądać Top Gear i jeszcze się czegoś nauczyć o samochodach niż słabe walki jak ze szkoły podstawowej, nieostre ujęcia kamery w trakcie miejskich wyścigów samochodowych, lokowanie Red-Bulla i koszmarnie sztuczne dialogi, które z jednej strony mają prezentować emocje związanych z gangami bohaterów, a z drugiej ktoś wsadził w nie encyklopedycznie zacytowane szczegóły techniczne części samochodowych. Brzmi to fatalnie. Po filmie, gdzie taką rolę odgrywają samochody, spodziewałem się chociaż wyścigów superbryk zaprezentowanych tak, żeby mi szczęka opadła – mam tu na myśli np. Speed Racera (2008) czy Transportera (2002).
Komando (1985), reż. Mark L. Lester
Arnold jak młody Bóg, spocony, w promieniach ostrego słońca, niesie na ramieniu kłodę drewna, a w ręce dumnie dzierży piłę łańcuchową. Kamera wykonuje zbliżenia na jego napięte mięśnie, a w tle słychać charakterystyczną, syntezatorową muzykę z lat 80. Spokojnie ta scena mogłaby zwiastować kompletnie inną historię, na pewno w bardziej erotycznym rodzaju filmów. A tak jest wstępem do ogromnie sentymentalnej i okropnie technicznie zrobionej rozwałki. Błędy można wymieniać i wymieniać. Wypadające z samolotów manekiny, źle zsynchronizowane reakcje ofiar na postrzały, bardzo sztywne i wymuszone dialogi, nazbyt statyczne ujęcia kierowców w stosunku do dynamiki pościgów, wyrzutnie pocisków o osobliwie selektywnej sile rażenia, samoloty odpalające na komendę „ruszaj, ty kupo złomu”, Schwarzenegger lepiej pracujący bicepsami niż mimiką i mnóstwo innych analogowych efektów, które nie wytrzymały próby czasu.
Wszystko to jednak zostało zrobione bardzo sprawnie montażowo. Historia jest prosta, lecz wciągająca. Dobro i zło jasno od siebie oddzielone. Przeciwnicy są radykalnie źli i trzeba ich bez pardonu zlikwidować, a bohater nie ma żadnych moralnych rozterek. Każdy miłośnik ery VHS nie mógł tego hitu pominąć, bo zwłaszcza dla nas, osób siedzących po drugiej stronie żelaznej kurtyny, był on powiewem swawolnej, kapitalistycznej wolności, a jednym z jej symboli był taki bohater jak właśnie Arnold Schwarzenegger.
Rejs (1970), reż. Marek Piwowski
Jak ma się ta kultowość Rejsu, gdy wyszła na jaw współpraca Piwowskiego z SB, i to nie do końca tak niewinna, jak sam ją przedstawiał? Moim zdaniem rozsypała się w proch. Bo jak można przedstawiać paradokumentalną satyrę na komunistyczny chaos, będąc jego częścią? Może w takim razie Rejs był czymś w rodzaju spowiedzi reżysera, dopuszczenia do głosu jakiejś części jego osobowości, która głęboko wstydziła się kontaktów z esbecją? A może był kontrolowaną przez komunistów satyrą, czystym formalizmem, jak stwierdza rejsowy filozof (Andrzej Dobosz), żeby jednocześnie wyśmiać opozycyjne ideały jako kompletnie beztreściowe, a z drugiej nieco spuścić z artystów pary po wydarzeniach w 1968 roku? Mimo tych mających już ponad 10 lat rewelacji z życia Piwowskiego jestem pewien, że kolejne pokolenia będą przebóstwiać Rejs, niekoniecznie nawet go rozumiejąc, bo starsi uparcie będą im wpajać, że tak trzeba, sami niekoniecznie potrafiąc analitycznie uzasadnić dlaczego.
Gdyby zachowali się inaczej, w jakimś sensie zaprzeczyliby światu, w którym żyli i w którym mentalnie się zawiesili.
Filmy GŁĘBOKIE zapiszą się w pamięci wybranych, bo wymagają znacznie większej dozy abstrakcji umysłowej. Rejs jest paradokumentem, dość płytkim, źle technicznie zrealizowanym, bardzo, ale to bardzo słabo zagranym, a jednak wysoce KULTOWYM. Pod względem realizacyjnym stoi w jednym szeregu z Pali się, moja panno Formana, ale czeski reżyser prócz satyry społeczno-politycznej zawarł w swoim filmie jeszcze głębszą warstwę symboliczną, dlatego wybił się poza żelazną kurtyną. Piwowski poszedł za daleko z nudą, przegadaniem i pustymi grami słów. Z SB może również.
Pali się, moja panno (1967), reż. Miloš Forman
Pod względem aktorskiego warsztatu film można porównać z wiekopomnym „dziełem” The Room Tommy’ego Wiseau, z tym że jest jedna kolosalna różnica. Forman, kręcąc Pali się, moja panno, nie miał żadnych pretensji do tworzenia wielkiego kina, a jednak nakręcił film kluczowy dla jego późniejszej kariery w USA oraz znaczący dla ówczesnej sytuacji politycznej Czechosłowacji. Wiseau to przy nim zwykły hochsztapler niemogący wydostać się z mielizny swojego beztalencia. Trudno zliczyć wady półamatorskiego obrazu Formana, traktującego symbolicznie o nieco luźno podchodzących do sztuki pożarnictwa strażakach.
Właściwie wszystko jest tu słabe, niedoskonałe technicznie i sztuczne, prócz, no właśnie, scenariusza, który napisało socjalistyczne życie. Ta bezpretensjonalna naturalność amatorów i inteligentne napiętnowanie ludzkiej głupoty oraz socjalistycznego stylu myślenia na całe szczęście zachwyciło François Truffauta i Claude’a Berriego, którzy kupili prawa do filmu i pokazali go na festiwalu w Nowym Jorku, co zaowocowało aż nominacją do Oscara. Dotychczasowy włoski producent, Carlo Ponti, na fali krytyki Formana w rodzimej Czechosłowacji chciał zwrotu wyłożonych na produkcję środków. I tak Forman dostał się do światowego panteonu reżyserów tylnymi drzwiami, dzięki produkcji, którą uwielbia się wprost proporcjonalnie do uroczego zagubienia aktorów w niej grających.
Barbarella – królowa galaktyki (1968), reż. Roger Vadim
W ocenie Barbarelli trudno o obiektywizm, zwłaszcza gdy film ocenia męska część widowni. Damska pewnie w ogóle nie zainteresuje się tym typem filmu. W sumie to rozumiem. Klaustrofobicznie studyjna to produkcja wyjęta spod ręki Vadima, czyli żadnego specjalisty od gatunku czystego science fiction. Skąd więc ten sentyment – w tym i mój? Zaręczam od razu, że nie chodzi o skąpe ubrania Jane Fondy. Może z powodu mnogości dekoracji i wymyślnych strojów? Może dlatego, że Jane jest ładna? A może też współcześni odbiorcy potrzebują nieco odmiany od CGI w postaci prawdziwych dekoracji i wyraźnie obecnej, teatralnej atmosfery.
Wszystkie te cechy zawiera Barbarella, a na dodatek stawia kobietę zarazem w roli przedmiotu do międzygalaktycznego posiadania, a jednak na tyle niezależnego, że stał się on mocnym, niezależnym bohaterem. Dzisiaj takie podejście jest wręcz modne. W którym współczesnym mainstreamowym filmie science fiction powierzono główną rolę ślicznej, bardzo seksualnie nastawionej do rzeczywistości dziewczynie? Mogłoby być to niebezpieczne, bo jakaś wrażliwa grupa mogłaby stwierdzić, że film ocieka seksizmem. A tak niech widzowie kochają sobie stary, nieco kiczowaty film o kosmicznie pięknej agentce, przed której wdziękami klękają całe planety.
Kruk (1963), reż. Roger Corman
Tak naprawdę mógłby tu być jakikolwiek przedstawiciel horrorów klasy B, które wyszły spod ręki Cormana. Kruka wybrałem ze względu na to, że jest dość luźną adaptacją jednego z najbardziej znanych poematów grozy w historii literatury. Nawet używając tekstu autorstwa E.A. Poego jako wyłącznie inspiracji, niełatwo było nakręcić taki film w tamtych analogowych czasach. Ekipie Cormana się oczywiście udało, kosztem mniej lub bardziej żenujących środków technicznych w postaci rysowanych teł, trików montażowych i efektów pirotechnicznych. Dodatkowo całości osobliwego klimatu użyczyły filmowi nieostre ujęcia kruka, sztuczne pajęczyny i nieco drętwa gra aktorów – zwłaszcza Vincenta Price’a.
Młodziutki Jack Nicholson sprawdził się o dziwo całkiem dobrze, chociaż wyglądał jak Robin Hood. Tych wad produkcji można by wymienić jeszcze całkiem sporo, ale co z tego, kiedy wszystkie tego typu filmy ze stajni Cormana starzeją się z wielką godnością. Tym bardziej się je uwielbia, gdy podczas seansów doświadczy się równowagi, jaka w nich pasuje – harmonia między kiczem, grozą a niewprawnościami technicznymi, które nigdy nie przesłaniają pozytywnego odbioru treści.
Głębokie gardło (1972), reż. Gerard Damiano
Kultowe porno zwłaszcza pośród hipsterów, którzy próbują udowodnić, chyba przede wszystkim sobie, że w porno chodzi o coś więcej niż wywołanie podniecenia u widza, głównie męskiego, chociaż ostatnimi czasy dla kobiet również zaczęto kręcić ten rodzaj filmów i jak dla mnie, jako mężczyzny, jest całkiem skutecznie pobudzający. Co do Głębokiego gardła, sam zaliczyłem kilka spotkań towarzyskich, gdzie film Damiana uzupełniał nadęte intelektualnie tło do picia wódki i obmacywania się po kątach. Przyznam się, że jego drętwość nie zrobiła na mnie wrażenia, bo o ile trudno stwierdzić na filmach pornograficznych, czy aktorki faktycznie są podniecone, to u Damiano nawet męskie członki miały duże trudności z powstaniem. Generalnie aktorzy bardzo się starali, a koleżanki im usilnie w tych staraniach chciały pomóc. Trzeba podkreślić, że mimo sukcesu największą ofiarą widzowskiej miłości do Głębokiego gardła jest niewątpliwie Linda Lovelace. Jej życie poukładało się tak karkołomnie, jak główny motyw filmu Damiano. Nawet dzisiaj w świecie japońskiego weird porno sam pomysł umieszczenia łechtaczki w gardle wydaje się jednak zbyt abstrakcyjny, żeby można było z niego wycisnąć przynajmniej udające zaangażowanie w potrzeby widza porno. Faktem jednak jest, że Głębokie gardło zarobiło ponad 600 milionów dolarów, kosztując zaledwie 25 tysięcy.
To wielki sukces i znak, że oficjalne dopuszczenie do dystrybucji tego typu filmów mogłoby wywołać małą rewolucję społeczną. Dziesiątki milionów widzów dokonałoby coming outów i oficjalnie przyznało się, że uwielbia ten gatunek wraz z dziesiątkami specjalistycznych podgatunków. Czy nie byłoby zdrowiej?
Botoks (2017), reż. Patryk Vega
Nie ma co, cała śmietanka polskich aktorów młodego pokolenia pokazała, że potrafi grać na jednolitym, gównianym poziomie (Stramowski wszedł tu na sam Parnas gównowybitności), idealnie dostosowanym do technicznego i merytorycznego poziomu filmu. To stwierdzenie jednak wcale nie tłumaczy ogromnego sukcesu Botoksu wśród widzów. Abstrahując od ilości zniesmaczonych Vegą przeciwników, gdyby zwolenników nie było równie wielu, film nigdy by się nie znalazł w tym zestawieniu. O czym to świadczy? Że publika jest spragniona nowego spisku? A może to tylko prostacki film stworzony wyłącznie dla ultrakatoprawaków, którzy potrzebują czerpać chorą przyjemność z oglądania umierających w metalowej misce abortowanych płodów? Po głębszym zastanowieniu tak jednoznaczną, ideologiczną miarą jednak bym nie oceniał tych milionów odbiorców Botoksu.
Vega odniósł sukces, bo nakręcił tanim kosztem historię na nowo formatującą społecznych wrogów.
Polskie komedie romantyczne – Nie kłam, kochanie (2008), reż. Piotr Wereśniak, Planeta singli (2016), reż. Mitja Okorn, Listy do M. (2011), reż. Mitja Okorn i inne w tym stylu
Podobnie jak kino katastroficzne, ten gatunek również ma swoje charakterystyczne cechy, będące jednocześnie jego największymi bolączkami, a pomimo tego miliony osób, zwłaszcza kobieca część widowni, uwielbiają filmy spod znaku „stylowej Warszawki”. No właśnie, jednym z ważniejszych elementów decydujących o „wyglądzie” tych filmów są warszawskie wieżowce, nocne kluby, restauracje i apartamenty urządzone tak sztucznie i bezosobowo, jakby przeszły home staging u Marii Semczyszyn. Scenografią ich nazwać nie można, co najwyżej tłem pod wynajem do masowej produkcji filmów.
Kolejną cechą gatunkową polskich komedii romantycznych jest brak autorskiej muzyki. Królują składanki zachodnich przebojów. Tak jest pewnie taniej i romantyczniej ze względu na osłuchanie publiki z popularnymi kawałkami. Może też istnieją jakieś listy przebojów na portalach stockowych pod wynajem dla twórców tego typu filmów? Wielowątkowość również wyróżnia ten rodzaj komedii. Zwykle owe wątki gdzieś pod koniec się splatają, tworząc happy end. Najważniejszą jednak cechą wspólną polskich komedii romantycznych jest jakość gry aktorskiej. Tutaj zwłaszcza Marta Żmuda Trzebiatowska, Roma Gąsiorowska i Piotr Adamczyk prześcigają się, kto z nich zagra gorzej.
Mimo tych wszystkich wad i daleko posuniętego marzycielstwa w oddawaniu realizmu życia osobistego Polki i Polacy uwielbiają patrzeć, jak na dużym ekranie kocha się i przeżywa bolesne rozstania bogata klasa średnia aspirująca do bycia europejską, loftowobiznesową, weekendowo hipsterską elitą.
Ludzie pod schodami (1996), reż. Wes Craven
Akurat ten film już kiedyś recenzowałem i kto wie, czy nie dlatego teraz uświadomiłem sobie, że choć może on być znakomitym przykładem dzieła z wieloma błędami w scenariuszu, jak i w technicznej realizacji i drewnianej grze aktorskiej, to mimo to widzowie pokochali tę charakterystyczną dla Cravena tanią formę horrorów klasy B., bo jest spójna, konsekwentna i co najważniejsze nie stawia na generowanie strachu tak usilnie jak klasyczne horrory. W tym sensie daje wytchnienie i nieco oswaja cierpienie, dewiacje seksualne i śmierć. Jak świadczy taki odbiór dzieła o nas, widzach, to inna sprawa.
Jest dla mnie jasne, że nim właśnie Wes Craven zjednał sobie widzów. Nie mam wątpliwości, że jest on legendarnym reżyserem i reanimował za sprawą m.in. Krzyku umierający gatunek slasherów, tworząc coś w rodzaju postmodernistycznego horroru, który ma nie tylko wymiar gore, lecz także całkiem realnego i śmiesznego pastiszu. Należy jednak zadać sobie pytanie, czy takie potraktowanie przez Cravena przemocy na ekranie nie pokazuje czegoś ważniejszego, co aksjologicznie góruje nad faktem odświeżenia gatunku slasherów. Brutalność okazywana widzowi w żartobliwej formie powoduje, że jest on przekonany, że takie zło wcale nie jest takie odrażające jak np.
u Ruggero Deodata. Podczas gdy w takim Krzyku Neve Campbell zostaje poprawnie zasłonięta, gdy ściąga stanik, nikt nie protestuje, gdy padają kolejne zakrwawione trupy. Skoro to pastisz, cycki również powinien dosięgnąć. Chociaż mam sentyment do wielu filmów Cravena (m.in. Koszmar z ulicy Wiązów, Wzgórza mają oczy), po głębszym namyśle dochodzi do mnie, że taka forma horroru nie jest dla mnie autentyczna, zwłaszcza gdy pojawia się w pełnym technicznych dziur, tanim filmowym opakowaniu. Wolę przed ekranem naprawdę się bać zła, które niszczy moją strefę komfortu oraz radykalnie wykracza poza moją świadomość, że jestem bezpieczny i śmieję się z tego, co nieodwracalne i straszne. W naszej coraz bardziej relatywizującej się kulturze powinniśmy co jakiś czas przypominać sobie, że zła w postaci osobowej lepiej nie spotkać w ciemnym zaułku, bo radykalnie zaboli. W tym sensie jak dla mnie Wes Craven pomógł slasherom umrzeć, robiąc z nich tanie, metarefleksyjne filmy o poważnych, strasznych filmach.
Tak wiele filmów pozostało. Chociażby Flash Gordon, Uciekinier, Skanerzy, Amerykański ninja, Seksmisja, Powidoki, Wojna polsko-ruska i mnóstwo innych lepszych lub gorszych produkcji, lecz przede wszystkim emocjonalnie przez widzów przecenionych z różnych względów.
Jak widać, ludzka skłonność do subiektywnych wyborów nie trzyma się żadnych granic, a już na pewno nie tych wytyczonych przez obiektywne zasady sztuki filmowej. Na koniec szczególnie gorące pozdrowienia wysyłam do Tommy’ego Wiseau…
