search
REKLAMA
Recenzje

POLOWANIE NA CZERWONY PAŹDZIERNIK. 30 lat od wypłynięcia

Jacek Lubiński

2 marca 2020

REKLAMA

Zimna wojna – dla filmowców prawdziwy młyn na wodę, a dla społeczeństwa przyczyna mokrych pieluch i wielu nieprzespanych nocy. Horror czerwonego guzika i widmo nuklearnej zagłady przez ładnych kilka dekad wychowywało pod kopułą strachu oraz obopólnej niechęci nowe pokolenia. Okres ten wydatnie działał na wyobraźnię i stanowi(ł) istną kopalnię nieprawdopodobnych, jeżących włos na głowie historii. Znamienne więc, że jedna z tych najlepszych i najbardziej emocjonujących ujrzała światło dzienne dopiero po stopieniu komunistycznych lodów i zakończeniu ery Reagana. Ale czy fakt ten jakkolwiek torpeduje jej jakość, zwłaszcza rozrywkową?

Oczywiście twórcy nie planowali takiego obrotu spraw. Z tej niezręcznej sytuacji politycznej wybrnęli za pomocą prostej planszy z napisami cofającymi nas do roku 1984. Lecz i bez niej cały kontekst pozostaje dość jasny, a film sobie radzi wystarczająco dobrze. Zresztą nie mogło być inaczej, skoro za kanwę scenariusza Larry’ego Fergusona (Nieśmiertelny, Obcy 3) i Donalda E. Stewarta (Zaginiony) posłużył debiutancki bestseller Toma Clancy’ego z tegoż roku i o tym samym tytule. Ten poczytny autor, który spopularyzował gatunek technothrillera, który chętnie uprawiał także Michael Crichton, całą swą sławę zawdzięcza właśnie Czerwonemu Październikowi. A rzeczone i, wedle wspomnianej planszy, całkowicie fikcyjne polowanie w zimnych wodach Atlantyku na okręt podwodny najnowszej generacji przyniosło mu uznanie u samego prezydenta Stanów Zjednoczonych, Ronalda Reagana. I nie powinno to dziwić, skoro zarówno powieść, jak i skrypt, w którym palce maczał potajemnie także John Milius – autor m.in. Conana Barbarzyńcy i Czasu apokalipsy – były mocno proamerykańskie.

Cała ta intryga rozbija się w końcu o to, że filmowy kapitan Marko Ramius (Sean Connery, który na rzecz roli nie porzucił ani szkockiego akcentu, ani brody, zadając kłam radzieckiej dyscyplinie i wymogom armii) – legenda marynarki ZSRR, ulubieniec tamtejszych władz oraz dowódca wychodzącego w swój dziewiczy rejs okrętu projektu 941 – zamierza zwiać na drugą stronę z całym dobrodziejstwem inwentarza. Gdy sprawa wychodzi na jaw, rodacy usilnie próbują zatopić „Czerwony Październik”, co zwraca uwagę będących zawsze w gotowości jankeskich sił zbrojnych. Tyle. Nieco ponad dwugodzinny seans sprowadza się więc do bezustannej gry nerwów i niedopowiedzeń oraz jakże wielbionego przez kino wyścigu z czasem.

Prekursor dla Karmazynowego przypływu (jak i w sumie wszystkich późniejszych reprezentantów tego spowitego dymem udającym morską otchłań nurtu) oraz duchowy spadkobierca Stacji arktycznej Zebra wg powieści Alistaira MacLeana radzi sobie z tym wszystkim doskonale, trzymając w napięciu praktycznie do ostatnich minut, kiedy to wybrzmiewa kolejna pochwała amerykańskiego stylu życia. I chociaż przesadny patos bynajmniej nie zalewa kadrów dzieła Johna McTiernana, a twórcy oddają rosyjskim „braciom” odpowiednią sprawiedliwość, między innymi sprawnie operując ich językiem i symbolami (skąpane w gustownej czerwieni i inspirowane tamtejszymi afiszami są już wszak promujące film grafiki Tony’ego Seinigera), to nie ulega wątpliwości, że koniec końców to akurat „czerwoni” wychodzą tu na głupców, a tryumfuje demokracja oraz wolność wyboru. Jakże pięknie.

I jakże smutno. Tenże wybór jest wszak słodko-gorzki, bo okupiony wieloma ofiarami, a wymarzona działka w Montanie oznacza pożegnanie z bliskimi, z ojczyzną. Na zawsze. Tę gorycz obranej drogi bardzo ładnie podkreśla piękna ścieżka dźwiękowa Basila Poledourisa, który stworzył monumentalny, przepełniający dumą motyw przewodni na modłę hymnu ZSRR, ale z innymi słowami, które są właśnie taką elegią na cześć pozostawionych w tyle ojczystych ziem. Przykro jest je opuszczać, ale trzeba to zrobić, jeśli zwycięska rewolucja ma się dokonać. I, jakby nie patrzeć, dokonała się ona podobnymi heroicznymi czynami, wśród których ostatecznie zabrakło miejsca na odpowiednik rajdu „Czerwonego Października” – przynajmniej wedle oficjalnych zaprzeczeń ze strony obu rządów.

Avatar

Jacek Lubiński

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA