search
REKLAMA
Recenzje

WIELKI POJEDYNEK

Jacek Lubiński

29 grudnia 2019

REKLAMA

Wraz z latami 70. na Dziki Zachód zawitał rewolucjonizm, któremu nie tylko klasyczny western musiał się oprzeć. Także jego europejski odpowiednik zaczął się wtedy wyprztykiwać ze swoich ostatnich naboi, ulegając coraz popularniejszym wśród widowni pastiszom spaghetti westernów. Zmierzch gatunku nie nastąpił co prawda od razu, bo jeszcze do końca dekady powstawały kolejne filmy z tego nurtu, ale zarabiały one ewidentnie coraz mniej, powoli wysyłając swoje największe gwiazdy na emeryturę, ewentualnie zmuszając je do parodiowania własnego wizerunku u konkurencji.

Wśród nich był oczywiście Lee Van Cleef – pamiętny „człowiek w czerni”, który naprzykrzał się dawniej Clintowi Eastwoodowi, a następnie, nie zmieniając krawca i przyzwyczajeń, sam zaczął wymierzać sprawiedliwość po włosku. Dla niego takim łabędzim śpiewem okazał się właśnie Wielki pojedynek z 1972 roku, w USA znany także jako Storm Rider i The Big Showdown (nie mylić z The Big Gundown z 1966) oraz Śmiertelny pojedynek (Belgia), Sabata Pogromca (Brazylia), Pojedynek na śmierć (Grecja), Wielki pojedynek o świcie (Hiszpania) i Hell’s Fighters (Anglia), a w swych najbardziej kuriozalnych tłumaczeniach również jako: Mężczyzna prawa nosi czarną szatę (Norwegia) oraz Zemsta pod czerwonym słońcem aka… Trzy Modlitwy Pańskie za czterech łotrów (stare, dobre RFN). Zabawne, że większość z tych propozycji to jawna nadinterpretacja fabuły, w której rzeczony pojedynek znajdziemy, i owszem, lecz czy naprawdę zasługuje on na jakieś wyjątkowe miano?

Niestety nie. Filmowi brakuje bowiem nie tylko oczywistego stylu Sergia Leonego – któremu zresztą reżyser, Giancarlo Santi, wyraźnie tu hołduje – ale też odpowiedniej podbudowy dramaturgiczno-emocjonalnej oraz solidnych bohaterów. No i gwiazd. Poza wiodącym Van Cleefem w roli szeryfa Claytona, mamy tu w większości niezbyt znane osoby, specyficzne może z twarzy, ale niezapadające zbytnio w pamięć charakterem. Nasz „poczciwy” stróż prawa tworzy całkiem sympatyczny duet z niesłusznie skazanym za morderstwo Philipem Vermeerem (Alberto Dentice alias Peter O’Brien), lecz trudno tu pisać o chemii godnej najlepszych reprezentantów gatunku. Dentice prawdziwym aktorem zresztą nie był, a Wielki pojedynek stanowi jego trzeci i zarazem ostatni występ na dużym ekranie, tutaj ograniczający się głównie do kaskaderskich wyczynów bliskich niezamierzonej błazenadzie, co kłuje w oczy zwłaszcza w zestawieniu z posągową figurą grającego to, co zawsze Van Cleefa.

Na drugim biegunie leżą postaci „tych złych” – mocno przerysowanych, wręcz komiksowych, a w ostatecznym rozrachunku niestanowiących większego zagrożenia. Szczególnie, że główna siła Wielkiego pojedynku osadza się na psychologicznych gierkach, a nie strzelaninach. Pod tym względem najlepiej wypada Marc Mazza – konkretnej postury, łysawy i mocno niedoceniony za życia aktor, znany z drugoplanowych ról i epizodów w takich produkcjach, jak choćby Nazywam się NobodyRewolwerMoonraker oraz Pasażer w deszczu, z którego tytułowa postać zainspirowała słynne Riders on the Storm grupy The Doors (amerykańska nazwa filmu to wszak Rider on the Rain). U Santiego Mazza dostał rolę rozdartego między prawdą i prawem a obowiązkiem wobec skorumpowanej rodziny brata – i to właśnie on zapada najbardziej w pamięć. Reszta jego familii jest bowiem od początku do tak zwanego odstrzału. Na co czekać trzeba całe półtorej godziny.

Nic zatem dziwnego, że finałowe starcie, choć wielkie z nazwy i otrzymujące iście epickie otwarcie, wypada trochę nijako i bynajmniej nie satysfakcjonuje. Zwłaszcza że po trzech sekundach jest już po wszystkim. Przy czym egzekucja całego przedsięwzięcia ogólnie do najlepszych nie należy. Sygnowany nazwiskiem urodzonego w Warszawie Henryka Chroscickiego – producenta również Dni gniewu i Śmierć jeździ konno, a także wynalazcy systemu obiektywów Technovision – nakręcony w Toskanii oraz studiach filmowych w Rzymie Wielki pojedynek to wyraźny miszmasz stylistyczny. Klejący się pod względem intrygi opartej, rzecz jasna, na zemście oraz posiadający niejakie ambicje poupychane w pomniejszych wątkach. Lecz poprowadzony zbyt lekką ręką, miejscami nieudolnie mieszający zgrywę oraz dobrą zabawę z prawdziwym dramatem i powagą sytuacji. Punkt wyjścia szybko rozmienia się tu na drobne. I choć seans mija szybko i przyjemnie, a wiele pojedynczych elementów lub pomysłów jest naprawdę dobrych, to trudno jakkolwiek przejąć się tą pozycją, o dodawaniu jej do ulubionych nie wspominając.

Nie pomogła muzyka Luisa Bacalova napisana wespół z Sergio Bardottim – motyw z tej ścieżki dźwiękowej wybrzmiał po latach w sekwencji anime pierwszego Kill Billa. Ani też tradycyjne dla tego typu produkcji kręcenie w kilku różnych językach, gwarantujących z miejsca dostęp do wielu rynków zbytu. Mający swoją premierę dokładnie 48 lat temu film okazał się niezbyt popularny względem swych poprzedników, przynosząc zyski o wartości około pięćdziesięciu tysięcy dolarów. Choć był to dowód bardziej na coraz gorszą kondycję gatunku, to trudno nie odnieść wrażenia, że ten konkretny tytuł zwyczajnie nie miał widowni zbyt wiele do zaoferowania od samego początku. Jego reklamowe hasło Be Quick or Be Dead! (Bądź szybki lub martwy!) ma w sobie zatem dość przewrotne znaczenie.

Dziś Wielki pojedynek istnieje w trzech różnych wersjach, zależnych od kraju dystrybucji. Anglojęzyczna oraz włoska niewiele się od siebie różnią. Nieco dłuższa jest za to niemiecka, jednak nie znajdziemy w niej nic ponad celebrowanie poszczególnych, niekiedy inaczej zmontowanych scen czy ujęć. Ostatecznie nie ma i tak znaczenia, którą językową wariację będzie nam dane oglądać. Film Santiego, choć solidny jak na swoją klasę, stanowi tanią, niezbyt inspirującą rozrywkę i wesołą ramotkę schyłku Dzikiego Zachodu made in Italy.

Avatar

Jacek Lubiński

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA