"Jeździec znikąd" - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Jeździec znikąd

Dziki kolaż disneyowskiego widowiska ze spaghetti westernem w wersji PG-13, kina familijnego z szaloną wizją Dzikiego Zachodu, makabry z burleską.




Pewnego razu w Disneylandzie




Grzegorz Fortuna
03.08.2013


Powracającym komediowym przerywnikiem jest w „Jeźdźcu znikąd” taki oto motyw – główni bohaterowie: tytułowy jeździec, czyli grany przez Armiego Hammera John Reid, i Komancz Tonto (Johnny Depp) siedzą, leżą lub stoją w jakimś miejscu na prerii. Nagle pojawiają się zwierzęta (w dwóch scenach są to króliki, w innych biały koń, jeszcze kiedy indziej skorpiony) i robią coś, co do ich naturalnego zachowania nie pasuje (króliki rzucają się wściekle na kawałek mięsa, koń stoi na drzewie itd.). Tonto patrzy na nie z kamienną miną i rzuca coś w stylu: „Natura naprawdę dziwny obrała kierunek”.

Parafrazując jego słowa: Disney naprawdę dziwny obrał kierunek. „Jeździec znikąd” jest filmem tak kuriozalnym i niezwykłym, że nakręcić mógł go tylko reżyser, który dostarczył tej wytwórni całe wagony złota. A kimś takim jest niewątpliwie Gore Verbinski, autor „Piratów z Karaibów”, czyli najlepiej sprzedającej się disneyowskiej franczyzy od czasów… Myszki Miki?

Nie wątpię, że w głowie Verbinskiego pomysł na „Jeźdźca znikąd” wydawał się wspaniały. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że dekadę temu Verbinski dosłownie wyciągnął z zaświatów kino pirackie, które w roku 1995 – a dokładnie w dniu premiery „Wyspy piratów” Renny’ego Harlina, jednej z największych porażek finansowych, jakie widziało Hollywood – zostało zabite i rozszarpane przez sępy. „Piratami z Karaibów” reżyser o polskich korzeniach nie tylko przywrócił wiarę w upadły gatunek, ale też tchnął w niego nowe życie, nawiązując do źródeł tego zacnego nurtu, czyli do awanturniczego kina lat trzydziestych. Teraz Verbinski chciał to samo zrobić z westernem (niemal nieobecnym w mainstreamie od co najmniej kilku dziesięcioleci), ale – znając najwyraźniej swoją pozycję w Hollywood – postanowił od razu zagrać va banque, pójść na całość, wyłożyć wszystkie karty na stół jednym ruchem ręki. Zamiast bawić się w delikatne nawiązania do klasyków amerykańskiego filmu kowbojskiego, obrał kurs na brutalne spaghetti westerny; zamiast dostosowywać się do wymogów małoletniej publiczności, wprowadził do fabuły postać bandyty pożerającego serca swoich ofiar. A żeby to nagromadzenie krwawych motywów jakoś zneutralizować, finał postanowił nakręcić w konwencji burleski, z Johnnym Deppem pozującym na Bustera Keatona.

Efektem jego starań jest, niestety, spora porażka. Ale porażka tak ciekawa, że zasługująca na jakieś osobne miejsce w historii kina, gdzieś pomiędzy „Atlasem chmur” a „Bardzo Dzikim Zachodem”. Ale po kolei.

 

Pewnego razu w Disneylandzie

 

[SPOILERY] Fabuła „Jeźdźca znikąd” wygląda mniej więcej tak: do rodzinnego miasteczka wraca po latach John Reid, prawnik i idealista, który przemocą się brzydzi, a rewolweru nie miał w ręce od nastoletniości. Spotyka tam swojego brata, Dana (James Badge Dale), i jego żonę, Rebeccę (znana z „Luthera” Ruth Wilson), w której był kiedyś z wzajemnością zakochany. Kiedy Dan zostaje zabity przez Butcha Cavendisha (William Fichtner pod toną makijażu), najniebezpieczniejszego bandytę w okolicy, John przywdziewa maskę i łączy siły z szalonym Tonto. Sytuację komplikuje fakt, że Cavendish współpracuje z miejscowym oligarchą, Lathamem Colem (Tom Wilkinson), który finalizuje właśnie budowę kolei łączącej teksańską prerię z San Francisco. Jakby tego było mało, Tonto musi wyrównać rachunki zarówno z Cole’em, jak i Cavendishem, bo ci dwaj przed laty wymordowali jego rodzinną wioskę.

Brzmi znajomo? Jeśli jeszcze nie, zróbmy mały eksperyment i wyrzućmy z „Jeźdźca znikąd”… tytułowego jeźdźca znikąd:

Silna i samodzielna kobieta stara się przetrwać po tym, jak okrutny bandyta zamordował jej męża. Tenże bandyta ma układy z bogaczem budującym kolej, dzięki czemu niecne postępki uchodzą mu płazem. Równolegle poznajemy losy samotnego, dziwacznego Indianina, który – z nieznanych widzowi do pewnego momentu powodów – poświęcił życie polowaniu na bandziora.

A teraz w powyższym opisie zamieńmy „losy samotnego, dziwacznego Indianina” na „losy samotnego kowboja o pseudonimie Harmonijka”, a otrzymamy – uproszczony i pomijający pewne ważne aspekty lub postacie – opis… „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie” Sergia Leonego!

Oczywiście, western jest gatunkiem na tyle skodyfikowanym i opartym na rozpoznawalnych wzorcach, że kręcąc dzisiaj film przynależący do tego gatunku, trudno czegoś nie skopiować. Podczas tworzenia swojego arcydzieła Leone także tego typu szablony wykorzystywał. „Jeździec znikąd” bierze jednak z „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie” tak dużo, że należy zadać sobie pytanie, gdzie kończy się hołd lub inspiracja, a zaczyna zwykły plagiat. U Leonego bandyta Frank (Henry Fonda) podszywał się pod innego bandziora, Cheyenne’a i jego bandę, żeby zrzucić na niego winę za dokonane przez siebie zabójstwa; u Verbinskiego grupa bandziorów pod wodzą Butcha Cavendisha podszywa się pod Apaczów. W „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie” swoistym symbolem krzywdy wyrządzonej Harmonijce (Charles Bronson) był wspomniany instrument muzyczny; w „Jeźdźcu znikąd” jest nim kruk noszony na głowie przez Tonto. I choć w fabułach obu filmów można bez trudu znaleźć duże różnice, a dynamika relacji między poszczególnymi postaciami jest inna, to podobieństwo budzi momentami dziwne odczucia. Tym bardziej, że Verbinski podkreśla swoje uwielbienie dla Leonego na każdym kroku: w jednej z pierwszych scen filmu grupa twardzieli czeka na stacji na przyjazd pociągu, co jest wyraźnym odniesieniem do sekwencji otwierającej „Pewnego razu…”, a na ścieżce dźwiękowej Hansa Zimmera można znaleźć co najmniej kilka utworów, które – w mniejszym lub większym stopniu – przywołują na myśl kompozycje Ennia Morriconego. [KONIEC SPOILERÓW]

 

Pączek w spaghetti

 

No dobrze, mamy więc disneyowską wersję „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie” (!) z kategorią PG-13 (!!) i z Jackiem Sparrowem zamiast Charlesa Bronsona (!!!). Co dalej?!

Serię „Piraci z Karaibów” pamiętam jako ciekawy przykład – jak to określił redakcyjny kolega Crash – kina nadmiaru. O ile pierwsza część była fajną rozrywkową przygodówką, o tyle dwie następne uginały się pod ciężarem niepotrzebnych wątków pobocznych, nagłych zmian klimatu filmu (z poważnego do komediowego, z komediowego do poważnego i tak w kółko, prawie jakby reżyser grał w ping-ponga) i ekstremalnie długiego czasu trwania. W „Jeźdźcu znikąd” jest tak samo, jak w „Piratach…” numer dwa i trzy, tylko że jeszcze gorzej. Jeżeli myśleliście, że nikt nie wpadłby na pomysł przeplatania masakry Indian z wygłupami Johnny’ego Deppa, to byliście w błędzie; jeżeli nie przypuszczaliście, że ktokolwiek połączyłby – w ramach familijnego filmu przygodowego – potraktowanej całkowicie na serio sceny pożerania serca z sekwencją, w której jeden z bohaterów rzuca na prawo i lewo sucharami, także byliście w błędzie. „Jeździec znikąd” jest produkcją tak bardzo niewyważoną, jak to tylko możliwe. I nie chodzi o to, że poważny klimat przełamywany jest od czasu do czasu jakimś żartem (bo to byłoby jak najbardziej do przyjęcia). To raczej komediowa atmosfera typowego deppowego widowiska, która w „Jeźdźcu znikąd” zdecydowanie dominuje, zostaje co kilkanaście minut skontrastowana z czymś poważnym, brutalnym i nieprzyjemnym. Innymi słowy: Verbinski bierze spaghetii, po czym wrzuca do niego kawałek krwistego steku i dwa pączki, a potem dziwi się, że taka mikstura jakoś niezbyt smakuje.

Co więcej, bohater Armiego Hammera nie jest tu – wbrew tytułowi – głównym bohaterem. Postacią centralną i jednocześnie narratorem opowieści jest Tonto, co może się wydawać zrozumiałe z marketingowego punktu widzenia (w momencie, kiedy studio dawało „Jeźdźcowi…” zielone światło, Johnny Depp był jeszcze gwarantem wysokich przychodów), ale jest na swój sposób denerwujące. Depp po raz kolejny gra bowiem tę samą postać – Jacka Sparrowa. Tonto to tak naprawdę pamiętny pirat z Karaibów, tylko że mówiący nieco innym językiem i ubrany w nieco inny kostium. Jego relacja z tytułowym jeźdźcem – w założeniu zabawna, bo oparta na radykalnych kontrastach – wypada sztucznie, bo została słabo rozpisana i za wiele w niej wspomnianych już sucharów, które, zamiast bawić, wywołują raczej lekkie zażenowanie.

 

Wykolejony western

 

Reżyser próbuje okiełznać ten bałagan, wprowadzając do filmu klamrę – cała historia to opowieść starego Tonto, który pracuje w wesołym miasteczku jako przedstawiciel „wymarłego gatunku” Indian. Tego typu ujęcie całości tłumaczy może błędy logiczne i sposób poszatkowania filmu, ale nie stanowi remedium na wszystkie niedociągnięcia. Atmosfera schyłku Dzikiego Zachodu, która niejako wisi nad „Jeźdźcem znikąd”, też jest słabo odczuwalna, bo neutralizują ją przerywające fabułę skecze z udziałem Deppa i Hammera.

Nic dziwnego, że film Verbinskiego okazał się finansową klapą. Różne źródła podają odmienne sumy, ale szacuje się, że na produkcję i marketing „Jeźdźca znikąd” Disney mógł wydać aż 375 milionów dolarów, z czego odzyskał póki co jedynie 80 milionów. Oznacza to, że wytwórnia straciła na filmie więcej, niż zarobiła na czwartej części „Piratów z Karaibów” – trzecim największym hicie box office’u w 2011 roku. Powodów klęski „Jeźdźca znikąd” jest wiele: western to dzisiaj mało chwytliwy gatunek, Johnny Depp przestał być aktorskim magnesem (udowodniły to już zeszłoroczne „Mroczne cienie” i „Dziennik zakrapiany rumem”), Armie Hammer nie jest – póki co – żadną gwiazdą, więc trudno, żeby przyciągał widzów do kin, a budżet wyraźnie wymknął się producentom spod kontroli. Nie ma więc szans, żeby „Jeździec znikąd” rozrósł się do rozmiarów franczyzy w taki sposób, jak to było z „Piratami z Karaibów”.

Pomimo wszystkich tych wad, pomimo że to słaby film, który trudno momentami oglądać bez zażenowania, pomimo kompletnie nieoryginalnej fabuły i braku odpowiedniego wyważenia na linii humor – powaga, seansu „Jeźdźca znikąd” wcale nie odradzam. Film Verbinskiego nie spisuje się dobrze jako wakacyjny blockbuster, ale jest pierwszorzędnym dziwadłem, które warto obejrzeć z czystej ciekawości, żeby zobaczyć, co się dzieje, kiedy wielkie studio ma zbyt dużo zaufania do kasowego reżysera i jeszcze bardziej kasowego aktora. I nieważne, ile błędów popełniono na planie i w postprodukcji – „Jeździec znikąd” to nadal dziki kolaż disneyowskiego widowiska ze spaghetti westernem w wersji PG-13, kina familijnego z szaloną wizją Dzikiego Zachodu, makabry z burleską. A takiego połączenia nie pamiętają nawet najstarsi Indianie.

 

Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna

Miłośnik polskiej kultury filmowej okresu transformacji, dawnego włoskiego kina gatunkowego, filmu grozy i współczesnej popkultury. Członek kolektywu VHS Hell. Zainteresowany wszystkim tym, co zapomniane lub niedocenione. Bardzo lubi kebab.
Grzegorz Fortuna

Latest posts by Grzegorz Fortuna (see all)







  • Qba_23

    Ech, i znowu 4/10 ;)

  • zonk

    Za klapę finansową Wyspy Piratów podobnie jak Wodnego Świata, odpowiedzialni są ludzie od marketingu, bo same filmy są rewelacyjne. Wyspę Piratów stawiam na równi z Klątwą Czarnej Perły, a Wodny Świat to jeden z moich ulubionych filmów z Kevinem Costnerem.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Woody Allen i jego filmy cz.8 (1999-2005)

Następny tekst

"LARP" - polskie kino niezależne



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE