Connect with us

Publicystyka filmowa

Niezapomniane SCENY OTWIERAJĄCE z filmów science fiction

Nawet jeśli całość filmu nie zadowala, to często właśnie scena otwierająca wprawia w zachwyt.

Published

on

Niezapomniane SCENY OTWIERAJĄCE z filmów science fiction

Nawet jeśli całość filmu nie zadowala, to często właśnie scena otwierająca wprawia w zachwyt. Takie sceny są niekiedy lepsze, zwykle pozbawione dialogów, symboliczne, typograficzne, oniryczne. Wprowadzają w klimat, ustawiają początkową siatkę znaczeń, do których reżyser nieraz wraca w finale opowieści; albo i nie. W takich przypadkach pozostają w pamięci tylko one, lecz nie w tych wymienionych poniżej. Zebrało się tu 10 produkcji science fiction, które trzeba znać, a w zależności od gustu można je podziwiać lub nie. Każdy z tych tytułów jednak – podobnie jak użyta w nim scena otwierająca – traktuje gatunek SF z rzemieślniczą biegłością, zwłaszcza w perspektywie dramatycznej, która w tej kategorii filmów często kuleje.

Advertisement

Miasto i oko, „Łowca androidów”, 1982, reż. Ridley Scott

Zacznę od wyjątkowej klasyki – oka i miasta. Żeby jednak zrozumieć sens tej sceny, należy przypomnieć sobie, co robiła Korporacja Tyrella. Prowadziła doświadczenia z bardzo wrażliwym „materiałem”. W swoich laboratoriach próbowała skonstruować wersję człowieka stworzonego, a nie spłodzonego, i na starcie pokazać mu, jak należy żyć zgodnie z wszczepionym szkieletem budujących osobowość wspomnień. To było szykowanie prawdziwego zamachu na adamowy ród, który wyjątkowo niesprawiedliwie najpierw tworzył replikantów, żeby za niego pracowali, nie dawał im czasu na wykształcenie emocji, chociaż w praktyce jest to wymagane do funkcjonowania w pozaziemskich, służalczych koloniach, przynajmniej w minimalnym stopniu.

A kiedy z czasem replikanci zaczynali już faktycznie uczyć się, jak być bardziej podobnymi do stwórców, właśnie za tę narastającą chęć doświadczenia samodzielności i wolności, usuwano ich. Ludzie bali się ich oczu, które z jednej strony widziały tak dużo, a z drugiej, bez odpowiedniego aparatu wspomnień, nie umiały tego ani wyartykułować, ani wykorzystać. Ten dualizm prawdziwego widzenia prawdy przy pomocy oka (okulocentryzm), a z drugiej strony nieumiejętności jej interpretacji i pokazania innym, był z natury zawarty w stwórcach replikantów. Może więc świadomi tego ludzie podświadomie tak bardzo się obawiali „syntetyków”, ponieważ wiedzieli, że skoro replikanci widzieli znacznie więcej, a przy tym są emocjonalnymi dziećmi, to zawsze powiedzą prawdę, zwłaszcza w momentach ocenionych jako „nieodpowiednie” dla interesu ogółu. A w społeczności ludzi, w znękanym wybuchami ognia, zanieczyszczeniem i ciemnością Los Angeles, nawet gdy ktoś widzi lepiej, głębiej i więcej, wie już, że nie ma sensu o tym na głos wspominać.

Advertisement

Oko na początku filmu jest naznaczone ogniem. Zdaje się dostrzegać, co znajduje się za techniczną osnową miasta, ale symbolizuje też karkołomną pomyłkę. Ten, kto ocenia tylko na podstawie wzroku, znajduje jedynie to, co chciał odkryć projektant badanego oka. Nie widzi, kim jest lub mógłby być jego posiadacz, oczywiście gdyby miał biologiczny czas. Zarówno Rick Deckard (Harrison Ford), jak i Roy Batty (Rutger Hauer) musieli więc od nowa nauczyć się patrzeć.

Film Łowca androidów to przedstawienie dwóch ścieżek oświecenia Zen. Jedną z nich musi przejść istota skazana na śmierć (Batty), a drugą „człowiek”, którego dalsze, rewolucyjne (Łowca androidów 2049) życie zależy od tego, jak zrozumie umieranie replikant, który nigdy nie żył naprawdę, chociaż tak dużo niesamowitości widział.

Advertisement

Nowa Ziemia, „Prometeusz”, 2012, reż. Ridley Scott

Jedna ze wspanialszych sekwencji otwierających w kinie science fiction. Kunsztownie zrealizowana. Na początku widzimy pojawiające się dyskretne napisy, potem dołącza się obraz, a font na tle pierwotnego ekosystemu robi się jeszcze bardziej cienki. W typografii określa się taką grubość czcionki słowem „light”. Kamera prześlizguje się po formacjach lawowych poprzecinanych pasmami wody. W tle słychać spokojną muzykę. Tajemnica się gdzieś dopiero rodzi. Kulminacja sceny otwierającej następuje przy wodospadzie Dettifoss, ale więcej nie zdradzę. Chodzi o to, żeby pokazać widzowi, że świat, który widzi na ekranie, jest pierwotny, dziki, nietknięty. Życie dopiero się w nim pojawi za sprawą czynnika zewnętrznego. A jaki ma to związek z Ksenomorfem, każdy może przekonać się sam. Mam na myśli tych, którzy dopiero poznają to uniwersum.

Małpy, „2001: Odyseja kosmiczna”, 1968, reż. Stanley Kubrick

Nie ukrywam, że nie pałam do tego filmu zbytnią miłością, chociaż doceniam kunszt realizatorski. Początkowa sekwencja, jak i wymowa produkcji w połączeniu z refleksją zawartą w książce czasem zmusza mnie wręcz kompulsywnie do dość nieprzyjemnej refleksji nad ludzkim rodzajem i naszą utraconą szansą na stworzenie o wiele doskonalszej cywilizacji. Zauważył to Kubrick i równie gorzko spointował w filmie. Otóż, gdybyśmy zrozumieli nasze biologiczne korzenie wcześniej o kilka tysięcy lat, bylibyśmy zapewne o wiele szczęśliwszym mentalnie gatunkiem, no i ile milionów żyć byśmy ocalili.

Advertisement

Moglibyśmy więc znacznie wcześniej niż w XIX wieku zrozumieć, że pochodzimy od małpy, co by nas uratowało. A tak straciliśmy prawie dwa tysiące lat. I tu nie chodzi o to, że teoria pochodzenia człowieka od małpy jest słabo udowodniona, bo faktycznie jest. Jest jednak naturalna, zgodna z naszą biologiczną historią i ekosystemem. Czasem lepsza taka właśnie, błędna, lecz bliska naszej fizycznej naturze, niż wykoncypowana przez grupy chcące za pomocą teorii rządzić światem. Teoria o pochodzeniu człowieka od małpy stanowi dobry punkt do prowadzenia badań nad gatunkiem będącym wspólnym przodkiem nas i małp, który rozdzielił się na dwie linie.

Z jednej powstał człowiek, a z drugiej małpy. Kubrick w swojej sekwencji otwierającej może aż tak dokładnie tego nie przedstawił, bo zapewne jeszcze wtedy nie posiadał takiej wiedzy, ale przynajmniej wprowadził do środowiska małp obcy element inny niż one. A kolejną zmianą była kość.

Advertisement

Napisy, „Obcy – 8. Pasażer Nostromo”, 1979, reż. Ridley Scott

Drugi z trzech filmów Ridleya Scotta wspominanych w tym zestawieniu; dla wielu ustanawiający domniemaną świętość Ksenomorfa. Świętości to jednak sztuczne twory umysłowe i warto je z czasem zawsze obalać, żeby czyścić umysł z legend, a tym samym zachowywać go w należytej kondycji myślowej, co zrobił Prometeusz. Sekwencja otwierająca zasadza się na stopniowym odsłanianiu się tytułu filmu na tle nieznanej, tajemniczej planety.

Dzisiaj już wiemy, jak się nazywała i jaki miała symbol. Dla wszystkich, którzy dopiero zaczynają odkrywać uniwersum Obcego, będzie to z pewnością emocjonująca zabawa: poznawać historię układów, w których działał i rodził się Ksenomorf. Kiedy stopniowo pojawia się tytuł, w tle słychać niepokojąca muzykę, co ustawia całość filmu w określonym rytmie aż do finału. Wspaniale zaprojektowany początek oraz typografia. A trochę dalej pojawiają się sugestywne napisy na hełmie…

Advertisement

Oko Davida, „Obcy: Przymierze”, 2017, reż. Ridley Scott

Ostatni film Ridleya Scotta, który wspominam w tym zestawieniu, to trzecia część opowieści o obcym. Reżyser już na samym początku wystawia widza na intelektualną próbę zrealizowaną w iście teatralnych, surowych estetycznie warunkach, godnych wyczucia artystycznego Scotta. Na ekranie najpierw widzimy niebieskie oko, bardzo nieludzkie, lecz już ustawiające narracje okulocentrycznie, o czym wspominałem w przypadku sceny w Łowcy androidów.

Następnie postać Petera Weylanda (Guy Pearce) i Davida (Michael Fassbender), zamkniętych w białej sali, z fortepianem marki Steinway, fotelem projektu Carlo Bugattiego, obrazem Narodzenie Piero della Francesci i posągiem Davida, na którego spogląda… David. Weyland przedstawia mu się jako jego ojciec, na co David pytająco odpowiada – Jestem nim? Pańskim synem? Weyland odpowiada dość znacząco – Jesteś moim dziełem. To coś innego, niż być synem. Następnie David zaczyna grać utwór Wagnera pt. Wejście bogów do Walhalli, a rozmowa między postaciami robi się gęstsza, bardziej egzystencjalna i wymagająca od widza sporej wiedzy humanistycznej.

Advertisement

Ciekawski David pyta Weylanda – Skoro mnie stworzyłeś, kto stworzył ciebie? Weyland odpowiada więc – To odwieczne pytanie. Liczę, że pewnego dnia na nie odpowiemy. Wszystko to, wszystkie te dzieła sztuki oraz ludzkiej myśli technicznej tracą znaczenie wobec tego jedynego, istotnego pytania. Skąd się wzięliśmy? Nie zamierzam przyjmować, że rodzaj ludzki to wynik losowej reakcji chemicznej. Że za jego powstanie odpowiadał zwykły przypadek. Stoi za tym coś więcej. A ty i ja, synu, odkryjemy to. David uważnie słucha, a w pewnym monecie stwierdza – Pozwól, że się zastanowię.

Szukasz swego stwórcy, ja patrzę na swojego. Będę ci służył, choć jesteś człowiekiem. Ty umrzesz, lecz ja nie. A teraz przejdźmy na koniec filmu i połączmy pewne fakty. Niesamowita scena w pełnym ukrytych znaczeń filmie.

Advertisement

Migające światła i strzałki, „Alphaville”, 1965, reż. Jean-Luc Godard

Nie jest to sekwencja ani efektowna, ani emocjonalnie poruszająca. Jest również stricte symboliczna. Pokazuje, jak w alternatywnym świecie komunikacja werbalna może być zbędna, a wolna wola niepotrzebna. Wystarczą znaki np. strzałki, które symbolizują życie bez wyboru, tylko podążanie w danym kierunku bez refleksji. W sekwencji otwierającej jedna z nich się pojawia. Pokazuje, gdzie bohater ma się udać, i on to robi, pokazując na chwilę swoją twarz. Gdzieś w tle słyszymy znaczące słowa – Bywa, że rzeczywistość jest zbyt skomplikowana, aby można ją opisać słowami. Legenda odtwarza ją w takiej formie, która pozwala jej być zrozumiałą dla wszystkich.

Twarze, „Twarze na sprzedaż”, 1966, reż. John Frankenheimer

Sekwencję zaprojektował Saul Bass, mistrz opowiadania skondensowanych historii za pomocą środków prostych, tak zwykłych, że każdy ma je w zasięgu ręki. Tak jest również w tym przypadku. Chodzi o twarz, jej charakterystyczne cechy, ale takie ich pokazanie, że odbiorca będzie miał wątpliwości, że należy ona do człowieka, przynajmniej tego, który jest jej posiadaczem. O to przecież chodzi w filmie. Soul Bass osiągnął swój cel – za pomocą czytelnego, wizualnego zwrotu ukazał to, o czym film opowiada. Każdy może to zrozumieć, o ile dysponuje podstawową umiejętnością rozumienia abstrakcji.

Advertisement

Statek i pogoń za psem, „Coś”, 1982, John Carpenter

Najpierw jest całkiem przyjemna, nieco komiksowa sekwencja lądowania statku kosmicznego obcych na Ziemi. Potem zjawia się agresywny stylistycznie tytuł, a następnie scena wprowadzająca do fabuły. Przez lodową pustynię biegnie pies, którego ścigają helikopterem zdesperowani ludzie z karabinami i granatami. Za wszelką cenę chcą go zabić. Niestety nie udaje im się, a dla dalszej historii ma to kolosalne znaczenie. John Carpenter na samym początku za pomocą takiej sekwencji szybko zawiązuje akcję, a widz spodziewa się przez chwilę, że będzie ona szybsza, niż jest w rzeczywistości. Na szczęście tak nie jest, bo Coś to nie tani horror. Tu akcja narasta stopniowo, a prolog służy do nadania jej odpowiednio tajemniczego początku.

Reportaż, „Dystrykt 9”, 2009, reż. Neill Blomkamp

Film wręcz modelowo prezentujący to, czym jest ksenofobia. Sekwencja otwierająca jest zrealizowana jak reportaż telewizyjny. Szybko wprowadza widza w fabułę. Ustanawia jej mocne punkty, a także częściowo podpowiada, na czym będzie polegała narracja. Reżyser jednak przewidział dla widza kilka niespodzianek. A jedną z nich jest pojawiający się na samym początku Wikus, urzędnik MNU, bardzo zaangażowany w swoją pracę, co zresztą jest skrzętnie filmowane. Widz czuje się na samym początku, jakby to, co oglądał, było bardziej realne, niż przypuszcza. Wszystko dzięki formie estetycznej i narracyjnej w sekwencji otwierającej Dystrykt 9.

Advertisement

„Pamięć absolutna”, 1990, reż. Paul Verhoeven

Dzięki uprzejmości pewnej sieci telewizji kablowej, która ostatnio bezpowrotnie już zniknęła z polskiego rynku jako marka, miałem przyjemność odświeżenia sobie Pamięci absolutnej, zarówno w wersji z 1990 roku Paula Verhoevena, jak i tej z 2012 roku Lena Wisemana. Sekwencję otwierającą w starym stylu, z napisami, wystylizowanym tytułem, chwytliwą muzyką, bez żadnej sceny aktorskiej, tylko litery i efekty typograficzne. Widz ogląda taką scenę, podziwia nazwiska, a potem następuje wprowadzenie do akcji. Takie czołówki zyskują po latach, zwłaszcza te dobrze zaprojektowane, jak wspominana już sekwencja w Alphaville autorstwa Saula Bassa.

Tekst z archiwum Film.org.pl (2023)

Advertisement

Filozof, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu Slavoja Žižka, krytyki psychoanalizy Jacquesa Lacana, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz drukarskim. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, kulturystyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *