Plebiscyt
NAJLEPSZE HORRORY XXI wieku! Ranking czytelników
50 najlepszych horrorów XXI wieku według czytelników Film.org.pl!
Już od samych początków kinematografii horror należał do jednych z najpopularniejszych filmowych gatunków. I choć niejednokrotnie wszem wobec obwieszczano, że w kinie już nic nie będzie w stanie widzów zaskoczyć, a tym bardziej przestraszyć, to kino grozy w XXI wieku co rusz udowadnia, jak bardzo nietrafione były zapowiedzi śmierci tego gatunku. XXI-wieczni twórcy horrorów doskonale zdają sobie bowiem sprawę z tego, co najbardziej przeraża współczesną publiczność oraz kogo lub czego boi się ona najsilniej. Wiedza ta, a także zaskakująca kreatywność reżyserów filmów grozy zapewniły nam w ciągu minionych prawie 24 lat co najmniej kilkanaście arcydzieł w tym gatunku oraz wiele po prostu doskonałych strasznych produkcji.
Drodzy Czytelnicy, jakiś czas temu zaprosiliśmy Was do głosowania na najlepsze horrory XXI wieku. Oto, w jaki sposób ułożyły się Wasze głosy!
50. „To: Rozdział 2" (2019)
Dawno nie widziałem tak umiejętnego zespolenia grozy z humorem – który, w odpowiedniej dawce, jest niezbywalnym elementem gatunku. Aktorsko króluje tu samo dobro, wyraźnie ukrywające niedociągnięcia obrazu na innych polach – widz chce po prostu z tymi bohaterami być, przeżywać, przetrawiać pewne wydarzenia, bo wszystko wychodzi tutaj niezwykle naturalnie – cały zespół odpowiadający za film wyraźnie czuje, że ten horror u Kinga zazwyczaj był tylko pewnym kompozycyjnym wytrychem, mającym otwierać drzwi obyczajowych rozterek. I właśnie w opowieściach o ludziach i ich wewnętrznych demonach tkwi prawdziwa siła tej prozy. I ja ją w dziele Muschettiego czułem na każdym kroku. [Radosław Pisula, fragment recenzji]
49. „Pandorum" (2009)
Pandorum to jedno z tych dzieł, które usterki logiczne oraz pomniejsze niedorzeczności potrafi rekompensować solidną dawką mrocznego klimatu, wartkiej akcji oraz intrygującego pomysłu wyjściowego. [Jakub Piwoński, fragment recenzji]
48. „Obcy: Romulus" (2024)
Chociaż nie każdemu Obcy: Romulus do końca przypasuje, spokojnie mogę przyznać, że na takiego Aliena wszyscy zasługiwaliśmy. Według mnie Fede Álvarez dowiózł wszystko to, co jest najlepsze w tej serii. Jest w tym odtwórstwie autorski sznyt i świeżość, które mogą przyciągnąć młodych widzów. Może i twórca Nie oddychaj nie odkrył czegoś nowego, bo to bardziej swoisty recykling serii (raczej skondensował to, co widzieliśmy we wszystkich poprzednich filmach, a zwłaszcza pierwszych trzech), zrobił to jednak na swoich warunkach i z totalnie indywidualnym zacięciem. Ostatnie 15–20 minut to jest jakieś upiorne szaleństwo z podbijaniem napięcia.
Siedziałem jak na szpilkach i to wyjątkowo ostrych. Dowód na to, że w tej serii jest jeszcze mnóstwo do odkrycia. Ja jestem kupiony. Czasem w prostocie jest siła. [Marcin Kończewski, fragment recenzji]
47. „Mów do mnie!" (2022)
Mów do mnie jest bardzo wdzięcznym materiałem do różnorakich społecznych odczytań. Satyra na social media i kulturę internetowych challenge’y, igranie z duchami jako metafora eksperymentów z narkotykami – to te najbardziej oczywiste interpretacje. Jest to również psychologiczna podróż po wewnętrznym świecie straumatyzowanej nastolatki, którą stopniowo pokonują jej własne demony. Twórcy wiedzą jednak, na czym polega dobra horrorowa zabawa i metafora w żadnym miejscu nie szkodzi opowieści. Nie jest to film grozy przyciężki od nadmiaru metaforyki (ekhem, Men). Końcówka, która – bez wchodzenia w spoilery – nie przynosi żadnych jasnych odpowiedzi i nie nadaje sensu ani nie wyjaśnia, co właściwie się wydarzyło, też jest formą pstryczka w nos dla widzów oczekujących od horroru przemyślanego komentarza na temat współczesności.
Czasem opowieść o duchach ogląda się właśnie po to, by o tej współczesności zapomnieć. [Katarzyna Kebernik, fragment recenzji]
46. „Koszmar z ulicy Wiązów" (2010)
Czy stawiając przeróbki legendarnych filmów na równi z nimi, popełniamy błąd? Nie wiem. Może i tak. Dlatego, gdy do Koszmaru z ulicy Wiązów z roku 2010 podejdzie się zupełnie bez myślenia o kultowym oryginale, można wydobyć z niego coś w rodzaju radości. Radości wynikającej z malowniczości ukazywanej tu masakry i z rozrywki, jaką może zagwarantować niektórym widzom tylko wakacyjny slasher. [Przemysław Mudlaff]
45. „Barbarzyńcy" (2022)
Dwójka nieznajomych sobie osób, przypadkiem rezerwuje w tym samym terminie domek w Detroit… za oknem szaleje ulewa, a właściciele nie odbierają telefonu… dodajmy do tego, iż jedno z nich ma niepokojącą aparycję Billa Skarsgårda, a w tle majaczy upiorna piwnica. Z pozoru dla potencjalnego widza oraz na podstawie samego opisu fabuły mogłoby się wydawać, że to kolejny sztampowy horror; jednak nic bardziej mylnego. Twórcy udowadniają bowiem, iż pozornie wyświechtany już koncept – opowiedziany do tej pory na milion możliwych sposobów – może stanowić punkt wyjścia do przedstawienia przerażającej historii o traumie i upadłym mieście, korzystając na każdym kroku z dobrze znanych nam horrorowych tropów, wywracając je do góry nogami, ku uciesze fanów tegoż gatunku filmowego; dodatkowy punkt dla twórców za naprawdę błyskotliwe podejście do tematu, gdzie to, czego się spodziewamy, okazuje się najbardziej niespodziewane. [Gracja Grzegorczyk-Tokarska]
44. „Shutter – Widmo" (2004)
Jeden z wzorców azjatyckiego kina grozy, które prostymi, wręcz sztampowymi środkami osiąga niesamowite efekty. Klarowny motyw wyjściowy – pojawiające się na fotografiach niepokojące widmo dziewczyny – stopniowo przeistacza się w porażającą rozprawę o winie i zemście zza grobu, a oferowany w tajskim filmie plot twist do dziś przyprawia o spadanie kapci. [Tomasz Raczkowski]
43. „Zombieland" (2009)
Horror komediowy to ciekawy gatunek, bo wbrew pozorom nie jest łatwo śmiać się z rzeczy nieprzyjemnych. Jak to robić, pokazuje w Zombieland Ruben Fleischer. Zombie apokalipsa spadła na świat i każdy orze jak może – stwarzając sobie listę żelaznych reguł, jak Columbus (Jesse Eisenberg) lub idąc na żywioł, jak Tallahassee (Woody Harrelson). Kiedy się przypadkowo spotykają, nie można spodziewać się niczego poza rozkosznie zabawną katastrofą. Zombieland to już dzisiaj klasyk, na którego kontynuację fani czekali latami, bo nie mieli tej historii dość. I nie dziwota. [Agnieszka Stasiowska]
42. „Martyrs. Skazani na strach" (2008)
Jeden z najważniejszych reprezentantów Nowego Francuskiego Ekstremizmu. W ramach nurtu francuscy filmowcy podnosili poprzeczkę, przesuwając granice filmowego sadyzmu. Napisany i wyreżyserowany przez Pascala Laugiera horror zaczyna się dosyć sztampowo – od motywu zemsty za wyrządzone krzywdy. Nastolatce udaje się uciec z ośrodka, w którym była wiele miesięcy maltretowana. Po 15 latach odnajduje posiadłość swoich oprawców i dokonuje samosądu.
To, co na pierwszy rzut oka wygląda jak fabuła przeciętnego thrillera, jest w istocie początkiem niewydeptanej ścieżki prowadzącej do piekła. Tytułowe martyrs już dobrze naprowadza na temat, z jakim mamy do czynienia – chodzi bowiem o stan męczeństwa, niewyobrażalne okrucieństwo i agonię, gdzie granica między życiem a śmiercią jest minimalna. Mocno niekomfortowy film, którego oglądanie jest (nomen omen) męczące i jest to efekt udanego filmowego eksperymentu. [Mariusz Czernic]
41. „Martwe zło" (2013)
To, co w pewnym momencie zaczyna się dziać na ekranie, przerasta najśmielsze oczekiwania – druga połowa filmu to właściwie jeden wielki horrorowy rollercoaster, w którego sercu bije ta sama energia, która trzy dekady temu napędzała klasyk Raimiego. Fede Álvarez najlepiej czuje się w scenach krwawej łaźni, na co najlepszym dowodem jest ostatnie czterdzieści minut jego filmu. Bohaterowie przechodzą chyba wszystkie znane fanom gatunku stadia umęczenia: demon przejmuje ich ciała z zaskakującą łatwością i zmusza widzów do oglądania istnego festiwalu obrzydliwości. Płaty skóry odpadają od mięsa, kończyny są ucinane i odstrzeliwane, w ruch idą piły łańcuchowe, gwoździarki i elektryczne noże do mięsa. Dawno nie było w głównym nurcie filmu grozy tak niewyobrażalnie brutalnego, krwawego i ohydnego. [Grzegorz Fortuna, fragment recenzji]
40. „To my" (2019)
Peele to absolutny fanatyk horroru i z każdej klatki jego nowego filmu przebija miłość do tego gatunku. Jednak nie jest odtwórczy i z gracją podobną do Quentina Tarantino przetwarza utarte rozwiązania przez swoją własną już wyraźnie rozpoznawalną autorską wrażliwość. To my znakomicie działa na kilku poziomach. Film jest rasowym straszakiem, inspirowanym kultową Strefą mroku, gdzie misternie budowana atmosfera skrajnego niepokoju jest dużo bardziej efektywna od epatowania rozlewem krwi. [Radosław Pisula, fragment recenzji]
39. „Obecność 2" (2016)
Pierwszą Obecność pamiętam jako oszczędny w efekty specjalne horror, w którym momenty grozy były stonowane, a demonstracja działań duchów ukazana nie w tak fantastycznym świetle. Kontynuacja idzie dwa kroki dalej. Wan straszy nas już nie tylko odbiciami w lustrze czy kryjącymi się w ciemnościach zjawami, ale i ożywionym obrazem oraz psem, który zamienia się w potworną postać z dziecięcej rymowanki. Są to momenty wyjątkowo efektowne, potwierdzające reżyserski talent ich twórcy, jednocześnie jednak tak bardzo przesadzone, że bliżej im do b-klasowego sztafażu Naznaczonego niż powściągliwości oryginału.
Czy traktuję to jako zarzut? Niekoniecznie, bo dzięki temu powstał film straszniejszy od poprzedniego, może i nie tak zwarty i skromny, ale dający dużo więcej powodów do radości dla tych, którzy uwielbiają się bać. Reżyser zaryzykował, stawiając na swobodniejsze podejście do „autentycznej” historii, i wyszedł z tego obronną ręką. [Krzysztof Walecki, fragment recenzji]
38. „Kod zła" (2024)
Kod zła wyraziście pachnie dreszczowcami z lat 90., z Milczeniem owiec i Siedem na czele. Zamiast jednak stawiać na zabawę wykorzystanymi figurkami, lekki ton i mrugnięcia okiem, proponuje immersję w świat przedstawiony, złożony z klocków z innych filmów, ale złączonych razem silnym spoiwem autorskiej dojrzałości. Do gatunku posępnego kryminału spod znaku neonoir, osadzonego w apatycznym świecie pozbawionym jakiejkolwiek nadziei, z czasem trwania seansu zostaje zaaplikowane coraz więcej satanistycznego i brutalnego horroru. Film czerpie więc garściami z wielu innych zasłużonych realizacji, ale paradoksalnie pozostawia po sobie wrażenie świeżości. [Maciej Kujawski, fragment recenzji]
37. „Dog Soldiers" (2002)
Pełnometrażowy debiut brytyjskiego reżysera Neila Marshalla łączący wojenne kino akcji z horrorem o wilkołakach. Bohaterami są żołnierze uczestniczący w treningu przygotowującym do operacji wojennych. Ćwiczenia wkrótce zamieniają się w bitwę z wrogiem, o którego istnieniu nie mieli pojęcia. Dehumanizacja przeciwnika, będąca jednym z najistotniejszych propagandowych narzędzi, jest tu potraktowana dosłownie, ponieważ wróg faktycznie nie jest człowiekiem.
Brytyjskich żołnierzy w górach Szkocji atakuje armia wilkołaków niedająca się zabić zwykłymi kulami, więc oprócz umiejętności strzelania protagoniści muszą użyć sprytu. Przede wszystkim jednak, aby przetrwać, muszą działać w grupie – jak wataha. Intensywny i wciągający survivalowy thriller z przewagą efektów animatronicznych nad cyfrowymi. [Mariusz Czernic]
36. „Nie!" (2022)
Peele doskonale rozumie zarówno odbiorców, jak i gatunki, w których się porusza. Nie inaczej jest w przypadku Nie!, w którym horror skutecznie splata się z science fiction, a także z westernem i czarną komedią. Ba! Peele nie tylko zdaje się czuć się w nich jak ryba w wodzie, ale także nierzadko wychodzi poza ich ramy, ustanawiając nowe reguły gry. Twórcy zresztą nie szczędzili pieniędzy, aby ten kinematograficzny, gatunkowy patchwork zrobił na odbiorcach wizualne wrażenie. Wykorzystanie kamer IMAX i zaangażowanie w projekt absolwenta łódzkiej filmówki Hoyte van Hoytema, który na swoim koncie ma zdjęcia do m.
in. Interstellar czy Dunkierki Christophera Nolana, to przecież gwarancja pełnowymiarowego doświadczenia kina. Kina, które przyśpiesza bicie serca, elektryzuje i zachwyca. [Przemysław Mudlaff]
35. „mother!" (2017)
Mother! jest kinem filozofującym, ale nie pretensjonalnym. Filmem mierzącym się ze starotestamentowym wizerunkiem Boga, przepisującym zawarte tam przypowieści w ramy innego gatunku, ciągle obracającym się wśród wątków z Księgi Rodzaju. Aronfosky unika jednak banału, a w kilku przypadkach stawia intrygujące pytania, rzucając znaną problematykę w nieco inny obszar. Tym samym reżyser po niekanonicznym (i nie do końca spełnionym) Noem kontynuuje swoją podróż przez ten fundamentalny dla Zachodniej kultury tekst.
Mother! ma też w sobie osobność i nietypowość, ale w żadnym wypadku nie jest filmem hermetycznym. Każdy widz powinien odnaleźć się w zawiłym kodzie symboli i metafor wykorzystywanych przez Aronofsky’ego. [Maciej Niedźwiedzki, fragment recenzji]
34. „Anihilacja" (2018)
Alex Garland jako reżyser okazał się jeszcze ciekawszym twórcą niż jako tylko scenarzysta. Jego drugi film to pełne rozmachu widowisko na pograniczu SF, grozy, ekologicznej rozprawy i psychologicznego dramatu. Silnik Jądra ciemności wykorzystany jest tu do stawiania ciekawych pytań, ale przede wszystkim wciągającego i trzymającego w napięciu spektaklu. [Tomasz Raczkowski]
33. „X" (2022)
Rewelacyjne oddanie atmosfery lat 70., świetna obsada i autentycznie niepokojący nastrój. X jest najlepsze w pierwszej połowie, gdy klimat zagęszcza się z każdą minutą, ale jako całość daje mnóstwo frajdy. Znakomita Mia Goth (w podwójnej roli!) i Jenna Ortega, która udowodniła tym filmem, jak swobodnie odnajduje się w horrorze. [Łukasz Budnik]
32. „The Ring" (2002)
Chociaż Krąg Verbinskiego nie dorównuje pod względem grozy swojemu japońskiemu pierwowzorowi, to amerykańskim twórcom remake udał się całkiem nieźle. Chyba dlatego, że Verbinski nie próbował wymyślać Kręgu na nowo, ale właśnie starał się uchwycić styl i ponury nastrój filmu Nakaty, a Naomi Watts stworzyła naprawdę rewelacyjną kreację aktorską. [Przemysław Mudlaff]
31. „1408" (2007)
1408 to precyzyjna, pełna napięcia i doskonałego tempa wyprawa do wnętrza ludzkiego umysłu. Umysłu człowieka przepełnionego żałobą, smutkiem i wściekłością, który pozuje na kogoś, kim tak naprawdę nigdy nie był, co z kolei budzi jego wewnętrzne demony. Świetna rola Johna Cusacka, która w innych rękach mogłaby przeistoczyć się w bezsensowną szarżę. [Przemysław Mudlaff]
30. „Pearl" (2022)
Jeśli – biorąc pod uwagę ostatnich kilka lat- miałbym dać komuś Oscara za występ w horrorze, to byłaby to Mia Goth za jej rolę w Pearl. Wystarczyłaby zresztą scena jej kilkuminutowego monologu z końcówki. Jako całość Pearl to stylowe, trzymające w napięciu i niepokojące kino, stanowiące świetne uzupełnienie X i rzucające nowe światło na antagonistkę tamtego filmu. [Łukasz Budnik]
29. „Czarny łabędź" (2010)
Był taki moment, kiedy najgłośniejszym tematem okołofilmowym dla Czarnego łabędzia Darrena Aronofsky’ego była kwestia, na ile Natalie Portman rzeczywiście wykonywała sekwencje baletowe i czy w związku z tym Oscar był dla niej zasłużony. Absolutnie niesłusznie. To ona bowiem, rolą Niny, niesie ten film na łabędzich skrzydłach. Warstwa psychologiczna, to całe narastające szaleństwo, które miało być motorem filmu, wypada nieco blado przy motywach jak najbardziej rzeczywistych, które tworzą codzienność tancerek baletowych – fizyczny ból aż do niemal całkowitego wyczerpania, nieustanna, wyniszczająca rywalizacja, przekraczanie barier, za którymi nie widać nic poza kolejnymi przeszkodami do pokonania.
Portman jest świetna w Czarnym łabędziu i nie ma to nic wspólnego z umiejętnościami tanecznymi. Są widowiskowe, tak, ale są tłem dla przerażająco sugestywnego występu tej doskonałej aktorki. [Agnieszka Stasiowska]
28. „Autopsja Jane Doe" (2016)
W Autopsji Jane Doe klimat zagęszcza się z każdą minutą. Jest to dodatkowo wzmożone faktem, że większość czasu spędzamy wraz z dwójką bohaterów (i ciałem) w jednym, odizolowanym pomieszczeniu. Stopniowe dociekanie, co stało się z denatką, to mistrzostwo budowania napięcia. Później całość niebezpiecznie skręca w stronę nadmiernej ekspozycji i nie do końca przekonuje fabularnymi rozwiązaniami. Sama konkluzja jest mimo wszystko satysfakcjonująca i tworzy przy okazji pole do dyskusji. [Łukasz Budnik]
27. „Paranormal Activity" (2007)
Boisz się zasypiać w ciemności? Nie? To nie oglądaj Paranormal Activity, bo jeśli to zrobisz, twoja nocna lampka zostanie włączona już każdej nocy. Paranormal Activity to dziwny fenomen, bazujący na chyba najprostszym możliwym pomyśle straszenia widzów. Czy można to jednak traktować jako zarzut? Zupełnie nie, bo Oren Peli doskonale wie, czego boimy się najbardziej. [Przemysław Mudlaff]
26. „Mandy" (2018)
Dramat o szukającym zemsty w kłębach czerwonego dymu Nicolasie Cage’u rozwija się powoli, ale gdy się już rozwinie – o rany, jak on się rozwija! Mandy to fantastyczna jazda po bandzie, pełna krwi, spektakularnych Cageyzmów, kampowej zgrywy i stylowej przesady. Kino grozy nigdy nie było tak spektakularne, a kino akcji nigdy nie było tak pokręcone. [Tomasz Raczkowski]
25. „Egzorcyzmy Emily Rose" (2005)
Chociaż sporo w tym filmie subiektywnej opinii twórców na temat przedstawianej historii (opartej zresztą na faktach), to obraz Scotta Derricksona ogląda się dobrze. Głównie ze względu na jego rytm i umiejętne budowanie u odbiorcy napięcia. Jest to raczej dramat z elementami horroru, ale mnie tak bardzo przerażają opętania i egzorcyzmy, że chwilami oglądałem film Derricksona przez palce. [Przemysław Mudlaff]
24. „Co robimy w ukryciu" (2014)
Mockument o wampirach żyjących pod jednym dachem we współczesnym Wellington? To musi być film Taiki Waititiego! Nie jest to bynajmniej horror, ale zwariowana komedia, której bliżej do słynnych parodii Mela Brooksa niż głupkowatej serii Straszny film. Co robimy w ukryciu to opowieść o przyjaźni, w której uwidacznia się tendencja Waititiego do portretowania niedorastających nigdy mężczyzn i przede wszystkim film zrealizowany z miłości do kina. Strasznie zabawny zresztą. [Przemysław Mudlaff]
23. „Zejście" (2005)
Horror autorstwa Neila Marshalla wykorzystuje proste, klasyczne w formie środki. Każde ograniczenie wolności wywołuje w przeciętnym człowieku automatyczny dyskomfort. Wypadek podczas zejścia do jaskiń, który skutkuje niemożnością wydostania się na zewnątrz, wystarczyłby, żeby zbudować na nim historię, Marshall jednak na tym nie poprzestaje. Dorzuca do pieca osobistą tragedię i bliżej nieokreślone zagrożenie kryjące się w mroku. Atmosfera Zejścia jest tak gęsta, że można ją kroić nożem, poczucie absolutnej bezsiły towarzyszy widzowi przez większość seansu, a nieliczne iskierki nadziei gasną niemal natychmiast, kiedy się pojawią. Zakończenie zaś wbija w fotel i sprawia, że do filmu ma ochotę się wracać. [Agnieszka Stasiowska]
22. „Silent Hill" (2006)
Silent Hill to doskonała ekranizacja gry, ale nie tylko. Także ci widzowie, którzy z produkcją Konami nie mieli wcześniej styczności, docenią klimat filmu Christophe’a Gansa. Tajemnicza dziewczynka (wspaniała w tej roli Jodelle Ferland) prowadzi swoją przybraną matkę do miasteczka-widma, z którego pochodzi. Ta wyprawa będzie dla nich obu początkiem, którego się nie spodziewały… Silent Hill to film przemyślany, o spójnej, logicznej, ciekawej akcji wykraczającej daleko poza standardowe „coś strasznego na nas zaraz wyskoczy”.
Oprócz rozbudowanej warstwy społeczno-psychologicznej oferuje widzowi niepokojącą muzykę Akiry Yamaoki oraz prawdziwą ucztę dla oka, jeśli chodzi o scenografię (przydymione na szaro, uśpione miasteczko, które wraz z dźwiękiem syreny zamienia się w miejsce rodem z najgorszych koszmarów). Do moich ulubionych – a przyznaję, że w przypadku Silent Hill mam ich wiele – należy scena, kiedy w opuszczonym barze znienacka rozlega się piosenka Johnny’ego Casha. Ile razy ją słyszę, nieodmiennie nasłuchuję dźwięku syreny… [Agnieszka Stasiowska]
21. „Lament" (2016)
Lament to ponad dwugodzinna totalna jazda bez trzymanki, wypełniona po brzegi ludowymi wierzeniami, tajemniczymi morderstwami, egzorcyzmami, diaboliczną wręcz atmosferą oraz zwrotami akcji, które potrafią zaskoczyć widza i tak już kurczowo trzymającego się brzegu fotela w trakcie seansu. Mimo iż od premiery minęła już prawie dekada, to dalej idealny przykład tego, jak powinno się tworzyć tzw. horrorowe produkcje opowiadające o opętaniu, gdzie nie sam demon znajduje się w centrum uwagi, ale ludzie uwikłani w całą historię, którzy w racjonalnym świecie muszą zmagać się z nadprzyrodzonymi zdarzeniami.
To, co zawsze zachwyca mnie w koreańskich produkcjach, to idealne połączenie grozy i humoru reprezentowanego przez głównych bohaterów świetnie chwytające esencję tego, iż są oni zwykłymi ludźmi mierzącymi się z czymś więcej, aniżeli są w stanie ogarnąć, a nie nadludźmi walczącymi z kamienną miną z przedwiecznym złem. Nie będzie stwierdzeniem na wyrost, że bez wątpienia jest to już na ten moment kultowy klasyk. [Gracja Grzegorczyk-Tokarska]
20. „Pozwól mi wejść" (2008)
Szwedzka produkcja dokonała praktycznie niemożliwego, czyli zreinterpretowała całkowicie na nowo klasyczny już mit wampiryzmu. To, co zaskakuje na pierwszy rzut oka, to fakt, iż fabuła skupia się na relacji dwójki młodych bohaterów; gdzie groza tym razem ma twarz niewinnej 12-letniej dziewczynki. Zdaniem jednych to uwspółcześniony gotycki romans, dla innych – poetycka opowieść o przyjaźni z mroźną zimą w tle. Twórcy sprytnie podchodzą do tematu, dzięki czemu wielu rzeczy nie widzimy bezpośrednio na ekranie, co pozwala widzowi na domniemywanie, wypełniając tym samym „luki” w scenariuszu. Jak się jednak okazuje, dość często kryje się w nich przerażająca prawda, która czasami lepiej by pozostała w sferze ludzkich domysłów.
Reżyserowi trzeba jednak oddać sprawiedliwość, iż w tym przypadku, ma on niezwykłą umiejętność operowania sugestywnymi szczegółami związanymi z naturą wampirów w celu zbudowania przerażającego fundamentu historii; historii, która zapada w pamięci widza na bardzo długi czas. [Gracja Grzegorczyk-Tokarska]
19. „Naznaczony" (2010)
Insidious (czyli Podstępny, a w polskim przekładzie Naznaczony) to już nie tylko zwyczajny horror, ale i jedna z najbardziej dochodowych serii w historii gatunku. Powstało pięć części i w planach są kolejne. Sprawcami zamieszania są Leigh Whannell (scenarzysta) i James Wan (reżyser). Pozornie mamy tu kolejną opowieść o nawiedzonym domu, ale to jednak nie dom okazuje się źródłem zła. Dziecko wykazuje zdolności do podróży astralnych i pewnego dnia gubi się w meandrach astralnego świata.
Przerażeni rodzice (w tych rolach Rose Byrne i Patrick Wilson) zostają poinformowani przez lekarzy, że syn przebywa w śpiączce i należy po prostu czekać, aż się wybudzi. Prawda jest bardziej niezwykła i trzeba znaleźć sposób, by pomóc zagubionemu dzieciakowi wrócić do swojego ciała. To, co chyba najbardziej nieprawdopodobne, to fakt, że jest to produkcja niskobudżetowa – jej budżet wyniósł zaledwie półtora miliona dolarów. Ale nakręcona została po mistrzowsku – trzyma w napięciu, jest świetnie zagrana i poprowadzona oraz korzysta z gatunkowych klisz (takich jak jump scare’y) w sposób przemyślany i nienachalny. [Mariusz Czernic]
18. „Inni" (2001)
Gotyckie, stylowe, zaskakujące i przede wszystkim permanentnie niepokojące ghost story od Alejandro Amenábara straszy i fascynuje widzów już od ponad 20 lat. To bowiem film, który wyznaczył trendy i można wręcz nazwać go współczesnym klasykiem. Obejrzyjcie go po latach, a zobaczycie, że podobnego klimatu (wynikającego również z kunsztu operatorskiego) po prostu nie da się podrobić lub powtórzyć. [Przemysław Mudlaff]
17. „Dom w głębi lasu" (2011)
Ten film od momentu premiery został już przeanalizowany na milion możliwych sposobów, więc nic, co napiszę, nie będzie nosiło znamion swoistego rodzaju novum. Dla jednych to czysta beztroska zabawa gatunkiem, który z pozoru dawno już umarł, podczas gdy dla drugich to dzieło niezwykle ważne i co tu dużo mówić – przełomowe. Na pewno w chwili wejścia na duże ekrany to był jakże potrzebny powiew świeżości, który był w stanie zadowolić praktycznie wszystkich, bezlitośnie piętnując raka, jaki toczył przez wiele lat współczesne hollywoodzkie kino grozy. Produkcja ta dziś jawi się mimo to jako jednorazowy event, praktycznie nie do podrobienia i niestety – nie do powtórzenia; nie zmienia to jednak faktu, że to twór niezwykle ważny, który, mam nadzieję, dalej będzie stanowił inspirację dla kolejnych horrorowych metatwórców. [Gracja Grzegorczyk-Tokarska]
16. „Cloverfield Lane 10" (2016)
Siła Cloverfield Lane 10 polega na niepewności i wynikającym z niej niepokoju, które to niezwykle skutecznie buduje reżyser filmu Dan Trachtenberg. Jednak najwięcej w tej kwestii ma do powiedzenia John Goodman. Jego Howard jest tak bardzo nieoczywisty i tym samym nieprzewidywalny, że aż strach pomyśleć, jak za chwilę zareaguje. Cloverfield Lane 10 to ciasne i wymagające stalowych nerwów doświadczenie. [Przemysław Mudlaff]
15. „Ciche miejsce" (2018)
Być może Ciche miejsce posiada kilka nielogicznych momentów, ale te wciąż nie są w stanie w moim odczuciu przekreślić pozytywnego wrażenia, jakie pozostawia po sobie film Johna Krasinskiego. A to wynika przede wszystkim z inteligencji twórców, z napięcia, które skutecznie generuje Ciche miejsce, i z fascynującego dramatu rodzinnego, jaki ten obraz dostarcza. Naprawdę angażujące oraz budzące silne emocje kino. [Przemysław Mudlaff]
14. „Bone Tomahawk" (2015)
Niezwykle udany debiut amerykańskiego reżysera Stevena Craiga Zahlera określany często jako połączenie klasycznego westernu w stylu Poszukiwaczy (1956) Johna Forda z kanibalistycznym horrorem typu Wzgórza mają oczy (1977) Wesa Cravena. Napięcie jest budowane powoli, lecz metodycznie, a fabuła zmierza do przerażającej konfrontacji, która jeszcze długo będzie się śniła po nocach. Reżyser odziera klasyczny western z bezpiecznej powłoki – z heroizmu i brawury. Pokazuje, że najgorszym wrogiem człowieka czy zwierzęcia jest głód, a to z kolei wiąże się z pragnieniem mięsa. Czy jest to mięso zwierzęce, czy ludzkie ma znaczenie tylko dla cywilizowanego człowieka, a nie dzikich plemion zamieszkujących amerykańskie ostępy.
Kapitalna obsada, której przewodzi Kurt Russell oraz świetnie zbudowane relacje między bohaterami. Niepokój narastający z minuty na minutę, także dzięki odpowiedniej scenerii potęgującej poczucie izolacji i zagrożenia. [Mariusz Czernic]
13. „To" (2017)
To Stephena Kinga jest jedną z najbardziej znanych i szanowanych powieści mistrza literackiej grozy. Nic w tym dziwnego, bo przecież King dostarcza tu epickiej historii o przyjaźni, poświęceniu i potędze wyobraźni. To samo próbował osiągnąć Andy Muschietti w swojej ekranizacji To z 2017 roku i trzeba przyznać, że zrobił w tej kwestii, co mógł. Otrzymaliśmy bowiem dobrze skonstruowaną historię, ogromną dawkę nostalgii i sporo przerażających koszmarów generowanych nie tylko przez przerażającego Pennywise’a Billa Skarsgårda, ale przede wszystkim wynikających z lęków młodych bohaterów. [Przemysław Mudlaff]
12. „Sinister" (2012)
Scott Derrickson to niezwykle sprawny rzemieślnik, który nieraz udowodnił, że z dużą łatwością i lekkością potrafi czerpać z tradycji kina grozy. W Sinister idzie o krok dalej i do klisz kojarzących się przede wszystkim ze starymi horrorami dodaje te, które są charakterystyczne dla strasznych filmów z przełomu wieków. Rezultatem tej fuzji jest zaskakująco skuteczny na poziomie generowania u odbiorców napięcia i przerażenia film z fascynującym antagonistą Bagulem i przyprawiającym o ciary na plecach udźwiękowieniem. [Przemysław Mudlaff]
11. „Piła" (2004)
Piła jako seria to moje absolutne guilty pleasure – wielką przyjemność (o ile można w tych kategoriach rozpatrywać serię tak wypełnioną scenami gore) daje mi oglądanie tej zawiłej intrygi, gdzie Jigsaw potrafi co do sekundy przewidzieć zachowania innych bohaterów, a retrospekcje mają retrospekcje. Pierwsza Piła to przy większości serii jednak jeszcze skromny horror, który pomimo ograniczeń wynikających z niskiego budżetu potrafi wciągnąć i trzymać w napięciu, dozuje przemoc i wyróżnia się zakończeniem. [Łukasz Budnik]
10. „Uciekaj!" (2017)
Jordan Peele należy dziś do najważniejszych twórców kinowej grozy. Głównie dlatego, że jak niewielu innych reżyserów potrafi skutecznie wplatać komentarz społeczny w gatunkowe ramy. Najlepszym tego dowodem jest właśnie Uciekaj! Pełnometrażowy debiut Peele’a to wnikliwe, inteligentne spojrzenie na problem rasizmu i różnic społecznych we współczesnej Ameryce. Spojrzenie, które od 7 lat wciąż uwiera, powoduje gorzki rechot i sporo strachu. [Przemysław Mudlaff]
9. „[REC]" (2007)
[REC] to film banalny i jednocześnie piekielnie skuteczny w swej prostocie. Straszny jak cholera i jak cholera wciągający widza, by ten przy jednoczesnym paraliżu spowodowanym przerażeniem połączył kropki, które złożą się na jeszcze bardziej przerażający obraz całości. Czyż nie na tym właśnie polega fenomen horrorów nakręconych w estetyce found footage? Właśnie tak! [Przemysław Mudlaff]
8. „Lighthouse" (2019)
O sile tejże niecodziennej produkcji stanowi fakt, że pełnymi garściami czerpie z tzw. opowieści mówionych (ang. oral history). Historia oparta jest na lokalnej, walijskiej opowieść o dwóch latarnikach, którzy na początku XIX wieku utknęli na swojej stacji podczas burzy. Można zaobserwować, iż reżyser poprzez wykorzystanie elementów ludowych zaciera granicę pomiędzy filmową fikcją a prawdziwymi mrocznymi ludowymi opowieściami. Charakterystyczne dla gatunku horroru aspekty, jak chociażby elementy nadprzyrodzone, zostają wymieszane z opowieścią o szaleństwie i śmierci; historia wpisuje się bowiem w narrację zbudowaną na bazie opowieści z przeszłości oraz lokalnych wierzeń.
Reżyser Robert Eggers skupia się na aspekcie „autentyczności”, czerpiąc pełnymi garściami z dostępnych źródeł ze „starego świata”, jak i ponowoczesności, kreując wizję świata, gdzie mitologia, rytuały oraz wierzenia są równie istotne, jak otaczająca nas rzeczywistość. [Gracja Grzegorczyk-Tokarska]
7. „Babadook" (2014)
Kino grozy z Australii nosi w sobie dużo uroku i ekstrawagancji. Jest też jednak dość specyficzne, nawet wsobne, przez co nie zawsze na przestrzeni lat znajdowało fanów na amerykańskim i europejskim kontynencie. Aż do czasu, gdy na horrorowej mapie pojawiła się Jennifer Kent, której pełnometrażowy wypełniony celnymi metaforami straszak psychologiczny nie tylko rozbudził wśród światowej widowni apetyt na kino grozy z ojczyzny kangurów, ale również zainspirował wielu twórców do stworzenia przełomowych w tym gatunku dzieł. Babadook to zatem rodzaj gamechangera. To kino, które każe nam myśleć, że największym dla siebie potworem możemy być my sami. [Przemysław Mudlaff]
6. „28 dni później" (2002)
Zanim Cillian Murphy został Oppenheimerem i zdobył Oscara, u Danny’ego Boyle’a i Alexa Garlanda walczył z zombie w postapokaliptycznej Anglii. 28 dni później to rasowe kino survivalowe, z surowymi, ale efektownymi sekwencjami akcji i soczystymi stawkami moralnymi. Niepokojąco realistyczny klimat świata po epidemii zamieniającej ludzi w krwiożercze mutanty przyprawia o ciarki, podobnie jak podprowadzana stopniowo puenta, że największymi bestiami i tak jesteśmy my sami. [Tomasz Raczkowski]
5. „Coś za mną chodzi" (2014)
Trzeba powiedzieć to raz, a dobrze – to jeden z najbardziej oryginalnych i ciekawych horrorów, jakie kiedykolwiek stworzono, który dodatkowo pełnymi garściami czerpie z dorobku gatunku lat 80., z poszanowaniem dla ich twórców; interesujący wydaje się także fakt, iż jest on wypełniony po brzegi metaforami oraz nawiązaniami do twórczości samego Johna Carpentera. Główna bohaterka dowiaduje się, że ciąży na niej klątwa i teraz już zawsze „coś” będzie za nią podążało, chyba że uda się jej przenieść „przekleństwo” na inną osobę. Pozornie produkcja w warstwie fabularnej jawi się jako kolejny horrorowy produkt skupiający całą uwagę na elementach nadprzyrodzonych, ale nic bardziej mylnego.
Widz od samego początku bombardowany jest alegoriami, tytułowe „coś” to zaś jakże idealne wręcz ucieleśnienie naszych uniwersalnych lęków; sam przekaz choć sztampowy, przekazuje prawdę uniwersalną – dorosłe życie wcale nie jest takie idealne, jak mogłoby się nam wydawać na pierwszy rzut oka. [Gracja Grzegorczyk-Tokarska]
4. „Obecność" (2013)
Chociaż Obecność nie wymyśliła kina grozy na nowo, to film Jamesa Wana już od ponad dekady powinien być wzorem do naśladowania dla twórców mainstreamowych horrorów. Złowrogi klimat, niepokojąca atmosfera, fantastyczne zdjęcia, świetnie poprowadzone historie bohaterów, wspaniałe aktorstwo i niezwykła wręcz umiejętność Wana do budowania wśród odbiorców filmu napięcia bez uciekania się do tanich oraz oklepanych sztuczek czynią z Obecności nie tylko jeden z najlepszych i najbardziej przerażających horrorów XXI wieku, ale wszech czasów. [Przemysław Mudlaff]
3. „Midsommar. W biały dzień" (2019)
Debiut filmowy Astera, czyli Dziedzictwo. Hereditary to bez wątpienia jeden z najbardziej oryginalnych horrorów ostatnich lat, kropka. Jednak do mnie dużo bardziej przemawia drugi jego film, który w dość specyficzny i zarazem pokręcony sposób przedstawia własną wariację na temat kultowego już klasyka, jakim jest Kult, pogańskich wierzeń nordyckich i ukazuje ewolucję toksycznego związku; każdy kolejny akt to dalszy etap jego powolnego rozkładu. Motyw ten idealnie wręcz wpisuje się w historię o festiwalu na końcu świata, gdzie zawsze świeci słońce, a przybysze z zewnątrz znikają jeden po drugim w niewyjaśnionych okolicznościach.
To, co chyba najbardziej fascynuje, to fakt, iż reżyser miesza znane motywy, dając nam jedno z ciekawszych współczesnych dzieł kina grozy. A warto nadmienić, że widzowie naprawdę mocno muszą się napracować, by odkryć całą ukrytą w poszczególnych scenach oraz w pięknych ujęciach symbolikę; ale niezaprzeczalnie to jeden z najmocniejszych punktów gatunku, jakim jest ludowy horror. [Gracja Grzegorczyk-Tokarska]
2. „Dziedzictwo. Hereditary" (2018)
W 2018 bliżej nieznany Ari Aster przedstawił widzom Dziedzictwo. Hereditary i z miejsca zajął swoje miejsce w panteonie twórców horroru, rok później usadawiając się na nim pewniej za pomocą równie świetnego Midsommar. Hereditary to historia rodziny, która po śmierci seniorki rodu musi zmierzyć się z serią niepokojących zjawisk. Tajemnicza klątwa, do której sedna trzeba dotrzeć, to klasyczny horrorowy plot, ale scenariusz Astera oferuje o wiele więcej, idąc krok dalej w zwrotach akcji i silnie akcentując psychologiczną stronę bohaterów filmu.
Naturalnie, nie można nie wspomnieć tutaj dwóch centralnych postaci, jakimi są Charlie, grana wspaniale jak na debiut przez Milly Shapiro, oraz absolutnie doskonała w roli jej matki Toni Collette. Colette ma bogatą, różnorodną filmografię, ale to, co pokazała w Hereditary, ociera się o legendę. Dla samej sceny przy stole rodzinnym, tak wydawałoby się zwykłej, a jednocześnie do szpiku kości przerażającej, warto zobaczyć dzieło Astera. [Agnieszka Stasiowska]
1. „Czarownica. Bajka ludowa z Nowej Anglii" (2015)
Robert Eggers i Anya Taylor-Joy należą do najgorętszych nazwisk we współczesnej kinematografii i na kolejne efekty ich pracy czeka się z niecierpliwością. A wszystko zaczęło się od Czarownicy: Bajki ludowej z Nowej Anglii, która była ich debiutem. To opowieść o siedmioosobowej rodzinie wygnanej z poświęconej ziemi, zamieszkującej na odizolowanej od cywilizacji farmie, która sąsiaduje z pogrążonym w mroku lasem.
Tajemnicze zaginięcie nieochrzczonego członka rodziny inicjuje szereg niezwykłych zdarzeń, w których wyczuwa się ingerencję sił diabelskich. Opuszczona przez katolicką wspólnotę rodzina jest łatwym celem dla demonów.
Eggers stworzył film historycznie wiarygodny ze względu na język, mentalność, relacje między postaciami. Wszystko to pasuje do epoki i regionu – czasów radykalnego purytanizmu religijnego w Nowej Anglii w XVII wieku (kilka dekad później dojdzie tu do osławionego procesu czarownic z Salem). Ale to również film, w którym demony żyją obok ludzi, więc wiara w ich istnienie nie jest jedynie przejawem ignorancji i religijnej obsesji. Ukazanie zjawisk nadprzyrodzonych ma na celu nie tylko opowiedzenie baśni inspirowanej ludowymi przekazami, lecz także alegorii na temat rozpadu rodziny, przejścia z etapu dojrzewania do dorosłości, wyzwolenia się z purytanizmu i uzyskania samodzielności.
To surowe i minimalistyczne dzieło filmowe z precyzyjnie zbudowaną atmosferą paranoi i strachu oraz skutecznie narastającym napięciem. Użyte środki filmowe, niekonwencjonalne dla horroru, mogą sugerować, że to nie jest pozycja dla fanów gatunku. Jednak pierwsze miejsce w niniejszym rankingu świadczy o tym, że Eggers trafił w dziesiątkę. [Mariusz Czernic]
