search
REKLAMA
Recenzje

POSSESSOR. Bezduszny thriller science-fiction

Krzysztof Walecki

4 listopada 2020

REKLAMA

Tajemnicza organizacja dysponuje technologią, dzięki której może „wchodzić” w wybraną osobę, a następnie kontrolować ją przy wykonywaniu zabójstw na zlecenie. Po udanym zamachu morderca popełnia samobójstwo, a równocześnie następuje psychiczne rozłączenie z prawdziwym sprawcą. Zbrodnia doskonała – na odległość, bez żadnych śladów świadczących o działaniu osób trzecich i z martwym zabójcą. Ale tytułowy possessor, czyli ten, który przywłaszcza sobie ciało swojej ofiary i żyje w nim przez kilka dni, ponosi tego konsekwencje. Trudniej wrócić do własnej tożsamości, pamięć zawodzi, ale przede wszystkim pojawiają się wątpliwości dotyczące tego, w jakim stopniu jest jeszcze sobą, czy potrafi rozpoznać, które myśli są jego lub jej, i na ile może sobie zaufać.

Pytania te stoją u podstaw nowego filmu Brandona Cronenberga, syna Davida. Pokusą jest, aby porównać prace obu reżyserów, skoro zainteresowania młodszego obracają się wokół tematów znanych z dzieł jego ojca. Possessor korzysta z tradycji cyberpunkowych thrillerów i body horroru, serwując nam szpiegowsko-industrialną historię – łatwo dostrzec podobieństwa, zwłaszcza do Skanerów. Nie zamierzam jednak w recenzji odwoływać się do filmów Davida Cronenberga, gdyż byłoby to nietaktem i niesprawiedliwością wobec jego syna, którego dzieło stoi na własnych nogach. Nie mam wątpliwości, że Possessor jest dokładnie takim filmem, jaki jego autor sobie zaplanował, zarówno pod względem stylu, jak i myśli; nie znaczy to jednak, że wizja Cronenberga przekonała mnie do siebie.

Tytułowym possessorem jest Tasya Vos (wyglądająca jak dziwadło Andrea Riseborough), którą poznajemy po tym, jak wykonując zlecenie, wolała wielokrotnie zadźgać ofiarę nożem niż użyć przygotowanego do tego pistoletu. Powinno nam to coś o niej powiedzieć. Prowadząca ją Girder (Jennifer Jason Leigh) pyta o ten wybór, na co Vos odpowiada, że nóż pasował do sprawcy. Nie wiemy, czy mówi o sobie, czy o dziewczynie, którą kontrolowała. Kobieta twierdzi, że chce odpocząć od pracy, pobyć trochę z mężem i synem, ale już po jednym dniu spędzonym w domu decyduje się wrócić do wykonywanych obowiązków. Nowe zlecenie dotyczy zabójstwa szefa korporacji zajmującej się pozyskiwaniem danych (Sean Bean), a zginąć ma on z rąk chłopaka jego córki, Colina Tate’a (Christopher Abbott). Vos wchodzi w ciało mężczyzny, zastępując jego świadomość swoją własną, ale wkrótce pojawiają się pierwsze problemy.

W pierwszej połowie filmu Cronenberg, który jest nie tylko reżyserem, ale i scenarzystą, koncentruje się na budowaniu świata przedstawionego, wtajemniczeniu nas w mechanizmy pracy głównej bohaterki oraz stworzeniu nastroju odpowiadającego jej naturze. Mało tu empatii, dużo chłodu, pewnej nieludzkiej wręcz obojętności. Zanim Vos wejdzie do ciała swego hosta, śledzi go, uczy się jego manieryzmów i mowy, podgląda życie, które prowadzi, aby móc jak najlepiej udawać tę osobę. To samo jednak robi tuż przed tym, jak wejdzie do swojego domu – ćwiczy kwestie, uśmiech, ciepło. Tak długo jest kimś innym, że nawet jej dawny charakter jest teraz czymś, co musi grać. Pytanie zatem, jaka naprawdę jest Vos i czy ona sama to wie. Grająca ją Riseborough jest aktorką, która w każdym filmie wygląda inaczej, nigdy się nie powtarza, a jej postaci potrafią nadać opowieści niespotykanej jakości (Mandy) bądź pomóc reżyserowi we właściwym nakreśleniu jego wizji (chociażby tegoroczna The Grudge: Klątwa). W przypadku Possessora aktorka umacnia charakterystyczny dla tej opowieści dystans, będąc pozbawioną emocji skorupą człowieka, czekającą na to, aż wejdzie w inną osobę i wypełni nią samą siebie. Jest jak gotowa do zapisania kartka papieru, co znajduje swe odzwierciedlenie w tym, jak wygląda – blada, pozbawiona makijażu twarz i jasne włosy. I nawet gdy już przejmie ona kontrolę nad Colinem, a Riseborough ustąpi miejsca na ekranie bardzo dobremu Abbottowi, ma się wrażenie, jakby ta wciąż była obecna, po prostu zmieniła ciało. Jej rola byłaby tym bardziej imponująca, gdyby i historia nie zatrzymała się w pewnym momencie w miejscu.

Cronenberg jest tak zapatrzony w stworzony przez siebie koncept, że niewiele z nim potem robi. Woli eksplorować niż posunąć się do przodu – ciekawią go reakcje Vos w ciele Colina, jej starania, aby dziewczyna mężczyzny (grana przez znaną z Sense8 Tuppence Middleton) nie poznała się na oszustwie, a co za tym idzie pytania dotyczące seksualności głównej bohaterki, wpływu jej wyjątkowego stylu życia na jej kobiecość. Są to jednak same pytania, brak natomiast odpowiedzi. Na dodatek wszystko, co Cronenberg ma o niej do powiedzenia, robi już w pierwszych 20 minutach. Sugestia, jakoby Vos była sadystką (użycie noża zamiast pistoletu), każe nam oczekiwać równie drastycznych obrazów w dalszej części filmu, co też się dzieje. Jest w tym duża dawka okrucieństwa, która powinna przełożyć się na szok, ale niekoniecznie zaskoczenie. Również fabuła biegnie łatwo przewidywalnym torem, po tym, jak grana przez Riseborough zabójczyni nie potrafi zmusić samej siebie lub ciała, w którym obecnie tkwi, do wykonania pewnych czynności. Najciekawszy wątek obecności dwóch osobowości w jednym ciele i próby przejęcia kontroli nad nim pozwala reżyserowi na wejście do głowy (głów) postaci oraz obserwację toczących się tam procesów. Possessor zamienia wtedy kostium science fiction na surrealistyczną grozę, która znajduje swój najpełniejszy wyraz w przerażającej scenie z postacią z plakatu filmu. Jednak przez większość czasu dominuje wrażenie bezdusznej zabawy w ciuciubabkę. 

W jednej ze scen pada stwierdzenie, że bohatera coś hamuje. W przypadku Cronenberga nie widzę hamulców, gdy mowa o brutalności (ta zahacza o nihilizm) oraz umieszczeniu swych bohaterów w sytuacjach, które mogą zrazić do nich widzów. Nie jest to twórca współczujący swoim postaciom ani lubiący je; z kliniczną wręcz precyzją przygląda się im, redukując ich do samej cielesności. Póki jeszcze jest zainteresowany sensacyjną intrygą, znajduje dla nich użyteczność, aby w drugiej połowie filmu porzucić rozrywkową otoczkę i skupić się już tylko na pytaniu o to, czy bezkarność czyni z nas potwory. Akurat w tym przypadku Cronenberg odpowiada sobie szybko i dobitnie. Tak bardzo, że oglądanie bezlitosnego finału było dla mnie przede wszystkim męczącym przeżyciem.

Avatar

Krzysztof Walecki

REKLAMA