Recenzje
POLOWANIE NA CZERWONY PAŹDZIERNIK. 30 lat od wypłynięcia
„POLOWANIE NA CZERWONY PAŹDZIERNIK” to emocjonująca opowieść o zimnowojennej grze nerwów, gdzie czas i strach stają się kluczowymi graczami.
Zimna wojna – dla filmowców prawdziwy młyn na wodę, a dla społeczeństwa przyczyna mokrych pieluch i wielu nieprzespanych nocy. Horror czerwonego guzika i widmo nuklearnej zagłady przez ładnych kilka dekad wychowywało pod kopułą strachu oraz obopólnej niechęci nowe pokolenia. Okres ten wydatnie działał na wyobraźnię i stanowi(ł) istną kopalnię nieprawdopodobnych, jeżących włos na głowie historii.
Znamienne więc, że jedna z tych najlepszych i najbardziej emocjonujących ujrzała światło dzienne dopiero po stopieniu komunistycznych lodów i zakończeniu ery Reagana. Ale czy fakt ten jakkolwiek torpeduje jej jakość, zwłaszcza rozrywkową?
Oczywiście twórcy nie planowali takiego obrotu spraw. Z tej niezręcznej sytuacji politycznej wybrnęli za pomocą prostej planszy z napisami cofającymi nas do roku 1984. Lecz i bez niej cały kontekst pozostaje dość jasny, a film sobie radzi wystarczająco dobrze. Zresztą nie mogło być inaczej, skoro za kanwę scenariusza Larry’ego Fergusona (Nieśmiertelny, Obcy 3) i Donalda E. Stewarta (Zaginiony) posłużył debiutancki bestseller Toma Clancy’ego z tegoż roku i o tym samym tytule.
Ten poczytny autor, który spopularyzował gatunek technothrillera, który chętnie uprawiał także Michael Crichton, całą swą sławę zawdzięcza właśnie Czerwonemu Październikowi. A rzeczone i, wedle wspomnianej planszy, całkowicie fikcyjne polowanie w zimnych wodach Atlantyku na okręt podwodny najnowszej generacji przyniosło mu uznanie u samego prezydenta Stanów Zjednoczonych, Ronalda Reagana. I nie powinno to dziwić, skoro zarówno powieść, jak i skrypt, w którym palce maczał potajemnie także John Milius – autor m.
in. Conana Barbarzyńcy i Czasu apokalipsy – były mocno proamerykańskie.
Cała ta intryga rozbija się w końcu o to, że filmowy kapitan Marko Ramius (Sean Connery, który na rzecz roli nie porzucił ani szkockiego akcentu, ani brody, zadając kłam radzieckiej dyscyplinie i wymogom armii) – legenda marynarki ZSRR, ulubieniec tamtejszych władz oraz dowódca wychodzącego w swój dziewiczy rejs okrętu projektu 941 – zamierza zwiać na drugą stronę z całym dobrodziejstwem inwentarza. Gdy sprawa wychodzi na jaw, rodacy usilnie próbują zatopić „Czerwony Październik”, co zwraca uwagę będących zawsze w gotowości jankeskich sił zbrojnych. Tyle. Nieco ponad dwugodzinny seans sprowadza się więc do bezustannej gry nerwów i niedopowiedzeń oraz jakże wielbionego przez kino wyścigu z czasem.
Prekursor dla Karmazynowego przypływu (jak i w sumie wszystkich późniejszych reprezentantów tego spowitego dymem udającym morską otchłań nurtu) oraz duchowy spadkobierca Stacji arktycznej Zebra wg powieści Alistaira MacLeana radzi sobie z tym wszystkim doskonale, trzymając w napięciu praktycznie do ostatnich minut, kiedy to wybrzmiewa kolejna pochwała amerykańskiego stylu życia. I chociaż przesadny patos bynajmniej nie zalewa kadrów dzieła Johna McTiernana, a twórcy oddają rosyjskim „braciom” odpowiednią sprawiedliwość, między innymi sprawnie operując ich językiem i symbolami (skąpane w gustownej czerwieni i inspirowane tamtejszymi afiszami są już wszak promujące film grafiki Tony’ego Seinigera), to nie ulega wątpliwości, że koniec końców to akurat „czerwoni” wychodzą tu na głupców, a tryumfuje demokracja oraz wolność wyboru. Jakże pięknie.
I jakże smutno. Tenże wybór jest wszak słodko-gorzki, bo okupiony wieloma ofiarami, a wymarzona działka w Montanie oznacza pożegnanie z bliskimi, z ojczyzną. Na zawsze. Tę gorycz obranej drogi bardzo ładnie podkreśla piękna ścieżka dźwiękowa Basila Poledourisa, który stworzył monumentalny, przepełniający dumą motyw przewodni na modłę hymnu ZSRR, ale z innymi słowami, które są właśnie taką elegią na cześć pozostawionych w tyle ojczystych ziem. Przykro jest je opuszczać, ale trzeba to zrobić, jeśli zwycięska rewolucja ma się dokonać. I, jakby nie patrzeć, dokonała się ona podobnymi heroicznymi czynami, wśród których ostatecznie zabrakło miejsca na odpowiednik rajdu „Czerwonego Października” – przynajmniej wedle oficjalnych zaprzeczeń ze strony obu rządów.
Znamienne przy tym, że dla całego tego projektu upadek komunizmu niewiele w sumie zmienił. Jak przekonywało z przymrużeniem oka późniejsze GoldenEye, które zgrabnie wyprowadziło Jamesa Bonda zza żelaznej kurtyny, Rosja może i stała się krajem prawdziwych możliwości dla prostych ludzi. Lecz napięcie pomiędzy oboma mocarstwami bynajmniej nie upadło wraz z obalanymi masowo pomnikami Stalina i Lenina. Olbrzymi sukces Czerwonego Października (ponad dwieście milionów w amerykańskiej walucie, przy zaledwie trzydziestu bańkach budżetu) okazał się ponadczasowy.
Pozytywny odzew byłby w jego przypadku pewny zarówno przed zburzeniem berlińskiego muru, jak i teraz – trzydzieści lat po premierze mającej miejsce niespełna dekadę po nie mniej słynnym Okręcie, który w polskich kinach ukazał się… dziewięć miesięcy później. Nic więc dziwnego, że, przynajmniej z perspektywy czasu, film McTiernana nadal pozostaje wykładnikiem, do którego równać muszą inne podwodne batalie. I jakkolwiek tych nie brakuje, bo X muza uwielbia historie o grupie spoconych facetów ciasno upchniętych na dnie morza w pływających puszkach (tylko w ostatnich dwóch latach mieliśmy trzy takie produkcje), to wciąż jest on niedoścignionym ideałem kina na granicy dekompresji.
Ideałem wiernym w dodatku materiałowi źródłowemu, bo Polowanie na Czerwony Październik niemal od początku do końca nie kłóci się z powieścią. Pomija oczywiście kilka pobocznych wątków, jak choćby udział w akcji sił Jej Królewskiej Mości, których brak nie tylko zwiększa poczucie amerykańskiej zajebistości, lecz, przede wszystkim, płynność akcji. Niektóre wydarzenia filmowcy też odpowiednio udramatyzowali, aczkolwiek patrząc na to, co Hollywood potrafi wyprawiać na ekranie z książkami, są to detale niemające wpływu na odbiór ogółem wzorcowej adaptacji literek.
Wbrew pozorom niełatwych do przełożenia na język kina, bo piętrzących się od technicznych opisów i szczegółów. Jako zapalony miłośnik tematu oraz niedoszły wojak (odmówiono mu służby ze względu na słaby wzrok) Clancy stworzył na tyle realistyczną fikcję, że zyskała ona poklask nawet w admiralskim środowisku.
Ta estyma przełożyła się potem na film, który wojsko chętnie wspomagało, dając ekipie dostęp (ograniczony, ma się rozumieć) do maszyn, ludzi i treningów oraz po cichu licząc na powtórkę z sukcesu Top Gun, który lotnictwu na lata zapełnił akademie. Z oczywistych względów marynarka nie cieszyła się równym oblężeniem po premierze Polowania na Czerwony Październik. Mimo podobnych celów i bliźniaczej genezy to wszak o wiele bardziej klasyczny, wręcz staroświecki film – zarówno pod względem narracji, jak i atmosfery.
Poważniejszy także w wymowie od podniebnych tricków Toma Cruise’a i spółki. I zdecydowanie nie tak szybki. Lecz, paradoksalnie, o wiele bardziej rozrywkowy. O wartości nie wspominając.
Tą największą pozostaje nie tylko odwzorowanie peryskopowej rutyny dnia codziennego i niecodziennych wydarzeń na miarę III wojny światowej, co powołanie do życia jednego z herosów współczesnej kinematografii – Jacka Ryana. To Clancy’ego biurowy odpowiednik agenta 007, czyli niechętnie działający w polu analityk CIA. I prawdziwy bohater tego filmu, nawet jeśli pozostający nieco w cieniu żywej legendy Ramiusa/Connery’ego. Po tym, jak Kevin Costner odrzucił rolę, z werwą i wyczuciem w Ryana wcielił się będący u szczytu formy Alec Baldwin.
Tym samym stał się dla studia Paramount tym, czym Connery był kiedyś dla wytwórni MGM – pierwszym odtwórcą charyzmatycznego bohatera całej serii filmów. W przeciwieństwie jednak do słynnego Szkota, który pozostaje ikonicznym, a dla wielu jedynym słusznym Bondem, Baldwin dzierży raczej symboliczną pozycję pioniera, którego w debiutanckiej przygodzie przysłonił osiwiały James paradujący w mundurze wroga, a w kolejnych wygryzł ze stołka Indiana Jones w krawacie.
W późniejszych dwóch odsłonach, które już mocno skupiały się na Ryanie i jego rodzinie (tutaj zaledwie zarysowanej), został nim Harrison Ford. Ta roszada spowodowana była zbyt wygórowanymi żądaniami finansowymi Baldwina, który w dodatku musiał zrezygnować z kontynuacji na rzecz innych zobowiązań. Wtedy Ford z ochotą przyjął angaż, który przed laty odrzucił z uwagi na będącego w centrum wydarzeń Ramiusa (żeby było śmieszniej, tego z początku grał Klaus Maria Brandauer).
Na podobnych zasadach za kamerę nie wrócił już ani McTiernan, który wraz z Connerym kręcił Uzdrowiciela z tropików, jakby dla zasady znów rezygnując z możliwości nakręcenia sequela swojego wielkiego hitu (Szklaną pułapkę 2 porzucił na rzecz Polowania…), ani autor zdjęć Jan de Bont, który wpierw zajęty był na planie Nagiego instynktu oraz Zabójczej broni 3, a potem zaczął szykować własny debiut reżyserski, czyli Speed.
Taki rozwój wydarzeń sprawił, że to właśnie Ford na dobre zdefiniował Ryana, którego mógł dodać do bogatego zestawu innych kultowych postaci w swoim résumé. A Baldwin, choć udało mu się zagrać w części uważanej powszechnie za najlepszą i najciekawszą fabularnie, jest dziś po prostu jednym z pięciu aktorów, którzy na przestrzeni lat byli Ryanami niejako swoich czasów i przyzwyczajeń – odpowiednikiem George’a Lazenby’ego lub, bardziej chyba akuratnie, Timothy’ego Daltona w świecie MI-6. Trochę szkoda, bo tak jak oni sprawdził się doskonale i z pewnością mógł w kolejnych odsłonach tylko rozwinąć skrzydła.
Z kolei Fordowi nie udało się tym razem stworzyć solidnej, spójnej trylogii z danym bohaterem, którego z upływem czasu i przebytymi milami postanowiono stosownie odmłodzić na nowy wiek. Zresztą Clancy od początku uważał go za „zbyt starego” do roli.
Co ciekawe, pomimo tego, że Polowanie na Czerwony Październik to pierwsza ekranizacja prozy Clancy’ego, chronologicznie jest czwartą misją w danym uniwersum. Fabryka snów dopiero na ten rok zapowiedziała tę autentycznie dziewiczą przygodę – Bez skrupułów (i bez Ryana) ukaże się w kinach na jesieni 2020. Białymi plamami na filmowej mapie pomiędzy zekranizowanymi już Czasem patriotów, Stanem zagrożenia (oba z Fordem) i Sumą wszystkich strachów (Ben Affleck) pozostają Czerwony królik oraz Kardynał z Kremla.
Poza nimi Clancy zdołał napisać też dziesięć innych powieści, które dają kinu gotowy materiał na lata. Część z nich posłużyła już za podstawę gier komputerowych (sam Czerwony Październik doczekał się aż trzech pozycji interaktywnych). Powstały także dwa seriale o Ryanie oraz tylko inspirowana jego światem Teoria chaosu z Costnerem i Chrisem Pine’em.
I można jedynie żałować, że jeszcze za życia Clancy’ego (pisarz zmarł w 2013 roku) nie udało się kinu jakoś składniej zapanować nad bogatym materiałem wyjściowym, tworząc markę, która mogłaby na poważnie konkurować z przywołanym Bondem, Jamesem Bondem.
Zwłaszcza że historia Polowania… stanowi przykład bardzo sprawnej maszynki do zarabiania pieniędzy. Pracę nad nim Clancy rozpoczął pod koniec 1982 roku i skończył po zaledwie czterech miesiącach. W rok później książka biła już rekordy popularności, a w kolejnym sezonie prawa do niej nabył producent Mace Neufeld (Omen). Ekipa na plan weszła natomiast na wiosnę 1989 roku, zupełnie nie spodziewając się, iż Dennis Virkler (Park Gorkiego) i John Wright (Uciekinier) będą montować nakręcony materiał w trakcie politycznej odwilży, która odmieni wszystkie nastroje chłodnego konfliktu. Lecz nie chęci widzów na dobre, trzymające w napięciu kino, obojętne, po której stronie barykady stojące.
I to właśnie zostało im dane. Zagwarantowane gwiazdorską obsadą z gigantami takimi, jak Scott Glenn, James Earl Jones, Sam Neill, Tim Curry, Stellan Skarsgård czy Courtney B. Vance na pierwszym planie; weteranami drugiego planu – jak Jeffrey Jones (Wolny dzień Ferrisa Buellera), Peter Firth (Siła witalna), Joss Ackland (Zabójcza broń 2, potem K-19 u boku Forda), Fred Dalton Thompson (Szklana pułapka 2) i Richard Jordan w jednym z ostatnich swych występów (Diuna, Ucieczka Logana oraz inkarnacja Dirka Pitta w niesławnym Podnieść Titanica na podstawie książek Clive’a Cusslera) – jak i epizodami, w których wypatrzeć można Tomasa Aranę (Gladiator), Svena-Ole Thorsena (zaliczył prawie wszystkie filmy Arnolda Schwarzeneggera w latach 80. , był Tygrysem w Gladiatorze, potem zagrał też w Sumie wszystkich strachów), Ricka Ducommuna (Na przedmieściach) oraz… Krzysztofa Janczara i cameo Shane’a Blacka (a w tle miga też ponoć i Clancy). Ta litania nazwisk obecnie robi chyba jeszcze większe wrażenie niż wtedy, gdy połowa z nich była praktycznie nieznana.

Reżyser na planie z aktorami.
Całe to dobro przypieczętowały pozytywne opinie krytyków oraz Oscary za najlepsze efekty i montaż efektów dźwiękowych, jak i nominacje do tej nagrody za montaż oraz dźwięk. Ten ostatni był wespół ze scenografią nominowany również do brytyjskiej BAFTA, którego gremium postanowiło wyróżnić także… Connery’ego. I słusznie, bo o ile warsztatowo nie jest to jakaś wielka kreacja, to właśnie sir Sean utrzymuje na powierzchni nasze zainteresowanie i pokład Czerwonego Października byłby bez niego zwyczajnie pusty – jak każda inna łajba pozbawiona kapitana. Żeby jednak nie było, to naprawdę miał on tutaj czym dowodzić.
Nawet gdyby odstawić na bok wszystkie wyżej wymienione okoliczności przyrody i spojrzeć na film mniej przychylnym, wyzbytym wszelkich naleciałości oraz politycznych sympatii okiem, to i tak trzeba by je było przecierać z wrażenia.
Bo Polowanie na Czerwony Październik to po prostu pierwszorzędny thriller. Niewolny od historycznych błędów, naginającej rzeczywistość magii ruchomego obrazu czy technicznych wpadek, ale perfekcyjny w formie, dramaturgicznie bezbłędny. Pięknie wyrafinowany w swym spokojnym, acz drażniącym nerwy rytmie oraz diablo dobrze stopniujący ciśnienie, podkręcający temperaturę, gotujący emocje. Klasyka kina – w obu tych słowach przez duże K. вот, пожалуйста!
