Felietony - Cykle
WSZYSCY MOI PRZYJACIELE NIE ŻYJĄ to polskie kino, na które się NIE GODZĘ
Nie ma tu równowagi, jest za to eksploatacja współczesnej tandety. Dyskutujemy, zastanawiamy się, szukamy odpowiedzi na pytanie, czy jest to dobry film. Ale co z tego wyniknie?
Obrót spraw jest aktualnie prosty jak strzała w locie – ekscytujemy się każdą polską produkcją powiązaną z Netfliksem, nasze oczekiwania zwiększają przychylne opinie krytyków, zwiastuny również prezentują się nienagannie. I chociaż za każdym razem sprawdza się pewne memiczne przysłowie, tak jednak łudzimy się, że tym razem nasi rodzimi twórcy wypuszczą produkt godny zaprezentowania. Ba, taki, którym bezwstydnie będziemy mogli pochwalić się na arenie międzynarodowej. I właśnie wtedy na platformie streamingowej pojawia się czarna komedia pod tytułem Wszyscy moi przyjaciele nie żyją, a my zdajemy sobie sprawę, że kinematograficzny cykl dokonał dopełnienia.
Tak, kochani, stoimy w miejscu, a najnowsza produkcja jest tylko kolejnym symbolem naszego filmowego bezguścia, chamstwa, niechlujstwa i zbyt usilnego szokowania. Zatem czego powinniśmy strzec się w przyszłości?
Po pierwsze jesteśmy niewolnikami skrajności. Nasze współczesne kino na zmianę opiera się na dwóch oddalonych od siebie stylach. Epatuje ono przeintelektualizowaną symboliką, ubolewa nad utraconą przeszłością albo wręcz przeciwnie, pragnie wzorować się na amerykańskiej stylowości, udowodnić polskiemu widzowi, że film znad Wisły może być cool. Dlatego dosłownie co roku otrzymujemy produkty wchodzące w te dwa nurty, funkcjonujące na zasadzie kontrastów: gdy namęczymy nasze szare komórki przy Erotice 2022, to z ciekawości włączymy swojskiego Zenka.
365 dni wywoła w nas obrzydzenie, więc cierpliwie poczekamy na kolejny film Szumowskiej – koniec końców i tak pozostanie nam narzekanie, bo nawet jeśli wyda się on całkiem przystępny, to prędko o nim zapomnimy. I choć pojawią się przebłyski w postaci kina Domalewskiego i Holoubka, brakuje tu jakiegoś złotego środka. My, ogólnie jako naród, ale też i w filmie… lubimy kombinować, robimy wszystko, by te nasze produkcje jak najmniej podobały się widzowi. Albo są zagmatwane i toporne, albo odwrotnie, scenariusze bazują na buractwie, czerstwym humorze i bylejakości. I taki jest najnowszy film Jana Belcla. Nie ma tu równowagi, jest za to eksploatacja współczesnej tandety.
Skoro już udało mi się przypiąć filmowi Wszyscy moi przyjaciele nie żyją etykietę produkcji przesadzonej i grubiańskiej, pora przyjrzeć się bliżej jego konstrukcji. Na całokształt odbioru tego kina składają tak naprawdę trzy czynniki (dwa filmowe i jeden dziennikarski). Pierwsze dwa to: scenariopisarstwo i brak samoświadomości w sposobie ukazania obrazowanego materiału (podkreślam, chodzi o materiał, a nie sam kunszt reżyserski, do tego jeszcze wrócimy), czyli problem z przenoszeniem świata rzeczywistego na ekran – niezrozumienie otaczającego twórców świata.
Ostatni zostawimy na koniec, jest on powiązany z etosem dziennikarskim, który może wpłynąć zarówno na promocję filmu, jak i sposób postrzegania jego wartości przez widza. Chodzi o nienazwane jeszcze, filmowo-psychologiczne zjawisko polegające na zbyt wielkim wpływie tekstu pisanego na widza – „nie wypada” posiadać innej opinii niż recenzent X, bo jeśli mu się podoba, to dlaczego mnie nie? No, nie bardzo przystoi!
Emocje Tomasza Raczka związane z najnowszym serialem TVP bardzo przypominają moje odczucia. O Osieckiej napisał nad wyraz wymownie: „[…] to jakby dostać szarlotkę na zarzyganym talerzu”. I podobnie będzie z nieżyjącymi przyjaciółmi: to wyrób chałupniczy, z zewnątrz zawinięty kolorową serpentyną, opakowany nad wyraz gustownie, w środku przypominający produkt fekaliopodobny. Dlaczego?
Punkt pierwszy – scenariusz
Historia przedstawiona w tej czarnej komedii ma za zadanie połączyć w całość międzyludzkie animozje – zwyczajna, plus minus licealna impreza zamienia się w arenę o przetrwanie, a skrywane tajemnice mają ciągnąć fabułę do przodu. Widz zapoznaje się z uczestnikami sylwestrowego zgromadzenia – a kogo my tutaj nie mamy? Pozornie szczęśliwa para ukrywająca swoje łóżkowe problemy, chłopak zakochany w starszej o siedemnaście lat kobiecie (którą jego kumple wyzywają od MILF-ów), do tego mamy wierzącego Francuza, parę innych osobistości – i tworzy się mieszanka wybuchowa.
Na papierze? Brzmi sycąco. Schemat zdaje się całkiem przejrzysty: każdy bohater wykazuje cechę „niekonwencjonalną” – to znaczy, że musi się wyróżniać czymś, co sprawi, że swoim „atrybutem” w jakiś sposób „striggeruje” innego uczestnika balangi. Co za tym idzie, z minuty na minutę atmosfera się intensyfikuje i, trzeba przyznać, to tempo chwilami zostaje zachowane. Od razu można to skojarzyć z kombinowaniem jak u Tarantino czy Coenów albo emocjami jak w Ataku paniki, ale to tylko iluzja!
I Wszyscy moi przyjaciele nie żyją są takim kolorowym, zachodnim wybrykiem – choć widzimy w nim tandetę, to prezentuje się on nad wyraz pociągająco. Kręci nas ten wyrób rzemieślniczy, bo na poziomie praktycznym to produkt prawie idealny i dziw bierze, że tak zdolni ludzie biorą udział w tym zwariowanym kuriozum. Warto doszukiwać się plusów, a te, choć są jak igła w stogu siana, też potrafią się znaleźć.
To produkt przemyślany pod kątem twórczym, zręcznie zmontowany, trzymający się wyznaczonej linii, co w polskim filmie jest tak naprawdę rzadkością. Panuje tu porządek narracyjny, a w kinie jest to arcyważna kwestia. To film, który dokończy każdy – seans nie zostanie skończony po dziesięciu, piętnastu minutach. Możemy czuć się zgorszeni, możemy nie czuć wszystkich głupstw, ale ciekawość zaciągnie nas do samiutkich napisów końcowych. I to jest fakt godzien uwagi, tu nie ma miejsca na pięć minut drzemki w połowie filmu.
Problem polega na tym, że cała ta koncepcja zostaje ogołocona z autentyczności i wrażliwości na rzecz rynsztokowych obyczajów i karkołomnych rozwiązań. Przed Państwem schemat, w jaki sposób można było dokładnie poprowadzić ten film, i jego uzupełnienie pokazujące, w jaki sposób film spartaczono.
Czarna komedia (lub komediowy pastisz), która mogła powstać: Zaprezentowanie bohaterów na imprezie, nieśpieszna, ale mogąca zaciekawić akcja (czytaj: postaci wiarygodne, ich niewielka ilość, a jeśli stawiamy na pastisz, to powinny zostać przejaskrawione, lecz nie mogą osiągnąć karykaturalności), do tego umiejętna językowość dialogu (odpowiedź uzupełnia pytanie, nie jest zdaniem „odrealnionym”!) → Zagęszczenie akcji wydarzeniem numer 1 (widz zaciekawiony) → Zarazem kontynuowanie imprezy (rozmów), jak i ciągnięcie wątku numer 1 (możliwość odkrycia pierwszych kart scenariusza, tempo zmienia się na nieco szybsze) → Zagęszczenie akcji numer 2 (wprowadzenie niepokoju, jeżeli pastisz, to przy użyciu akcentów humorystycznych – groteska łączy się z makabreską) → Kilka momentów (już wartka akcja) prowadzących do kulminacji zdarzeń (związane muszą być z psychologią bohaterów, nie ma tu miejsca na odstępstwa od normy, zachowujemy ciąg przyczynowo-skutkowy) → Finał będący apogeum wszelakich pretensji imprezowiczów, dynamiczna akcja, przyzwolenie na fajerwerki, ale z utrzymaniem dobrego smaku.
I teraz niech Państwo sobie wyobrażą, że ten szkielet w filmie jest mniej więcej zachowany, jednak zostaje dostosowany pod współczesny styl. Ilość bohaterów? Zdecydowanie za dużo, i nie chodzi o fakt, że widz się w tym wszystkim pogubi, ale że ci imprezowicze nie będą go w ogóle obchodzili, bo nie dostanie on wystarczająco wiele czasu, by się z nimi zapoznać. Zagęszczanie akcji co prawda następuje, ale opiera się ono na bardzo niesmacznych sytuacjach, rzecz jasna okraszonych perłami polskiego słownika.
Nikt nie jest tu wiarygodny (odsyłam do punktu drugiego), ale najbardziej potrafi mierzić język. Prostactwo bazujące na tych wszystkich ch***** i kur**** w żaden sposób nie wzbogaca kwestii bohaterów, także nie odwzorowuje współczesnego języka młodzieży. Aktorzy wcielają się w karykatury granych przez siebie postaci (no tak, bo przecież każdy nastolatek przyprowadza na imprezę mamę kolegi, wszystko jasne!), a groteska nie łączy się z żadną makabreską. Może i jest chwilami krwawo, ale widzimy fuzję głupoty z chamstwem, bo nie żartami z „twojej starej” komedia stoi, ale bardziej wysublimowanym humorem. A jeśli z założenia ma nie być wysublimowany, to niech przynajmniej nie wywoła w nas uczucia cringe’u, żenady, zmartwienia czy pragnienia wyłączenia filmu.
I nie chodzi tu o doszukiwanie się nie wiadomo jakiego scenariopisarstwa, tylko czegoś, co choć troszkę będzie miało w sobie polot i iskierkę komizmu, a nie będzie bazowało na infantylnym śmianiu się z seksu i cholera wie jeszcze czego (autor jest skonfudowany, bo w sumie śmieją się tam ze wszystkiego, co w żadnym wypadku nie jest zabawne). Już nie wspominając o zbyt agresywnych zachowaniach bohaterów i finale (Rzeź Polańskiego to przy tym pikuś), który ma szansę pretendować do bycia największym kuriozum roku 2020. Całość jawi się jako przaśne rozczarowanie.
Nie potrafię zrozumieć, dlaczego każda polska komedia musi się opierać na żartach z genitaliów i innych fekaliów – choćby Amerykanie odeszli od tego na rzecz częstszego humoru sytuacyjnego, a najlepszym tego przykładem będzie serial Sex Education (którego ducha oczywiście w filmie czuć). Ciągle się na czymś wzorujemy, a jak już tego nie robimy, to czerpiemy z norm, które w ogóle nie mają racji bytu.
Co więcej, znajdą się tutaj momenty pełnowartościowe, stojące jakby w opozycji do rustykalnych aspektów opowieści. Postać wspomnianej starszej kobiety ma taki dobitny monolog o upływie czasu – stara się udowodnić swojemu młodszemu partnerowi, że niektóre rodzaje miłości po prostu nie mogą się wydarzyć; los, czas i moment, w którym spotykają się dwie osoby, nie są przychylne, jawią się jako przeszkody, zagrożenie dla związku.
Cieszymy się, kiedy w zakończeniu autorzy nam o tej relacji przypominają, pokazują, że gdzieś tam istnieje promyk nadziei – to jedna z nielicznych treści, z którą możemy zżyć się emocjonalnie. Również wątek skonfundowanego dostawcy pizzy mówi nam nieco o realiach współczesnych studentów czy pracowników wykonujących zawody niewdzięczne i zazwyczaj wykańczające człowieka. Przypomina mi to anegdotki mojego przyjaciela, który dorabia sobie w sieci McDonald’s, co pomaga mu utrzymać się na studiach. Któregoś razu był światkiem sytuacji, kiedy mały chłopiec powiedział mamie, że w przyszłości chciałby zostać „takim fajnym pracownikiem fast foodów”.
Ta go zbeształa, mówiąc, by celował znacznie wyżej. A przecież za tymi ludźmi kryją się często poruszające historie, więc sam film, jak się okazuje, ma w sobie wątek edukacyjny – szkoda, że prędko o nim zapominamy w natłoku humorku wręcz do tej tematyki przeciwnego.
Punkt drugi – świat filmu nie oddaje rzeczywistości
Polscy widzowie nierzadko śmieją się z zagranicznych seriali, które (podobno) nie potrafią odwzorowywać liceów, nastoletnich relacji, a dialogi w tego typu produkcjach mają wołać o pomstę do nieba. Ten śmiech zdaje się często usprawiedliwiony, ale kondycja polskiego „odzwierciedlania rzeczywistości” wcale nie będzie lepsza – ona jest znacznie gorsza! I tak, pamiętam doskonale, że to jest czarna komedia, a Wszyscy moi przyjaciele nie żyją opierają się na pastiszu i przejaskrawieniu, tylko warto zadać sobie w tym wszystkim pytanie, kiedy granica smaku w tej „czarnej komedii” zostaje przekroczona. A potencjalnych momentów jest wiele.
Tutaj jednak otrzymujemy „muzeum karykaturalnych skamielin”. Postaci posługują się językiem nie tylko rynsztokowym, ale i dość archaicznym, bo gwarantuję, że na polskiej imprezie takich rozmów Państwo nie usłyszą. Brak tu jakiejkolwiek chemii, a bliscy sobie bohaterowie zachowują się, jakby dopiero się poznawali. Na oklaski zasługuje jednak Mateusz Więcławek, nie ma bowiem drugiego lepszego „chytrego liska” wśród polskich aktorów! I Julia Wieniawa, która gra dziewczynę z zamiłowaniem do spirytualizmu; choć robi to urzekająco, to jej zachowania nie są rozwinięciem czegokolwiek, co moglibyśmy zobaczyć w realnym świecie, jej postać nie opiera się na czymś, co widz może uznać za bliskie jego „przeżyciom”.
Bo jak widz zobaczy na ekranie takiego chłopaka w dresie, co chce być jak Taco Hemingway, to to jeszcze przejdzie z przymrużeniem oka; jak widzi nieśmiałego chłopaka, który chce wykazać się przed kumplem, to od razu skojarzy to z jakimś swoim nastoletnim wspomnieniem. Ale dziewczyna, która w zdradzie widzi znak gwiazd i przeznaczenie? Sęk w tym, że to z założenia ma być zabawne. I nie jest – dlaczego?
Ponieważ opiera się na infantylnym założeniu, że oddziaływanie wydarzenia, jakim jest „seks”, zrobi całą robotę dla widza, rozśmieszy go, połechta jego ego. I tego „seksu” jest tu sporo, to taki element zapychający treść. Zatem scenarzyści tworzą różne karykatury postaci rozpisanych na papierze (nie mają one odpowiednich stereotypów w rzeczywistości), więc są to takie „karykatury scenariuszowe”. A przy tym skamieniałe dinozaury, posługujące się językiem sprzed piętnastu lat, rozmawiających o rzeczach zbyt błahych, więc dziw bierze, że licealiści się na Belcla jeszcze nie obrazili.
Swoją drogą reżysera chyba najbardziej szkoda, bo widać, że czuje się w filmie jak ryba w wodzie, ogląda się to przyzwoicie, wiele ujęć świadczy o jego samoświadomości reżyserskiej, ale pozostaje pytanie, czemu te zdolności zostały wykorzystane tutaj… Wisienką na torcie będzie krótki monolog Wojciecha Łozo Łozowskiego (notabene szacunek, bo chyba jako jedyny w swojej roli nie bierze tego przedstawienia na serio), kiedy przyrównuje on stosunek do pizzy; człowiek kosztuje hawajską, quarto formaggi, capriciosę, musi poznać ulubiony smak i tak dalej, i tak dalej. Przyznam się bez bicia, że wtedy roześmiałem się na całego. W oczach Łoza zauważyłem dwa magiczne słowa – dwuliterowy zaimek osobowy oraz popularny wulgaryzm zaczynający się na literę „p”.
Punkt trzeci – krytyka filmowa jeszcze nie umarła!
Zadałem sobie po seansie pytanie: czy dobre oceny szanowanych krytyków filmowych dają widzowi zezwolenie na przymykanie oczu na wszelakie głupotki? Myślę że tak, ten precedens dzieje się na naszych oczach, my potrafimy pozwalać tym produkcjom na więcej, bo „podobno” są one świetne. MY zaczynamy usilnie doszukiwać się w tych filmach pozytywów, czasem i sami je dopisujemy! Nie wypada mieć innej opinii od kogoś, kto z góry zna się na tej dziedzinie lepiej. Ten punkt chciałbym pozostawić Państwu, by zastanowić się, czy coś tu nie gra.
Żyjemy w czasach, w których tzw. top krytyków filmowych ceni sobie zarówno klasę filmu, jak i np. zabawę formą, jego humorystyczność, niekonwencjonalność. Tutaj nie doświadczymy tych wszystkich aspektów. Jest lawirowanie reżysera pomiędzy miejscami akcji, dynamika na sam koniec dostarcza wrażeń, cząstkowe elementy mogą się podobać, ale… No właśnie, „ale”.
Jako całokształt ten film po prostu obraża inteligencję widza. Jakkolwiek pretensjonalnie to zdanie może brzmieć, tak powtarzam, Wszyscy moi przyjaciele nie żyją w jakiś sposób wywołują we mnie wstyd, że zatrzymaliśmy się na takim etapie, że to tym filmem przyszło się nam szczycić i to tym filmem recenzenci (szanowani, topowi, których samą w sobie klasę uznajemy) się zachwycają. Wstydzę się tego, że to polskie kino „najwyższych lotów”, że w tym wszystkim jest ono takie niechlujne, tak bezczelne i głupkowate. A do tego mam świadomość, że dobre opinie zwiększą oglądalność danego produktu, ponieważ przynajmniej zachęcą do skonfrontowania się z nim.
A ta oglądalność doprowadzi do powstania kolejnego takiego tworu, który dopełni kolejny cykl oczekiwania na zachwycający polski film. Jesteśmy w pułapce i to od nas zależy, czy zamierzamy się z niej wydostać.
Oczywiście – nie musimy, bo jak pisali Julian Hanich i Miriam Hansen o perspektywach widza, tak naprawdę wiele czynników wpływa na afektacje odbiorców, począwszy od momentu życiowego, w którym dany tytuł oglądamy, po towarzystwo, nastrój, miejsce, oczekiwania… I tak samo The Rocky Horror Picture Show stało się kiedyś kultowym objawieniem, a nie było niczym innym jak psotniczym ekscesem filmowym. Może po prostu potrzebujemy tego rodzaju filmów, a okres pandemii zdeprymował nas tak bardzo, że każda luźna forma zabawy będzie nas uduchawiać, radować i okaże się znacznie lepszą rozrywką? Bądź co bądź – najnowszy film z Julią Wieniawą święci właśnie triumfy, a jego podział widowni świadczy o zainteresowaniu kinem. Dyskutujemy, zastanawiamy się, szukamy odpowiedzi na pytanie, czy jest to dobry film. Ale co z tego wyniknie?
PS Z ciekawości obejrzałem produkcję z angielskimi napisami. W dialogach tłumacze zamienili „Taco Hemingwaya” na „Post Malone’a”, a „Beksińskiego” na „Jacksona Pollocka”. Szkoda! Anglojęzyczny widz mógłby dowiedzieć się czegoś o naszej rodzimej kulturze.

