Publicystyka filmowa
REMAKI, które NIGDY NIE POWINNY POWSTAĆ
REMAKI, które NIGDY NIE POWINNY POWSTAĆ to krytyczne spojrzenie na nieudane przeróbki klasyków, które lepiej pozostałyby w przeszłości.
Pewnych rzeczy nie powinno próbować się ulepszać, aby czasami nie uzyskać efektu odmiennego od założonego i nie zepsuć w większości przypadków ponadczasowych konceptów. Remake to bardzo niewdzięczny twór, który powinien być wykonany z podwójną wręcz starannością. Często ta sztuka nie udaje się, dzięki czemu otrzymujemy filmy zupełnie niepotrzebne i żerujące jedynie na nostalgii widza. Oto zestawienie remake’ów, które nie powinny nigdy powstać.
Psychol (1998)
Remake słynnego horroru mistrza gatunku, Alfreda Hitchcocka, z 1960 roku? To brzmi jak nieśmieszny żart, a jednak film ten powstał naprawdę. Twór autorstwa Gusa Van Santa to przerobiony na kolor potworek, który idealnie ukazuje bezsensowność odkurzania klasyka bez odpowiedniego zamysłu. Poszczycić się może nawet otrzymaniem statuetki Złotej Maliny za najgorszy remake, co nie powinno zupełnie dziwić.
Brak tu wszystkiego, co czyniło oryginał wielkim, a przede wszystkim elegancji i elementu przerażenia, chociaż popis aktorski Vince’a Vaughna można jednak podciągnąć pod tę ostatnią kategorię. Na pytanie, czy było warto, odpowiedź jest tylko jedna – skądże.
Planeta małp (2001)
Remake Planety małp wyreżyserowany przez Tima Burtona to produkcja uważana za mdłą, złą i nudną, choć z drugiej strony jest tu przynajmniej Tim Roth, który nigdy nie zawodzi. Wersja ta na przestrzeni ostatnich lat zupełnie straciła resztki swojego, od początku nikłego, uroku. Mierność scenariusza remake’u rzuca się w oczy tak bardzo, że aż trudno uwierzyć, że stanowi nową odsłonę filmu absolutnie genialnego pod względem pokazania błędnego koła cywilizacji oraz śmiertelnych zagrożeń, jakie mogą nam zgotować politycy.
Pod kierownictwem Burtona Planeta małp przekształca się w uproszczoną do granic możliwości wersję klasyka, bardziej skupiającą się na wizualności i stylu aniżeli opowiedzeniu ciekawej historii.
Charlie i fabryka czekolady (2005)
Drugi film w reżyserii Tima Burtona na tej liście to ponowna wizyta w słynnej fabryce czekolady, którą pierwszy raz odwiedziliśmy w 1971 roku. Fani jednak uznali nowe dzieło za obrazę oryginału, zarzucając jej poświęcenie niewystarczającej ilości czasu na rozwój postaci i brak iskierki wyobraźni, która była tak ważna dla pierwszego filmu.
Na tle grającego w oryginale Gene’a Wildera, którego występ jest wręcz ikoniczny, idealnie łączący ekscentryczność i osobliwy charakter, Johnny Depp wypada płytko i psychotycznie. Świat nie potrzebował takiego powrotu. Nowa wersja Burtona nie ma nic, co usprawiedliwiłoby jej powstanie oraz niczym się nie wyróżnia – może poza tym, że reżyserowi po raz kolejny udało się zebrać ten sam zestaw aktorów. I to by było na tyle.
Kult (2006)
Brytyjski oryginał z 1973 roku stał się kultowym dziełem, które eksplorowało najgłębsze zakamarki ludzkiej natury, a jego niesamowity wręcz klimat tworzył subtelną, acz gęstą atmosferę. Nie można powiedzieć tego samego o remake’u. Trzeba mu jednak oddać jedno – jako horror wypada blado, ale pastisz z niego pierwszorzędny! W tym filmie wszystko jest złe.
Każdy z oryginalnych elementów został zastąpiony rozwiązaniami, które w najlepszym wypadku są – tak po prostu – głupie, a dodatkowo nieumyślnie komiczne. To właśnie ten film zagwarantował Nicolasowi Cage’owi chyba pierwsze sięgnięcie aktorskiego dna i miano króla memów.
Omen (2006)
Jeśli zobaczymy oryginalny Omen z 1976 roku, a następnie obejrzymy remake z 2006 roku, możemy poczuć się nieco zagubieni. W wypadku tego filmu słowo remake jest idealnym odzwierciedleniem stanu rzeczy. Jest to niemal dokładna kopia oryginału. Zrealizowany z okazji 30-lecia premiery pierwszego Omenu, nie oferował absolutnie nic nowego z wyjątkiem obsady.
Całkowicie niepotrzebna kserokopia pierwowzoru. Aby pokazać absurd tego filmu, warto przytoczyć ciekawostkę. Człowiekiem odpowiedzialnym za scenariusz remake’u był Dan McDermott, jednak gdy producenci zdali sobie sprawę, jak niewiele różnic jest między skryptami obu wersji, jako autora wpisali Davida Seltzera, czyli scenarzystę pierwowzoru, choć nie pracował on nad nową wersją.
Różowa Pantera (2006)
Oryginał z 1963 roku to film zabawny i wyjątkowy. Nie tylko zrobił megagwiazdę z Petera Sellersa, lecz także wprowadził do popkultury ikoniczną postać inspektora Clouseau, który zresztą w pierwszym filmie miał być pierwotnie bohaterem drugoplanowym. Remake nie tylko nie ma żadnej z wyżej wymienionych cech, ale i powtarza kardynalny błąd ostatniej części serii – Syna Różowej Pantery, uznając, że temat jest w stanie się obronić bez Sellersa w obsadzie.
Niestety nowa odsłona Różowej Pantery okazała się totalną katastrofą. Film wprawdzie nie sprawił, że Steve Martin przestał figurować wśród najzabawniejszych ludzi w branży; pokazał jednak, że powinien zacząć ostrożniej dobierać scenariusze. A czy występ Beyoncé to zaleta czy wada, niech każdy sam oceni.
Karate Kid (2010)
Pierwowzór z 1984 z Ralphem Macchio i Patem Moritą to jeden z tych filmów, po których młodzi ludzie na całym świecie chcieli zostać mistrzami wschodnich sztuk walki. Bawił i cieszył prostą, ale świetnie poprowadzoną historią. Nic więc dziwnego, że chciano powtórzyć wyczyn i sprawić, aby dzieci XXI wieku również zakochały się w karate.
Niestety, nawet sam Jackie Chan nie wystarczył, by uratować produkcję. Remake z 2010 roku wydaje się jeszcze mniej wyrazisty niż różnie przyjmowane kontynuacje oryginału. Brak tu bez wątpienia niepowtarzalnego klimatu i magii, które stanowiły o atrakcyjności pierwowzoru, syn Willa Smitha – Jaden – wydaje się zaś zupełnie nie pasować do głównej roli.
Footloose (2011)
W 1984 roku Footloose zrobił z Kevina Bacona gwiazdę i dał kultową już ścieżkę dźwiękową, którą amerykańska ulica śpiewała jeszcze długie lata po premierze. Remake z 2011 nie zrobił zupełnie nic nowego. Aby być sprawiedliwym, nie jest on aż tak okropny, jak mogłoby się początkowo wydawać, jednak niepowtarzalny klimat pozostał jedynie w starszej wersji. Nowa nie jest w stanie zrobić już na nikim wrażenia. Wszystko to już przecież gdzieś widzieliśmy. Ten film to, kolokwialnie mówiąc, paczka chipsów z Biedronki na imprezie – można zjeść, jak skończy się wszystko inne, jednak nikt by nie płakał, gdyby tej przekąski nie było.
Carrie (2013)
Nowy film z udziałem Chloë Moretz jest bladą kopią klasycznego horroru z lat 70. Rezultaty są dalekie od katastrofy, ale podobnie jak w przypadku wielu innych niedawnych powrotów film wydaje się niepotrzebny i zupełnie pozbawiony ducha oryginału. Można by uznać, że to ta sama Carrie, którą widzieliśmy lub czytaliśmy wcześniej, ale cały czas brakuje tego czegoś, co decydowało atrakcyjności książkowego pierwowzoru i pierwszej ekranizacji. Na pochwałę bez wątpienia zasługuje występ Julianne Moore, która jest tradycyjnie fantastyczna i robi, co może, by uratować produkcję. To jednak za mało.
RoboCop (2014)
RoboCop to znana i lubiana marka, która jednak w 2014 roku lata swojej świetności miała dawno za sobą. Pierwszy RoboCop z 1987 roku stał się klasykiem gatunku, zbierając przy tym bardzo przychylne recenzje. Remake nie zachwyca niczym oraz nie oferuje nic więcej niż oryginał z lat 80. Całość jest tak mało angażująca, że o produkcji zapomina się już na kilka chwil po seansie. Podanie widzowi tego, co już widział, lecz w nowocześniejszej odsłonie nie wystarcza, aby odnieść sukces, o którym marzą filmowcy.
A waszym zdaniem, jakie są najbardziej niepotrzebne remaki?
