Action Collection

KARMAZYNOWY PRZYPŁYW. Tak pisze się dobre scenariusze.

Film Scotta miał być trzymającym w napięciu thrillerem złożonym z wysokiej jakości składników – i dokładnie tym jest.

Autor: Szymon Skowroński
opublikowano

Karmazynowy przypływ nie jest, bynajmniej, pierwszym tytułem, który kojarzymy z nazwiskiem reżysera Tony’ego Scotta. Nie dość, że kilka lat wczesnej powstał inny przebojowy thriller o łodzi podwodnej (Polowanie na Czerwony Październik Johna McTiernana), to sam Scott w swojej filmografii ma popularniejsze tytuły – Prawdziwy romans czy Top Gun. A jednak, to właśnie Karmazynowy przypływ jest przykładem mistrzowskiej formy reżyserskiej, znakomitego montażu, aktorskiego starcia dwóch gigantów, a przede wszystkim – fachowego scenopisarstwa, a nie da się ukryć, że ta ostatnia sztuka w ostatnich czasach bardzo mocno się zdewaluowała. Na przykładzie filmu z 1995 roku można zobaczyć jak bardzo.

Crimson Tide

Oficer, grany przez Denzela Washingtona, sprzeciwia się wykonaniu rozkazu, gdyż komunikat nie jest pełny.

Sytuacja wyjściowa konfliktu jest dość prosta, ale efektywna. Na pokładzie podwodnej łodzi z rakietami nuklearnymi dochodzi do zakłócenia łączności radiowej, w wyniku czego kapitan i jego pierwszy oficer nie są pewni co do pełnej treści otrzymanego rozkazu. A rozkaz należy do tych najwyższych rangą – chodzi o odpalanie, lub nie, głowic w stronę nieprzyjaciela (oczywiście – Rosji). Oficer, grany przez Denzela Washingtona, sprzeciwia się wykonaniu rozkazu, gdyż komunikat nie jest pełny. Kapitan – w tej roli Gene Hackman – nie ma wątpliwości, że broń powinna zostać użyta. Dochodzi do buntu na ciasnej przestrzeni okrętu, a wynik konfliktu może przeważyć o losach świata. Filmowcy w latach 90., zwłaszcza amerykańscy, lubowali się w sytuacjach kryzysowych i z rozkoszą rzucali swoich bohaterów do gry o najwyższą stawkę. Żeby nie było wątpliwości co do misji, Karmazynowy przypływ otwierają napisy, w których wymienia się trzech najważniejszych ludzi na świecie. Pierwsi dwaj to prezydenci USA i Rosji. Na trzecim miejscu ląduje kapitan łodzi podwodnej z bronią nuklearną. Wszystko jasne, prawda? Teraz wystarczy obserwować eskalację konfliktu i czekać na finał, by dowiedzieć się, czyje będzie na górze.

Przeciętny scenariusz hollywoodzkiego filmu z ostatniej dekady najprawdopodobniej opowiedziałby tę sytuację w pierwszych piętnastu-dwudziestu minutach, by jak najszybciej przejść do „mięsa”, czyli ciągu brawurowych scen akcji lub plot twistów, po których okazałoby się, że tak naprawdę, to nie chodziło o pociski nuklearne, że nie jesteśmy na łodzi podwodnej i że Rosja to tylko przykrywka dla wielkiej korporacji, która chce przejąć władzę nad światem. A może nie – w każdym razie na pewno nie dostalibyśmy tego, co dostajemy w Karmazynowym przypływie. Mam na myśli ekspozycję.

Crimson Tide

Dobra ekspozycja to niezwykle trudna sztuka i prawda jest taka, że udaje się nielicznym. Żeby nie szukać daleko, weźmy sobie na warsztat pierwszy film o Predatorze. Wytnijmy z niego wszystkie dialogi i puśćmy sobie pierwszą połowę. Co widzimy? Grupa żołnierzy. Napakowani, umięśnieni. Czerwona koszulka Schwarzeneggera aż bije po oczach, wyróżniając go na tle innych, ale także na tle dżungli. Jakaś baza w dżungli. Starcie przy biurku. Zbieranie się do walki, lot helikopterami. Powolne wsiąkanie w dżunglę, trochę relacji między bohaterami – jeden drugiemu pluje na buty, trzeci czwartemu coś opowiada, na co ten reaguje śmiechem, piąty szóstemu zabija skorpiona na ramieniu. Nawet bez słów, poznajemy bohaterów i widzimy między nimi więź. Dochodzą do obozu w środku dżungli, robią totalny rozpiernicz, ratują porwaną kobietę, natrafiają na obdarte ze skóry zwłoki. Dopiero teraz, gdzieś kilka minut przed połową filmu, pojawia się tytułowy drapieżnik, który zaczyna atakować żołnierzy. I dopiero teraz widać sens tej długiej ekspozycji. Oddział kilku komandosów bez problemu poradził sobie z kilkudziesięcioma przeciwnikami, nie ponosząc praktycznie żadnych strat. A teraz wszyscy łamią się jak wykałaczki pod uderzeniami JEDNEGO przeciwnika. Arnold, najsilniejszy i najbardziej umięśniony z nich wszystkich, musi „wsiąknąć” w las, pozbyć się czerwonej koszulki stać się niewidzialnym – tylko w taki sposób pokona Predatora. Bez tej kapitalnie rozpisanej ekspozycji film z 1987 byłby tylko kolejnym slasherem z wymyślnym potworem. A tak mamy do czynienia z thrillerem niemal doskonałym.

Ostatnio dodane