VHS

SZCZURY: NOC GROZY! Noc żywych gryzoni

Serowa przegryzka z włoskiej fabryki - tania, o smaku podeszwy.

Autor: Tomasz Bot
opublikowano

Przed wami prawdziwa filmowa maszkara. Brutalnie transplantowana (zewsząd!) miazga pomysłów ciśnięta na cienką jak opłatek pizzę pływającą w ketchupowej brei. Oto rasowa trash-włoszczyzna z całym dobrodziejstwem inwentarza. Znacie Bruno Matteiego? To włoski filmowiec legenda. Złodziej pomysłów. Istna fabryka podróbek, rzucająca się na każdy motyw, który da się szybko i tanio przerobić na ciężkostrawną pulpę. Garść tytułów ze stajni naszego bohatera: Zombie pożeracze mięsa 2, Porno Holocaust, Przemoc w więzieniu dla kobiet czy Terminator 2 (który tak naprawdę jest podróbką filmu Obcy 2). Tym razem zaproponował nam postapo żenione z horrorem.

W 2015 roku pociski nuklearne zdewastowały ziemię. Teraz, 225 lat później, wyjałowiona planeta to wielka pustynia. W myśl zasady, że w grupie raźniej, paru motocyklistów przemierza spalone ziemie w poszukiwaniu schronienia. Kiedy natrafiają na opuszczone miasto z własnym źródłem wody i jedzeniem, postanawiają w nim zostać. Nie wiedzą jeszcze, że pustostany skrywają tysiące szczurów. Uzbrojeni w broń palną i miotacz ognia, staną do walki o swoje życie.

Na początek słówko o twórcy tego rozgardiaszu. Gdyby żył w USA, Mattei kręciłby zapewne dla Rogera Cormana. Urodził się jednak we Włoszech i tam reżyserował trash wszelkiego gatunku. Lubił westerny, horrory, soft-porno i obrazy sensacyjne. Chciał uprawiać szokujące kino bez tabu. Nie tylko kradł cudze pomysły, ale zdarzało mu się pożyczać od samego siebie: jak było trzeba, ścieżkę dźwiękową z jednego filmu umieszczał w innym. Reżyser przypomina nieco Jesúsa Franco, innego papieża tandety, tyle że ma na swoim koncie znacznie mniej tytułów. Jesús pomnażał swoje dokonania dzięki nadludzkiej łasce produktywności i nie ma sobie równych. Mattei nakręcił 5 razy mniej filmów, ale i tak zaśmiecił kinematografię w sposób zauważalny.

Szczury – obraz z 84 roku- to ulubiony film własny twórcy. Jeśli ktoś myśli, że czeka go ekscytująca przygoda – baczność! Szczury stanowią poroniony, chropawy twór. To breja powstała w wyniku sklejenia paru pomysłów. Mamy tu coś jakby Mad Maxa, mamy carpenterowski motyw grupy walczącej w zamknięciu o przetrwanie i próby nawiązania do Nocy żywych trupów Romero, ale wszystko to jest wyskrobane z gara, w którym gotował się szlam z wiórami. 

Tytułowe stwory są tak naprawdę garstką włochatej mierzwy, która nijak nie umie się zainteresować naszą grupką. I chociaż bohaterowie krzyczą, że szczury są ohydne, że są ich setki, że są podstępne i krwiożercze, to czuję się oszukany, bo na ekranie zupełnie tego nie widać. Na planie znalazło się niewiele gryzoni; w kadrach pojawiają się więc albo ich cienie, albo skromne ilości, niekiedy też mechaniczne odpowiedniki. Bez względu na to, który wariant się pojawia, jest to anemiczne i niebudzące grozy – pewnie nawet u osób z musofobią. Kontrast pomiędzy ospałym zachowaniem gryzoni a reakcjami uwięzionej ekipy, skwierczącej z przerażenia, wyzwala jednak potencjał komiczny filmu. Nie porażający, ale wyraźnie odczuwalny. Faktyczne zagrożenie zastąpiono deklaratywnością. To trochę tak, jakbym oglądał film o gladiatorach, w którym starcia na arenie ograniczają się do ujęcia na twarz bohatera, który macha mieczem przed siebie i ze spoconą twarzą zapewnia o przebiegłości i sile swego przeciwnika oraz napięciu nie do zniesienia.

Tytułowe stwory są tak naprawdę garstką włochatej mierzwy, która nijak nie umie się zainteresować naszą grupką.

Mattei w pewnym momencie raczy nas co prawda widokiem zbliżającego się „morza szczurów”, ale są to jakieś ręczne wyroby, które poruszają się na taśmie. Największą „atrakcją”, jaką przygotowali dla nas twórcy, a jednocześnie najbardziej „ratyzowanym” elementem obrazu, jest szczurzy prysznic, trafiający się paru bohaterom. Polega to na tym, że dana postać wychyla się gdzieś, a na jej głowę spada „deszcz” gryzoni. Oto jedna ze szczurzych metod przeprowadzania ataku. Inną jest wyskok jak z katapulty – futrzaki mają tyle pary w nóżkach, że niczym Crittersy wzlatują nad ziemię, by dopaść do ludzkiego mięsa. W pierwszym wypadku ktoś z ekipy musiał sypać szczurami z jakiegoś kosza, w drugim – rzucać nimi w aktorów. I w tym punkcie Mattei ma u mnie czerwoną kartkę. Zwierzęta nie były traktowane dobrze na planie; niech ten eufemizm zastąpi wam mocniejsze określenia, jakimi można by potraktować twórców tego szrotu.

A co z samą grupą bohaterów? Jest oczywiście dzielny przywódca. Trafi się tchórzliwy bydlak marzący o roli tego pierwszego. Jest dziewczyna na krawędzi obłędu, powtarzająca, że nie wyjdą z tego żywi. Jest dziewczyna dzielna. Koleś do złudzenia przypominający Chucka Norrisa. Blondas o ksywce Video. Jest napalona parka, która – zgodnie z międzynarodowym prawem horroru – musi zginąć na początku. Łysy typ uprawiający medytację i niepospolicie uduchowiony, co objawia się zawieszaniem wzroku gdzieś w próżni – zazwyczaj podczas mówienia o czymś ważnym. Za scenerię „nocy terroru” robią obskurne pomieszczenia. Twórcy wykosztowali się na jakieś pustostany za miastem i trochę podniszczonej odzieży dla aktorów. Tym ostatnim kazali jak najczęściej krzyczeć i podtrzymywać wytrzeszcz oczu. Dialogi także są obskurne i dubbingowane z włoskiego na angielski. Bohaterowie zachowują się idiotycznie. To atrapy postaci wypchane absurdalnymi pomysłami i kretyńskimi odzywkami. W pierwszych scenach głodni i wyczerpani odkrywają zapasy jedzenia, co powoduje u nich wybuch radości, w wyniku której jedna z postaci wysypuje na siebie pół worka mąki. Potem jest tylko gorzej.

Jak na horror o krwiożerczych szczurach nie ma tu zbyt wiele gore. Tania charakteryzacja ran na tanich aktorach musi zaspokoić nasz głód mocniejszych wrażeń. Zaskakująco dobrze wypadła muzyka – dużo elektroniki, trochę organów; są i próby budowania napięcia, i rześki temat przewodni. Ścieżka dźwiękowa i poprawne zdjęcia to chyba jedyne jasne punkty tego przedsięwzięcia.

Szczury straszą tylko nieudolnym wykonaniem, więc żaden miłośnik horroru nie będzie kontent. Może więc jest to film „tak zły, że aż dobry”? Nie wydaje mi się. Jasne, bywa zabawnie, ale nie do rozpuku. Półtorej godziny projekcji nieco się dłuży, a do końca (swoją drogą, ryjącego beret, jak się to kiedyś mówiło) dobrnąłem z mieszaniną masochistycznej przyjemności i rozdrażnienia ciężką ręką Matteiego, który jest kopistą tyleż bezczelnym, co pozbawionym inwencji. Pamiętajcie, ten tytuł nie stał nawet koło amerykańskich – też zdrowo spapranych – Ślimaków czy Żab. Szczury rezydują jeszcze niżej, w kanałach popkultury. Na takiej filmowej strawie kultowy, a nieistniejący już kanał Polonia 1 wychował niegdyś pewne pokolenie widzów. Ciekawe, kim i gdzie teraz są. Kim są ci, którzy szprycowali się – na własne życzenie i w dużych ilościach – surowym włoskim mięsem napromieniowanej taniochą italo-bryndzy. Szczury to pisk przeszłości. Bilet na przejażdżkę w starym, niedobrym stylu. Zostaliście ostrzeżeni, zostaliście zaproszeni.

Ostatnio dodane