Recenzje
ZAUŁEK KOSZMARÓW. O potworach w ludzkiej skórze
Zaułek koszmarów Guillermo del Toro to zjawiskowe połączenie horroru i kina noir.
W wielu zarówno zagranicznych, jak i polskich recenzjach Zaułka koszmarów pojawia się stwierdzenie, że dzieło to stanowi pewnego rodzaju novum w filmografii Guillermo del Toro. Ma to zapewne związek z faktem, że w najnowszym projekcie meksykańskiego reżysera fantastyczne potwory z jego wcześniejszych dzieł zastąpili wyłącznie ludzie. Tymczasem warto zauważyć, że niewiele brakowało, aby to właśnie Zaułek koszmarów stał się jednym z pierwszych filmów del Toro. Na początku lat 90. fascynację Zaułkiem koszmarów zakorzenił u późniejszego twórcy Labiryntu Fauna Ron Perlman. Aktor miał wyznać wtedy swojemu serdecznemu meksykańskiemu przyjacielowi, że chciałby kiedyś zagrać u niego kogoś takiego jak Stan Carlisle.
Pod koniec XX wieku nazwisko Guillermo del Toro znaczyło jednak niewiele dla włodarzy 20th Century Fox. Dopiero dość niespodziewanie zdobyta statuetka Oscara za Kształt wody w 2018 roku pozwoliła reżyserowi przekonać studio do drugiej ekranizacji pulpowej powieści Williama Lindsaya Greshama (człowiek o niezwykle ciekawym życiorysie). I chociaż od prośby Rona Perlmana minęło prawie 30 lat, del Toro pamiętał o starym kumplu.
W najnowszym projekcie Meksykanina akt Mam raczej na myśli, że
Do gry aktorskiej w Zaułku koszmarów jeszcze wrócę, tymczasem jednak skupię się na fabule i warstwie wizualnej tego dzieła. Film opowiada historię Stana Carlisle’a (Bradley Cooper), mężczyzny, który pozostawia za sobą przeszłość i zasila szeregi grupy cyrkowców.
Ż
Wyświetlany obecnie w kinach film twórcy Mimic wyraźnie dzieli się na dwie części. Podział ten sygnalizuje nam nie tylko miejsce akcji, ale przede wszystkim praca kamery oraz oświetlenie. Gdy więc wraz ze Stantonem znajdujemy się jeszcze wśród cyrkowców, kamera zdaje się ślizgać nisko nad ziemią, a ciepłe światło odzwierciedla poczucie wspólnoty. Z kolei sekwencje miejskie to już typowe dla kina noir ograniczenie przestrzeni w kadrze i bezpośrednie oświetlenie. Chociaż więc Zaułek koszmarów jedną nogą dość mocno stoi w stylistyce czarnego kina, to wielokrotnie zdaje się ją odrzucać na rzecz odniesienia do amerykańskich malarzy realistów. Dzięki nawiązaniom wizualnym do sztuki np. Edwarda Hoppera otrzymujemy świat pełen kolorów, ale jednocześnie samotności.
Wróćmy teraz do imponującej obsady i występów. Należy bowiem przyznać, że chociaż momentami występujący tu aktorzy zdają się w moim odczuciu fizycznie nie pasować do swoich postaci, to jednak zagrane są one znakomicie. Cate Blanchett jako Lilith jest genialną, uwodzicielską i niebezpieczną, balansującą na granicy karykatury femme fatale, Willem Dafoe, czyli Clem Hoately, bardzo naturalnie prezentuje się w roli cyrkowego wodzireja, Rooney Mara to słodka ostatnia szansa Stantona na zbawienie, a Richard Jenkins jako Ezra Grindle mrozi krew w żyłach. Na największy aplauz zasługuje jednak odtwórca głównej roli Stantona Carlisle’a, Bradley Cooper. To nieprawdopodobnie trudna rola antybohatera, któremu publiczność ma jednocześnie kibicować i życzyć najgorszego. Cooperowi się to udaje; aktor tworzy postać złożoną i pełną sprzeczności, czarującą, ale również odpychającą. Wygląda więc na to, że jego Stan potrafi zmanipulować również umysły widzów.
W wielu swoich filmach Guillermo del Toro tworzy bestie, które uczłowiecza, pozwalając im np. kochać i być kochanymi. W Zaułku koszmarów nie odnajdziemy fantastycznych potworów, są tu za to potworni ludzie. Chociaż Meksykanin również daje im możliwość pozostania nimi, ci w dziwny, wręcz fatalistyczny sposób dążą do bycia bestiami. Spójrz zatem w lustro, widzu, i zapytaj samego siebie: „Kim więc jestem? Człowiekiem czy bestią? Bestią czy człowiekiem?”.
