Publicystyka filmowa
Dlaczego „Smętarz dla zwierzaków” to ZMARNOWANY POTENCJAŁ
„SMĘTARZ DLA ZWIERZAKÓW” to horror, który obiecuje emocje, ale zamiast tego serwuje przeciętność, rozczarowując potencjałem.
Z kina wyszedłem raczej zadowolony. Od filmów gatunkowych wymagam przede wszystkim rozrywki i tej Smętarz dla zwierzaków mi dostarczył. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że na każdym etapie produkcji był ktoś, kto część swojej roboty wykonał w najgorszy możliwy sposób. Scenarzysta, reżyserzy, aktorzy, scenograf, operator i montażystka – każdy z nich miał dużą szansę na zrobienie czegoś naprawdę fajnego, bo materiał wyjściowy aż się o to prosił, postanowiono jednak iść po linii najmniejszego oporu. Skutkiem – przeciętny horror, który ogląda się nieźle, ale drażni w nim masa rzeczy.
Tekst zawiera liczne spoilery!
Scenarzysta – kawa na ławę
Nie minęło chyba pięć minut filmu, kiedy młoda bohaterka, Ellie, weszła na teren tytułowego cmentarzyska. Żadnego tam podbudowania tajemnicy, żadnych tam ukrytych sygnałów, żadnego tam powolnego wsączania się w ciemny, mroczny las skrywający tajemnicę. Byłem bardzo zaskoczony, widząc pochód dzieci w maskach zwierząt na tak wczesnym etapie. To po prostu dzieje się za szybko. Nie mamy szansy zapoznać się z bohaterami i poczuć jakiegokolwiek dreszczu emocji, gdy Ellie odkrywa cmentarzysko. Kolejne sceny dzieją się równie szybko i nie pozwalają historii osiąść. Przykładem niech będzie scena, w której sąsiad Jud po raz pierwszy odwiedza rodzinę protagonistów.
Jest to istotny moment z punktu widzenia budowania wiarygodnej reakcji postaci na niewiarygodne wydarzenia, jakie nadejdą. W scenie tej widzimy, jak kot Church jest bardzo przyjaźnie nastawiony do Juda, i w zasadzie to wszystko. W toku akcji dowiemy się potem, że Jud myślał, że miły i niegroźny kot będzie równie miły i niegroźny po przywróceniu go do życia. Jeśli zatem scena pierwszego kontaktu starca z Judem miałaby zasugerować temu drugiemu coś więcej, to powinna zostać odpowiednio „ukryta” w ramach dłuższej sekwencji. A tak scenarzysta, Jeff Buhler, wykłada kawę na ławę: zaprasza Juda do rodziny tylko po to, by pokazać, że kot Church jest dla Juda bardzo przyjazny. Zresztą – ten moment jest potem powtórzony, bo Jud mówi o tym wprost, kiedy prawda wychodzi na jaw. Słowem – w tekście brak jest odpowiedniego dawkowania informacji i napięcia.
Dwójka reżyserów – zero wyobraźni
Podobne zarzuty mogę skierować do dwóch reżyserów – Kevina Kölscha i Dennisa Widmyera. Ich poprzedni film, niezależny horror Gwiazdy w oczach, był przyjemnym zaskoczeniem i dowodem, że mniejszy budżet uruchamia czasem pokłady kreatywności w filmowcach. W przypadku Smętarza dla zwierzaków, na który dostali dwadzieścia jeden milionów dolarów (co i tak jest kwotą niewielką jak na hollywoodzkie standardy, ale w jej ramach można już nakręcić wizualne arcydzieło, na przykład: Kształt wody), kasa zabiła pomysły.
Film wygląda i brzmi jak absolutnie typowy, przeciętny, schematyczny horror. Dosłownie każdy element jest tutaj ograny do granic możliwości. Ale to potrafię przeżyć. Gorzej, że twórcy nie mieli żadnego pomysłu na wygenerowanie czynnika strachu. Pierwszy jump scare w postaci pędzącej ciężarówki jest straszny nie dlatego, że wynika z odpowiednio poprowadzonej narracji, ale dlatego, że jest całkowicie nieuzasadniony. Jeśli ktoś kręci komedię i w pewnym momencie na bohatera spadnie fortepian, to taka akcja też może „przestraszyć”. Ale jest to rozwiązanie leniwe i na skróty. Dodatkowym zarzutem, jaki stawiam reżyserom, jest nieumiejętne balansowanie elementem gore.
W pierwszej połowie filmu jesteśmy świadkami nieudanej próby reanimacji bohatera, który wpadł pod samochód. Młody chłopak ma zmasakrowaną, zdartą twarz i mózg na wierzchu. Taki obraz zdaje się zapowiadać, że dalej będzie jeszcze gorzej. I, teoretycznie, jest – w zwrocie akcji córka bohaterów ginie przygnieciona wielką ciężarówką, a potem zostaje wykopana z grobu. Okazuje się jednak, że dziecko wcale nie wraca jako okaleczone zombie. Spotkanie z kilkoma tonami pędzącego metalu nie wywarło na ciele dziewczynki żadnego wrażenia – jedyną zmianą jest lekko opadająca powieka. I nie chodzi o to, że chciałbym oglądać dzieci ze zmasakrowanymi twarzami. Po prostu, gdy zapowiada się body horror w postaci pierwszej „ofiary”, to powinno się pozostać konsekwentnym w tej decyzji.
Aktorzy – grać to znaczy reagować
Jason Clarke to świetny, charakterystyczny aktor, którego kojarzę z drugiego planu wielu filmów. W końcu dostał główną rolę. Jego postać nie ma do zaoferowania zbyt wiele, a Clarke… cóż, w jednych scenach wypada lepiej, w innych – gorzej. Jego relacje z rodziną – dziećmi i żoną – wyglądają wiarygodnie, ale już reakcja na przywrócenie do życia martwego kota jest zupełnie niewidoczna. Lekarz, ateista, z bardzo zdroworozsądkowym podejściem do życia, na widok kota zombie powinien chyba zbierać szczękę z podłogi i nie móc spać po nocach. Jeszcze słabiej jest po stracie dziecka.
Zarówno Clarke, jak i jego ekranowa żona – Amy Seimetz – zdają się w ogóle nie czuć niewyobrażalnego bólu po śmierci dziewczynki. Tępo patrzą w ściany i przytulają się na łóżku, ale w ich oczach nie widać agonii, jaką czuje rodzic w takiej sytuacji.
Scenograf i operator – w pracy od punkt ósmej do punkt szesnastej
Zastanawiam się, który raz widziałem identycznie wyglądający dom na terenie identycznie wyglądającego ranczo, w towarzystwie identycznie wyglądającego lasu, z identycznie wyglądającymi pomieszczeniami w identycznie wyglądającym horrorze. Nic to – ale mam jeszcze jeden zarzut, dużo poważniejszy. SMĘTARZ DLA ZWIERZĄT – przecież to miejsce aż prosi się o scenografię, która wywołuje ciarki jeszcze długo po seansie. A ja, dzień po obejrzeniu filmu, nie mogę przypomnieć sobie, jak w ogóle wyglądał. Nie popisał się ani pion scenograficzny pod kierownictwem Ann Smart, który chyba na silę postanowił stworzyć najbardziej przeciętnie wyglądające lokacje, ani pion operatorski z reżyserem zdjęć Lauriem Rose’em, który wszystko to ograł w najbardziej przeciętnie wyglądających kadrach.
Montażystka – zagubiona w akcji
Montażyści to najbardziej niedoceniona grupa w branży filmowej. Nie mają swoich festiwali, nie umieszcza się ich zdjęć na okładkach czasopism, nikt nie pamięta ich nazwisk, a gdy wykonają swoją robotę, jak należy – ich zasługi rozmywają się wobec peanów na cześć reżysera, operatora i aktorów. A jednak, to od nich w znacznej mierze zależy wrażenie, jakie wywrze film na widzu. Kontrolują tempo opowieści, znaczenie obrazów, długość scen, wybierają najlepsze aktorskie momenty i najlepsze ujęcia do opowiedzenia historii. Znane są przypadki, w których montażysta odrzucał całe sceny i wątki w filmie, co wychodziło mu na dobre.
Oczywiście zdarza się też odwrotnie, jednak w przypadku Smętarza dla zwierzaków korzystne byłoby uporządkowanie nakręconego materiału i chwila refleksji nad tym, o czym właściwie chce się opowiedzieć, bo w obecnym kształcie film ten jest trochę ghost story, trochę zombie revenge story, a trochę filmem o traumie z przeszłości. Kompletnie nie rozumiem umieszczenia w filmie wątku z chorą siostrą Rachel – a już totalnie zdenerwował mnie kolejny ordynarny jump-scare w scenie z łazienkowym lustrem. Jest to bezsensowne dla historii i mam wrażenie, że miało tylko generować jakąś warstwę strachu, którego brak było w głównym wątku.
Podobnie ma się rzecz z nawiedzającym Louisa duchem chłopaka, którego nie zdołał ocalić. Jak mniemam, miał on być ostrzeżeniem dla lekarza, że pewnych granic nie należy przekraczać. No dobrze, ale dlaczego w ramach tej opowieści niektórzy powracają zza światów jako duchy-zjawy, a inni – nie? Wiele scen powinno wylądować w folderze „odrzucone” na dysku Sarah Broshar zamiast w finalnej wersji filmu. Wreszcie – jak zwykle – nie jest możliwe jednoznacznie stwierdzić, czy zawiódł reżyser, czy montażysta, ale wraca początkowy zarzut o zbyt szybkie wykładanie kawy na ławę. Być może nakręcono więcej ujęć, których można byłoby użyć do stworzenia na początku powolniejszej, pełnej napięcia atmosfery zapoznawania się z dziwnym cmentarzem w starym lesie, ale ich nie wykorzystano w montażu. Ktokolwiek zawinił – filmowi nie wyszło to na dobre.
