Connect with us

Publicystyka filmowa

Przed TAYLOR SWIFT: THE ERAS TOUR: Najlepsze filmy koncertowe

Przed Taylor Swift w muzyce rozrywkowej sporo się działo, a sama Swift nic wyjątkowego do samego rozwoju muzyki nie wniosła.

Published

on

Przed TAYLOR SWIFT: THE ERAS TOUR: Najlepsze filmy koncertowe

Przed Taylor Swift w muzyce rozrywkowej sporo się działo, a sama Swift nic wyjątkowego do samego rozwoju muzyki nie wniosła. Mimo wszystko jednak to ona jest w tytule, a zegar oczekiwania na premierę The Eras Tour niezwykle głośno tyka. Świadczy to o powszechności muzycznej Taylor Swift spowodowanej skutecznością jej reklamy, bo przesłuchując na Spotify kolejne albumy artystki, rozumiem tylko, że jej piosenki są półproduktami co najwyżej rytmicznymi, przygotowanymi zaledwie do opakowania w efektowną formę koncertową.

A tak nie powinno być. Muzyka istnieje najpierw w głowie, a nie jest elementem show, chyba że tylko po to się ją pisze. Trochę więc na przekór temu nazbyt głośnemu odliczaniu do premiery The Eras Tour starałem się wybrać najbardziej pamiętne filmy koncertowe, które zostały zagrane nie przez gwiazdy, które bardziej przypominają dobrze wypromowane marki butów, ale artystów zdolnych do współbudowania historii muzyki współczesnej siłami swoich palców realnie dotykających strun, nie zaś sampli i tekstów wypełnionych komunałami.

Advertisement

„Marillion: All One Tonight – Live At The Royal Albert Hall” (2018), reż. Tim Sidwell

Pierwsza pozycja w zestawieniu od początku była dla mnie oczywista. Marillion to zespół, który jest ze mną od początku istnienia w mojej głowie bardziej uporządkowanej w nutach muzyki. Dzieli to miejsce głównie z XIX-wieczną muzyką poważną, Pendragonem oraz Dream Theater. Długo więc czekałem na podobnie doskonały koncert jak niegdyś ten z Fishem w Lorelei. W 2018 nareszcie moje marzenie się spełniło, bo Marillion ze Steve’em Hogarthem wystąpił w The Royal Albert Hall z koncertem promującym znakomitą płytę F.E.A.R., w ramach której zagrał również swoje starsze hity. Te z płyty Seasons End brzmią ponadczasowo, zresztą jak wykonanie Neverland czy też Sugar Mice sprzed lat.

W historii rocka progresywnego i neoprogresywnego wciąż na scenie utrzymuje się wiele zespołów, które niestety tracą z czasem kompozycyjną świeżość, lecz niestrudzenie wciąż wydają kolejne płyty. Nie ma na szczęście wśród nich Marilliona. Ich ostatnia płyta An Hour Before it’s Dark porywa nawet bardziej niż F.E.A.R. swoją skuteczną lirycznie aranżacją detalu i łączenia muzycznych barw, w ramach dobrze odrobionej lekcji, że to jednak głos Hogartha, a nie patetyzm gitary Rothery’ego tworzą pamiętny klimat tej muzyki.

Advertisement

„U2: Rattle and Hum” (1988), reż. Phil Joanou

Ta wystylizowana i przemyślana produkcja kosztowała 5 milionów dolarów. U2 jako zespół zaangażowany i kreujący się na grupę wykonującą muzykę synkretyczną o bardzo amerykańskich korzeniach uznał, że produkcja pokazująca ich trasę koncertową powinna być niezależna, mieć ten sznyt bardzo indywidualny, stąd może monochromatyczność? Do końca się to nie udało, bo finalnie tytuł został kupiony przez Paramount i na większą skalę wprowadzony do kin. Muzycy chyba nie żałują, że tak się stało. Zabieg polegający na rezygnacji z koloru okazał się ważny dla uwagi widza. Gdy nie ma barw, mózg skupia się na wrażeniach dźwiękowych i głębiej może wejść w pełną poza rockowych motywów twórczość U2.

„A Week in the Life of Anderson Bruford Wakeman Howe” (1989), reż. Julian Colbeck

Czy Yes może istnieć bez Jona Andersona? Kiedy lat temu ponad 30 zapoznawałem się z ich płytą 90125, najprzystępniejszą chyba, żeby zacząć słuchać ich twórczości i się na zawsze nie zniechęcić, wydawało mi się, że Jon Anderson jest konieczny, nieodzowny. Jak mogłaby istnieć bez niego np. płyta Talk? Teraz jednak, kiedy słucham Mirror to the Sky z Jonem Davisonem w roli wokalisty i z jakże przesiąkniętym inną stylistyką muzyczną Geoffem Downesem z Asi na klawiszach zamiast Ricka Wakemana, ze zdziwieniem stwierdzam, że to nadal ciekawy Yes. Film koncertowy, który chcę wam jednak polecić, to jeszcze stary Yes, hermetyczny, eksperymentujący, nowocześnie symfoniczny i twardo progresywny, więc jak się domyślacie, nie będzie to kawałek łatwego kina. Jeśli się kocha muzykę progresywną, trzeba go obejrzeć i zakochać się w niektórych kadrach np. dyskretnym ujęciu od tyłu Wakemana, kiedy gra swoje charakterystyczne pasaże.

Advertisement

„Camel – Coming of Age” (2002), reż. David Minasian

Jak można zobaczyć w tym filmie, istnieje coś takiego jak suspens w gatunku filmów koncertowych. W przypadku Camela i trasy promującej niezwykle liryczną, koncepcyjną płytę Harbour of Tears wzrost napięcia osiągnięto, dzieląc materiał na 3 główne części. Pierwsza to próba na trzy dni przed rozpoczęciem trasy po zachodnim wybrzeżu USA. Grupa spotyka się na kameralnej próbie i dogrywa szczegóły w kompozycji i aranżacji niektórych utworów. Jest sporo rozmów, dużo grania. Można poznać Andrew Latimera od jego wnikliwej, nieco gadatliwej strony. Potem następuje wyciszenie, bo trzy godziny przed koncertem ekipa rozkłada instrumenty, na których potem muzycy się dostrajają.

Czuć już to napięcie w powietrzu i twarzach muzyków. Aż przychodzi ten wyczekiwany moment i rozpoczyna się właściwy koncert, poprzedzony wejściem zespołu na scenę. Kamera zatrzymuje się na ich twarzach i pokazuje radość, tremę, zamyślenie, skupienie, do których widz ma dostęp, nim zacznie słuchać Camelowskiej muzyki.

Advertisement

„Pieśń pozostaje ta sama” (1976), reż. Joe Massot, Peter Clifton

Led Zeppelin to orgiastyczni tytani rocka. Na żywo właśnie można to szczególnie poczuć, gdy nic ich nie blokuje, żadna studyjna przestrzeń, nikt, kto wyznaczałby im ramy wykonania kolejnych utworów. I to się sprawdza. Nie jest nawet potrzeby żaden przekaz fabularyzowany jak w tym przypadku. Led Zeppelin to zespół, którego sam odsłuch na żywo tak mocno wpływa na wyobraźnię, że pojawiają się w niej samoczynnie obrazy jak z filmów sensacyjnych i psychodelicznych zarazem, wziętych z czasów współczesnych, ale i z rzeczywistości przedwojennej, gdy kształtowały się blues i jazz.

„Stop Making Sense” (1984), reż. Jonathan Demme

Przypomnę tylko, że Jonathan Demme to ten twórca, który dał nam Milczenie owiec, w którym po mistrzowsku stopniował napięcie. Przyznam się, że się tego po koncercie na żywo Talking Heads w tak poruszający sposób nie spodziewałem. Liczyłem na dobrą muzykę, ale nie genialne połączenie jej z teatrem, rozrysowaniem psychologicznego wizerunku Davida Byrne’a od początku do końca, niemal jak się obiera cebulę lub oddziela poszczególne warstwy skóry, aż do skrywającej mięśnie powięzi.

Advertisement

Za kamerą stanął Jordan Cronenweth, czyli artysta, który dał nam Łowcę androidów i Stan łaski.

„Pink Floyd: Live at Pompeii” (1972), reż. Adrian Maben

Wyobrażam sobie ten koncert z publicznością. Jak zmieniłby się klimat. Ile by straciła taka forma pokazania muzyki wczesnych Floydów? Sami w amfiteatrze grają dla wyimaginowanej publiczności, jakby byli ostatnim zespołem na naszej planecie, a cały świat faktycznie zalała lawa, jak to zresztą jest ukazane w filmie. Nawet jeśli się nie lubi tego rozdziału w ich twórczości, warto ten koncert zobaczyć, żeby przekonać się, jak brzmią ojcowie rocka progresywnego w historycznej przestrzeni Pompejów wyposażeni nie tylko w muzykę, ale i ciekawe rozwiązania wizualne – punktowe świata, ujęcia na tle wyświetlanych obrazów i ciekawie wykorzystane statyczne pozycje członków zespołu.

Advertisement

„Metallica: Through the Never” (2013), reż. Nimród Antal

Po płycie Reload Metallica zeszła gdzieś na dalszy plan w mojej płytotece, chociaż od czasu do czasu do niej wracam, żeby z bólem stwierdzać niemal za każdym razem, że ich czas minął. Nie wyobrażałem sobie jednak, że można tak pomysłowo rozegrać największe hity tej grupy wykonywane na koncercie, jakże efektownym i nawet równo zagranym przez bogów metalu, połączonym z surrealistycznymi przygodami Tripa (Dane DeHaan), członka ekipy, którego wysłano po odbiór przesyłki.

„Queen: Live in Budapest” (1987), reż. János Zsombolyai

Takie wydarzenie musiało być sfilmowane, bo to był Queen, ale nie tylko. Mógł to być inny zespół, lecz znany i o korzeniach spoza Żelaznej Kurtyny. Wtedy dla Węgrów i „bloku wschodniego” miało do ogromne znaczenie, że świat na tyle się już zmienił, bo w Budapeszcie daje koncert legendarna grupa Queen z całym jej „zachodnim” bagażem zepsucia, którego nośnikiem był zwłaszcza szalejący na scenie Freddie Mercury. Historia dla Węgrów jednak okazała się cyniczna, bo koncert Queen przeszedł do historii jako jeden z bardziej znanych tej grupy, Żelazna Kurtyna od dawna nie istnieje, a jednak ojczyzna Franciszka Liszta znów zawinęła do nieco zbutwiałego i omszałego portu z totalitarnych czasów, kiedy właśnie Queen był w nich iskierką smakowitej nadziei niesionej przez zdeprawowany Zachód.

Advertisement

„9 Songs” (2004), reż. Michael Winterbottom

Na koniec zostawiłem jeden z najbardziej osobliwych filmów muzycznych, które widziałem. Jest to połączenie fragmentów koncertów 9 wykonawców z przedstawieniem relacji erotycznej między dwojgiem bohaterów. Nie ma tu żadnego muzycznego tabu. Jest karuzela gatunków, refleksji, gam i interpretacji. Nie ma również zahamowań w pokazywaniu seksu, co dopełnia ten muzyczny sztafaż jedynym w swoim rodzaju, zmysłowym klimatem. Są ludzkie ciała, które uprawiają seks i ludzkie ciała tańczące na widowni oraz scenie podczas uprawiania i słuchania muzyki. Wśród wykonawców możemy zobaczyć m.in. Michaela Nymana, Franza Ferdinanda, jak również niezmiernie ciekawy muzycznie Elbow.

Niektórzy krytycy nazywają tę produkcję płytką, bo widzą w niej tylko pornografię, a przecież seks właśnie tak wygląda, i tak wygląda scena, której dudnienia w piersiach trzeba doświadczyć, jakby miało się dwa, a nawet trzy nowe serca.

Advertisement

Filozof, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu Slavoja Žižka, krytyki psychoanalizy Jacquesa Lacana, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz drukarskim. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, kulturystyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *