Mel Blanc. Mel kto?! | FILM.ORG.PL

Mel Blanc. Mel kto?!








Radosław Buczkowski
18.10.2012


Słowem wstępu.

Jak powszechnie wiadomo, przemysł filmowy jest bezwzględny i nie należy do sprawiedliwych. To ciężki kawałek chleba, biznesowy Dziki Zachód, gdzie, jak mawiał Eastwood w „Unforgiven”, „zasługi nie mają żadnego znaczenia”. Tylko w tym biznesie, nawet nie mając wielkiego talentu, można w jednej chwili zyskać status półboga, a potem równie szybko spaść z piedestału na samo dno. Myśli się i pamięta głównie o tych przebywających w światłach fleszy i brylujących na salonach – aktorach, topowych reżyserach, charyzmatycznych producentach. Dla zwykłego widza cała reszta to wyzbyta twarzy i nazwiska jednolita, szara masa. Takie są prawa tego biznesu i to się nigdy nie zmieni.

Jak historia pokazuje, zdarza się też tak, że można być aktorem z najlepszym warsztatem, z kilkunastoma rolami, które na zawsze wpisały się w annały filmowej historii, otrzymać niejednego Oscara i mieć kilka gwiazd w Hollywoodzkiej Alei Sław, a jednak dla wielu widzów pozostać osobą praktycznie nieznaną. O kim mowa? O jednym z najzdolniejszych aktorów w historii przemysłu filmowego, którego role znają wszyscy, ale nikt nie może skojarzyć z wizerunkiem. Mowa o twórcy, na którego pracy wychowały się miliony ludzi na całym świecie, ale nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Prawdziwy geniusz komedii, Mel Blanc!

 

Mel kto?!

 

To może inaczej: Królik Bugs, Kaczor Daffy, Prosiaczek Porky, Kot Sylwester, Ptaszek Tweety, Yosemite Sam, Speedy Gonzales, Woody Woodpecker, Skunks Pepe, Barney Rubble i setki innych – wierzcie lub nie, to wszystko postacie stworzone przez tego samego aktora.

Już od dzieciństwa, jak to w tego typu przypadkach bywa, Mel miał zdolność rozbawiania ludzi, a jego głównym atutem był niesamowity wręcz talent do podrabiania akcentów, dialektów oraz wszelakiej maści zasłyszanych dźwięków. Jako że przemysłowa część jego rodzinnego Portland była prawdziwym kotłem narodowościowym, możliwości ekwilibrystyki językowej były dla niego nieograniczone. Najlepszym miejscem na chwalenie się swoimi umiejętnościami i szukanie poklasku była oczywiście szkoła. Mel więc rozrabiał, odgrywał skecze, a na pytania nauczycieli często odpowiadał różnymi akcentami – ci mieli wprawdzie niezłą uciechę, ale na koniec i tak dawali młodemu showmanowi niskie oceny. Jak się łatwo domyślić, Blanc nie przepadał za szkołą i kiedy tylko mógł, to wagarował, spędzając czas w kinie i na wodewilowych przedstawieniach – zafascynowany sztuką rozbawiania ludzi, niecierpliwie czekał na segmenty z udziałem komików.

Jednak świadomość tego, co chce robić naprawdę, dotarła do niego po pewnej feralnej wyprawie nad rzekę. Mel wraz z grupką przyjaciół poszedł skakać do wody na czynnie uczęszczanym przez statki odcinku portu, co skończyło się tragiczną śmiercią jego przyjaciela. Uziemiony przez ojca na całe lato, z braku lepszego zajęcia przesiadywał na progu domu słuchając audycji radiowych z lokalnych rozgłośni – zrozumiał wtedy, że praca w radiu to jest to, co chciałby robić. Pierwszy angaż dostał będąc jeszcze w szkole średniej, w miejscowej rozgłośni KGW, gdzie szybko dał się poznać jako sprawny muzyk (grał na tubie), wokalista, scenopisarz i aktor.

[pullquote]Zdawał sobie sprawę, że ze swoim wyglądem nie będzie mu się łatwo przebić – niski, z kilkoma kilogramami więcej niż potrzeba i lekko wyłupiastymi oczami. Tak, nie był kolejnym Rudolfem Valentino.[/pullquote]

W niedługim czasie porzucił szkołę i skupił się całkowicie na pracy, by wkrótce, w wieku zaledwie siedemnastu lat, zostać najmłodszym w historii Stanów liderem orkiestry radiowej. W przerwach między graniem i prowadzeniem orkiestry ćwiczył scenopisarstwo i opracowywał nowe skecze.

Aktorstwo było tym, czym w pewien sposób się pasjonował, ale nie myślał o tym na poważnie i dlatego też nigdy nie ukończył szkoły aktorskiej – zresztą do końca kariery pozostawał przesadnie skromny i nie mówił o sobie jako o aktorze, ale o „osobie od podkładania głosów”.

Mel kochał radio i nawet nie myślał o karierze w Hollywood. Zdawał sobie zresztą sprawę, że ze swoim wyglądem nie będzie mu się łatwo przebić – niski, z kilkoma kilogramami więcej niż potrzeba i lekko wyłupiastymi oczami. Tak, nie był kolejnym Rudolfem Valentino. Jednak jedna produkcja zmieniła wszystko, zarówno w jego postrzeganiu własnej kariery, jak i w samym biznesie. „Śpiewak jazzbandu”, bo o tym filmie mowa, nie tylko był przełomem technologicznym, ale prawdziwą rewolucją w hollywoodzkiej, dopiero rozpędzającej się machinie. Widzowie nie chcieli już obrazów z prostą melodią stanowiącą tło dla nadekspresyjnego aktorstwa. Nigdy wcześniej i nigdy później jedno wydarzenie filmowe nie stało się początkiem tak potężnych zmian w celuloidowym biznesie. Nastąpiła prawdziwa zmiana warty – wygląd już nie wystarczał, teraz naprawdę trzeba było umieć grać, a co najważniejsze – mówić płynnie po angielsku. Wiele importowanych gwiazd i gwiazdeczek zgasło tak szybko, jak rozbłysło („nasza” Pola Negri, która nie była w stanie pozbyć się twardego polskiego akcentu, szybko zakończyła swoją przygodę z kinem), lub zwyczajnie nie mogło odnaleźć się w nowej rzeczywistości (Chaplin).

 

Wielu zaprawionych w wodewilu i radiu, posiadających nienaganną dykcję aktorów z sukcesem ruszyło na podbój Hollywood. Blanc stwierdził, że to może być szansa także dla niego. Zapakował swój mały dobytek do rozsypującego się samochodu i ruszył w stronę Miasta Aniołów – szczęśliwie i nieszczęśliwie zarazem jedyne co podbił to serce pięknej sekretarki Estelle Rosenbaum, z którą szybko wziął potajemny ślub. Niestety ciągle nie mógł znaleźć stałej pracy, więc gdy otrzymał propozycję prowadzenia własnego, autorskiego programu dla oregońskiego odłamu NBC radia, przyjął ją bez chwili namysłu i szybko wrócił do Portland. Miał to być program autorski w dosłownym znaczeniu tego słowa, bo Mel miał pisać scenariusze, grać i w międzyczasie pełnić obowiązki producenckie – wszystko za 15 dolarów tygodniowo. Jednak dla młodego aktora nie liczyły się pieniądze, ale sam fakt posiadania własnego show. Na nieszczęście dla młodej pary włodarze studia porzucili szybko plany nowego programu. Blanc, który nie miał żadnego formalnego wykształcenia, zajął się pracą w akwizycji, w międzyczasie dorabiając na okazjonalnych występach w radiu.

Przełom nastąpił wraz z angażem do stacji KECA, dla której wraz z żoną stworzył program „Cobweb and Nuts” (na warunkach podobnych do tych przedstawionych wcześniej przez NBC, ale za jeszcze mniejsze wynagrodzenie). Program szybko stał się wielkim sukcesem. Mimo że była to mała regionalna stacja, to oddanie, profesjonalizm i niczym nieskrępowana wyobraźnia Blanca spowodowały, że program niczym nie różnił się od rozbuchanych programów ówczesnych tuzów radia z Fredem Allenem czy Jackiem Bennym na czele. Mel przeplatał swoje audycje szybkimi informacjami, skeczami i dynamicznie prezentowaną muzyką, dzięki czemu stał się jednym z prekursorów współczesnej radiowej DJ-ki . Jednym z hitów tej audycji były „Wiadomości ze Świata”, w których to Mel odgrywał wiele postaci z różnych zakątków globu, mówiąc po angielsku z zawsze idealnie oddanym obcym akcentem.

Wszystko to jednak wciąż za psie pieniądze – wykończony tytaniczną pracą, zaczął się zastanawiać nad karierą sprzedawcy ubezpieczeń, jednak, dzięki namowom żony i dużemu wsparciu z jej strony, postanowił raz jeszcze dać sobie szansę na podbój Fabryki Snów. Tym razem planował spróbować swoich sił w odrobinę innej części branży filmowej. Coraz większą karierę robiły bowiem pojawiające się przed filmami kinowymi krótkie animacje. Każde większe studio posiadało wtedy oddział animacji, zajmujący się przygotowywaniem specjalnych segmentów umieszczanych przed właściwym filmem. W ciągu zaledwie dziesięciu lat filmiki te, z bardzo podstawowych i topornych, zaczęły rozwijać się coraz bardziej, zarówno pod względem jakości animacji, jak i fabuły – jedna rzecz pozostawała jednak niezmienna, amatorskie wręcz podejście do sprawy udźwiękowienia postaci. Wiązało się to oczywiście ze zwykłą oszczędnością, głosów użyczali bowiem wtedy wszyscy: animatorzy, pracownicy biurowi, reżyserzy, a nawet sprzątacze – byle tylko wbić linię dialogową. Mel zwietrzył w tym swoją szansę, wiedział bowiem, że posiada zdolności niespotykane dotychczas w kinie, które idealnie wpisałyby się w nietypowy i zwariowany świat animacji.

Wystarczyły „zaledwie” dwa lata cyklicznych, następujących co dwa tygodnie wizyt w studiu Warner Brothers, by w końcu dostać angaż. Pierwszym zleceniem było podłożenie głosu pod pijanego byka w filmie „Picador Porky” (samego prosiaczka grał wtedy jeszcze inny aktor). Profesjonalne podejście oraz głowa pełna pomysłów zachwyciły reżyserów i Blanc szybko został zaproszony do współpracy przy kolejnych produkcjach, wraz z szansą na stworzenie od nowa głosu dla wschodzącej gwiazdy studia, wyżej wspomnianego prosiaczka Porky. Jak powiedział potem sam zainteresowany: „niezła praca dla miłego żydowskiego chłopaka”. Oczywiście Mel podjął się zadania z pełnym profesjonalizmem i oddaniem, wyruszył nawet na kilka dni na najbliższą farmę, by szukać natchnienia. Jego pomysł na nowy głos dla Porky’ego spotkał się z pełną akceptacją ze strony studia, choć, jak głosi legenda, Leon Schlesinger wygnał młodego aktora ze swojego biura mówiąc mu, że nie ma po co wracać, dopóki nie weźmie porządnego prysznica.

Pierwszym filmem z udziałem prosiaka mówiącego głosem Blanca był „Porky’s Duck Hunt”. W tej samej produkcji Mel użyczył głosu prototypowi kaczora Daffy’ego, który różnił się od tego kanonicznego nie tyle wyglądem, ile zachowaniem – Daffy w pierwszych kreskówkach to absolutnie odjechany psychol, wpasowujący się idealnie w założenia „Looney Tunes/Merrie Melodies”. Zatrudnienie Blanca okazało się być strzałem w dziesiątkę. Animacja się poprawiła, dialogi stopniowo rozbudowywano, a postacie zaczęły w końcu zyskiwać głębię i charakter.

To animacje Warner Brothers wyznaczyły nową drogę dla kreowania ekranowych skeczy – dowcip przestał polegać tylko na tanim slapsticku, a coraz więcej zależało od ciętych dialogów, pyskówek i celnych ripost. Tajemnica sukcesu „Looney Tunes/Merrie Melodies” była prosta i polegała na odejściu od słodkiej, Disneyowskiej naiwności na rzecz ostrzejszego, bardziej dorosłego (w tym całym szaleństwie) humoru – dzieci nadal bawiły się przednio na typowych dla gatunku gagach, a dorośli wyłapywali dowcipy słowne oraz nawiązania kulturowe i parodie.

Wraz ze wzrostem popularności krótkometrażówek Warner Brothers, wzrastała też rola Mela w przedsięwzięciu – prawdziwym przełomem okazał się jednak pewien pyskaty gryzoń. Królik Bugs (swoją drogą to był pomysł Blanca, by nazwać tę postać na cześć jednego z reżyserów, Bena „Bugsa” Hardawaya), bo oczywiście o nim mowa, był największym hitem studia i jak miała pokazać historia, stał się dla Warner Brothers tym, czym Myszka Miki dla Disneya. Jednym z najważniejszych czynników wpływających na ogromną popularność pyskatego królika było nic innego, jak wybuch II Wojny Światowej. Bugs to ucieleśnienie amerykańskiego mitu o zwycięskich jankesach – twardy, pyskaty, wychodzący cało z każdej opresji, zawsze zachowujący spokój i pełen luz w obliczu zagrożenia. Sam Blanc, wymyślając głos dla królika, zmiksował akcenty Bronksu i Brooklynu – miejsc  kojarzących się z wszelakiej maści twardzielami, cwaniakami i osobami, które nie dają sobie dmuchać w kaszę. Sukces był natychmiastowy, a Bugs z dnia na dzień stał się bohaterem narodowym – niejednokrotnie zresztą wykorzystywanym przez amerykańską propagandę, chociażby podczas sprzedaży papierów wartościowych, z której zyski szły na czyn wojenny.

Co do Blanca, to po pierwszych sukcesach królika Bugsa umocnił swoją pozycję w studio na tyle, że doprowadziło to do sytuacji bezprecedensowej. Jako pierwszy w historii otrzymał własne miejsce na liście płac, co wtedy było nie do pomyślenia – sam Disney uważał, że to niepotrzebny zabieg zabijający filmową magię. Szef wydziału animacji WB, Leon Schlesinger, nie przejmował się jednak uprzedzeniami Walta. Ponieważ nie chciał młodemu aktorowi podnosić wypłaty, zgodził się nie tylko na miejsce na liście płac, ale, co ważniejsze, podpisał z Melem kontrakt na wyłączność przy tworzeniu głosów pod nowe postacie. „Zwariowane Melodie” biły rekordy popularności i coraz głośniej robiło się o nazwisku pojawiającym się w napisach końcowych. Wkrótce Mel zaczął być zapraszany najpierw na pojedyncze, a potem już regularne występy w znanych programach radiowych, m.in. Jacka Benny’ego (który został jego najlepszym przyjacielem) czy Abbotta i Costello. Mel jako bohater drugiego planu idealnie potrafił wczuć się w postać i jego małe, epizodyczne role, zagrywki i riposty były idealnym uzupełnieniem dla ról wiodących.

W połowie lat 40. pracował m.in. dla CBS i NBC, występując w 15 różnych audycjach tygodniowo (!), często biegając z jednego studia do następnego, scenariusze czytając krótko przed wejściem na scenę. Jak sam mówił, w tym całym szaleństwie największy problem stanowiły papierosy (Mel palił przynajmniej paczkę dziennie od czasu, gdy skończył 10 lat), bo większość audycji odgrywana była przed żywą publicznością i sponsorowana przez firmy, a te wymagały od aktorów palenia określonych marek. Niejednokrotnie zdarzało się, że w jeden wieczór Mel brał udział w kilku różnych audycjach, musiał więc w kieszeniach trzymać tyleż różnych paczek papierosów, bo często zdarzały się niezapowiedziane kontrole.

Praktycznie wszystkie programy z udziałem Blanca cieszyły się olbrzymią popularnością, a jego renoma wybitnego aktora komediowego rosła. Nie musiał długo czekać, by otrzymać propozycję stworzenia autorskiego programu radiowego. „The Mel Blanc Show” nie odniósł jednak spodziewanego sukcesu i gościł na antenie zaledwie przez kilka miesięcy – sam aktor nie był zadowolony z jakości przedsięwzięcia, zdając sobie sprawę, że zobowiązania przy innych projektach nie pozwalają mu w pełni skupić się na scenariuszach do jego własnego programu. Całości brakowało iskry bożej, a sam Blanc sprawdzał się lepiej jako przezabawna postać drugiego planu niż aktor wiodący. Nie przejął się zbytnio tą porażką i nadal kontynuował ciężką pracę dla innych, dzieląc swój zawodowy czas pomiędzy radio, kino, a wkrótce także telewizję. W dobie kolejnej technologicznej rewolucji, popularność słuchowisk radiowych zaczęła dramatycznie spadać. Na szczęście dla wielu twórców, przejście z radia do telewizji było czymś bardzo naturalnym – słuchowiska w nowej formie rozpoczynały życie na ekranach telewizorów, często zdobywając większą popularność niż ich pierwotne wersje. Znane głosy już wkrótce stały się znanymi w całym kraju twarzami. Podobnie było z Melem, który stał się częstym gościem na planach różnych seriali i stworzył stały drugi plan w bijącym rekordy popularności programie Jacka Benny’ego.

W mniej więcej tym samym czasie swoje miejsce w telewizji wypatrzyli także dwaj przebojowi i wielokrotnie nagradzani twórcy „Toma i Jerry’ego”, czyli duet William Hanna i Joseph Barbera, którzy idealnie wpasowali się w niezagospodarowaną dotychczas lukę animacji telewizyjnej. Chcąc podbić rynek telewizyjny, musieli nastawić się na masową produkcję, oszczędzając czas i pieniądze w każdy możliwy sposób. Wiedzieli, że siłą postaci animowanych nie jest płynność ruchów, jakość i disneyowska dbałość o szczegóły, ale wyrazisty projekt i charakterystyczny, idealnie dobrany głos – tyle wystarczyło, by przykuć młodego widza do ekranów. Wkrótce więc Blanc został poproszony o współpracę przy kolejnych projektach duetu.

Pierwszym z nich był, uważany obecnie za jeden z najważniejszych i najbardziej popularnych w historii amerykańskiej telewizji, stworzony dla studia ABC serial „The Flintstones”. Mel podłożył głosy zwierzętom (z Dino na czele) oraz obdarzonemu charakterystycznym śmiechem przyjacielowi głównego bohatera, czyli Barneyowi Rublle’owi. Sukces był natychmiastowy, a Blanc na kilkanaście kolejnych lat stał się „głosem” Hanna-Barbera. Trzeba jednak przyznać, że masowa produkcja odbiła się nie tylko na animacji, ale także na jakości nowych głosów, bo żaden z bohaterów H&B nawet nie zbliżył się do poziomu tych stworzonych dla studia braci Warner.

24 stycznia 1961 roku, będąc w drodze na sesję nagraniową do reklamy, Mel Blanc uległ ciężkiemu wypadkowi. Jego sportowy Aston Martin został dosłownie zmiażdżony przez pędzący z naprzeciwka, zabudowany niczym czołg Oldsmobile. Stan aktora był krytyczny: wielokrotne złamania i krwotoki wewnętrzne. Lekarze nie dawali mu żadnych szans. Jednak znany upór Mela i tutaj dał o sobie znać, bo jakimś cudem jego stan zaczął się szybko poprawiać, by wkrótce się ustabilizować, choć aktor nadal pozostawał w głębokiej śpiączce. Pozostawał w niej przez kilka tygodni, po czym wydarzyła się rzecz, która brzmi tak filmowo, że mogła mieć miejsce wyłącznie w Hollywood. Jeden z lekarzy, wracający właśnie z obchodu, na ekranie telewizora na korytarzu zobaczył migawkę „Looney Tunes”. Sam nie do końca dowierzając temu, co robi, poszedł na oddział intensywnej terapii, stanął przy łóżku aktora i kilkukrotnie zapytał „Jak się dziś czujesz, króliku Bugsie?”. Jakież musiało być jego zdziwienie, gdy odpowiedział mu lekko przytłumiony i niewyraźny, ale wciąż charakterystyczny głos animowanego bohatera: ”całkiem nieźle doktorku, a ty?”.

To, czy Blanc już się wybudzał, czy też dopiero imię animowanej postaci go do tego doprowadziło, pozostaje jednak tajemnicą. Po odzyskaniu przytomności aktor jeszcze wiele tygodni spędził w szpitalnym łóżku. Mimo osłabienia nie porzucił obowiązków wobec pracodawców i skoro osobiście nie mógł przybyć do studia, to studio przybyło do niego – tak więc w szpitalu (a następnie już w domu) zbudowano mini-studio nagraniowe, rozłożono sprzęt, a na szpitalnych korytarzach zaczęli pojawiać się mniej lub bardziej znani aktorzy. Nagrania szły pełną parą, jak gdyby żaden wypadek się nie wydarzył. Gdy Blanc poczuł się na tyle dobrze, by opuścić łóżko, od razu rzucił się w wir pracy, po raz kolejny poświęcając swoją uwagę produkcjom kinowym, radiowym i telewizyjnym.

Zakończenie prac przy „The Jack Benny Program” oraz zamknięcie przez Warner Bros działu animacji spowodowało, że Mel występował coraz rzadziej i coraz rzadziej użyczał swojego głosu, pod koniec lat 70. odchodząc praktycznie na zasłużoną emeryturę. Pewnie wypoczywałby willi nad jeziorem, gdyby nie seria reklam American Express, w których wziął gościnny udział. Mel pojawiał się w nich we własnej osobie, mówiąc głosem postaci ze świata zwariowanych melodii. Okazało się to być sporym hitem i Mel zaczął przeżywać prawdziwy renesans zainteresowania swoją osobą. Napłynęły zaproszenia do talk show, wystąpił gościnnie w kinowym hicie „Kto wrobił królika Rogera”. Pojawiły się też propozycje angażów do kolejnych produkcji animowanych, zarówno telewizyjnych, jak i kinowych. Aktor wypatrywał nowych wyzwań i mimo podeszłego już wieku był w niezłej kondycji, dlatego jego nagła śmierć była dla wielu dużym zaskoczeniem. Zaczęło się od niewinnego kaszlu, aktor profilaktycznie zgłosił się na wizytę w szpitalu, stwierdzając, że z powodu późnej godziny zostanie na noc i rano wróci do domu. W nocy zdarzył się wypadek, pielęgniarka zapomniała zamknąć boczne oparcie i aktor wypadł z wąskiego szpitalnego łóżka, rozbijając sobie głowę, co doprowadziło do uszkodzenia mózgu, a wkrótce do śmierci.

 

Mel Blanc na zawsze wpisał się w historię złotych czasów radia, kina i telewizji. Jego śmierć była końcem pewnej epoki. Przez ponad pięćdziesiąt lat stworzył ponad 1000 różnych postaci, na których wychowały się kolejne pokolenia widzów i radiosłuchaczy. Dziś nazwisko Blanca i jego praca to symbol i punkt odniesienia dla wielu współczesnych aktorów amerykańskich. Dla tych zaznajomionych z tematyką „grania głosem” jest ono synonimem pełnego profesjonalizmu, niesamowitego talentu i niczym nieskrępowanej wyobraźni. To on przełamał schematy, wyznaczył drogę dla swoich następców i po dzień dzisiejszy uznawany jest za jednego z najlepszych – nie tylko w branży aktorów głosowych, ale wśród aktorów w ogóle. Prawdziwa legenda amerykańskiego przemysłu rozrywkowego.

Myślę, że nikt nie podsumuje tego tekstu lepiej niż sam mistrz:

źródła:
That’s Not All Folks!: Mel Blanc – autor Philip Bashe

Mel Blanc: The Man of a Thousand Voices – dokument telewizyjny

Living Life Inside The Lines: Tales From Golden Age of Animation – Martha Sigall

 

Pełna wersja filmu „Mel Blanc: The Man of a Thousand Voices” jest dostępna na YouTube:







  • Mefisto

    Znakomity tekst.

    • Bogusz

      Potwierdzam. Świetna robota :-)

  • deina

    Tacy ludzie jak Mel powinni być wieczni. Świat by jakoś lepiej wyglądał. Dobra robota, Bucho!

  • Rafał Donica

    Bucho, szacunek ludzi ulicy za ten tekst. Pisz dalej, by KMF rósł w siłę ;)
    PS. Tak się zastanawiam, czy pseudonim „Man of 1000 voices” nawiązuje do Lona „Człowieka o 1000 twarzy” Chaneya ? Pewnie tak ;)

    • Scarlet Pumpernickel

      Tak, jest to nawet wspominane w biografii – przy czym Mel na potrzeby animacji stworzył ponad 400 głosów postaci, reszta dla telewizji i głównie radia – od tych rozbudowanych, do małych, ograniczających się do pojedyńczych dźwięków bohaterów. Łącznie przekroczył tysiąc, więc szacun ludzi ulicy także dla niego…x 1000 :)

  • OGPUEE

    Co do Disneya – jedyny udział u niego była rola w „Pinokiu”, w dodatku w montażu ucięta do trzech czknięć. Gdzieś czytałem, że ponoć Mela tak to wkurzyło, że więcej u Disneya nie pracował. Jak to dokładnie było?

    • Scarlet Pumpernickel

      Nie natknąłem się nigdzie na żadną informację, choć wszystko jest możliwe. W swojej książce Blanc pisze o DIsney’u z wielkim szacunkiem i już lata po jego smierci ciągle da się odczuć jak ważną osobistoscią był Walt i ile respektu budził. Niemniej prawda, jedyny występ Blanca, to ten w Pinokio, możliwe, że chodziło o pieniądze. PInokio powstał na początku lat 40. gdy Blanc dopiero rozpoczynał karierę w biznesie, DIsney był znany z oszczędnosci i gdy kariera Blanca nabrała rozpędu zroił się zbyt „drogi” dla Disnye’a – zwłaszcza jesli żądał nazwiska na liscie płac.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

8 mila

Następny tekst

Sen o warszawie (szósta część relacji)



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE