search
REKLAMA
Berlinale 2022

PETER VON KANT. Krokodyle łzy

Peter von Kant to film, który z założenia ma igrać z tematem i balansować na krawędzi campu, ale brakuje mu w tym wszystkim duszy, polotu.

Tomasz Raczkowski

13 lutego 2022

Screenshot 2022 02 12 at 00 19 44 berlin francois ozon on betraying fassbinder in fest opener peter von kant jpeg obraz WE
REKLAMA

François Ozon to reżyser bardzo płodny pod względem liczby kręconych filmów. Francuz tworzy dużo, nie bojąc się różnych wycieczek gatunkowych – jego repertuar poza klasycznymi dramatami obyczajowymi obejmuje chociażby musicale, kryminały, thrillery i kino społecznie zaangażowane. Ta płodność nie zawsze idzie jednak w parze z ich jakością. Ozona, choć status festiwalowej gwiazdy posiada od lat, trudno nazwać reżyserem wybitnym. Wzbraniałbym się nawet przed określeniem go „mistrzem”, choć wiem, że według popularnej szkoły już samo doświadczenie i bogaty dorobek na ważnych festiwalach go do tego predysponuje. Ten problem idealnie ilustruje jego najnowszy film, pokazywany na otwarcie tegorocznego Berlinale. Peter von Kant jest zaprojektowany jako mistrzowska konfrontacja z klasyką kina, ale realizacja tego projektu odsłania Ozona jako filmowca bardziej wyrachowanego niż natchnionego.

Konfrontacją, jakiej podejmuje się François Ozon, jest dialog z Rainerem Wernerem Fassbinderem, który patrzy na widzów ze zdjęcia umieszczonego w pierwszym kadrze. Jak nietrudno się domyślić (a dla pewności głosi to też napis nałożony na wspomniane zdjęcie), Peter von Kant to adaptacja jednego z najbardziej znanych filmów Niemca, Gorzkich łez Petry von Kant. Można znaleźć nawet pewne punkty zbieżne można znaleźć w filmografii obu panów – obaj często koncentrują się na kobietach, obaj tworzą skomplikowane moralnie historie, obaj podejmują w swojej twórczości wątki queerowe. Powiedzmy więc, że Ozon adaptujący Fassbindera ma sens. Wydaje się nabierać go jeszcze więcej, gdy w pierwszych scenach widzimy Denisa Menochéta w roli tytułowego Petera, uznanego, wąsatego reżysera A.D. 1972 (rok premiery Gorzkich łez), zbierającego się po bolesnym rozstaniu z kochankiem. Peter von Kant to hybryda oryginalnego scenariusza, rozpisanego na homoseksualny trójkąt (tyle że tym razem gejowski, a nie lesbijski) oraz biografię jego autora. Nie dziwi więc, że obok von Kanta i jego milczącego ordynansa Karla trójkąt uzupełnia młody adonis, Amir Ben Salem, będący oczywistą parafrazą El Hediego ben Salema, kochanka i gwiazdy filmów Fassbindera w latach 70. Smaczku dodaje też występ Hanny Schygulli, największej gwiazdy Fassbindera (w oryginale wcielającej się w rolę wkraczającej do domu von Kant kochanki z nizin społecznych) jako matki von Kanta. Stworzona w ten sposób konfiguracja podąża wzdłuż tej samej trajektorii co w Gorzkich łzach, która przeniesiona jest na grunt parabiografii twórcy Strach zżerać duszę – Peter i Amir formują toksyczny, pełen wzajemnych zależności i bólu związek, którego bezpośrednim świadkiem i częściowo uczestnikiem jest Karl.

pvk

Ozon imituje charakterystyczną dla Fassbindera konwencję powykrzywianych historii miłosnych. Odniesienia do Gorzkich łez widać w oszczędnej kompozycji kadrów, statycznych planach i koncentracji na dialogach, w których rozgrywa się właściwy dramat. Odwzorowuje także (z małymi wyjątkami) zamknięcie lokacji do mieszkania głównego bohatera oraz podział historii na wzięte ze scenicznej wersji akty. Problem w tym, że u Fassbindera wyglądało to jak sztampowy melodramat, z którego wylewa się mroczna zawartość – u Ozona zaś widzimy imitację imitacji, trawestującą nie tyle gatunkową formułę, co już jej rozsadzenie. Sprawia to, że Petera von Kanta reżyser ustawia jako satyrę, z tym że trudno powiedzieć na co – na Fassbindera, jego dzieło czy może powoływane w nim do życia figury klasowej opresji i przemocy psychicznej? Scenariuszowo brakuje tu zdecydowania, w jakim kierunku poprowadzić fabułę, by nie była tylko odbitką oryginalnej opowieści o uzależnieniu i miłosnej przemocy. W efekcie dobrze obsadzony (gdy wkłada ciemne okulary, wygląda jak klon Fassbindera) Menochét przez cały film buksuje w miejscu – owszem, jest przekonujący, odpowiednio ujmujący, żałosny i groźny zarazem jako osaczający narcyz, ale od pierwszej do ostatniej sceny w jego postaci praktycznie nic się nie zmienia. Zupełnie, jakby pomysł Ozona na tę postać kończył się na fizycznym skojarzeniu i połączeniu fikcyjnej Petry z realnym Rainerem.

Tu wracam do kwestii problematycznego mistrzostwa Ozona: Peter von Kant to prawdziwe tour de force wszystkiego, z czym osobiście mam problem w przypadku jego filmów. Francuz stara się pokazać, że kocha kino, porusza się sprawnie w jego historii i kontekstach, tworząc autorskie reinterpretacje klasyki, ale koniec końców okazuje się świetnie wyedukowanym i zdolnym formalnie koneserem, potrafiącym żonglować nazwiskami i nawiązaniami, ale niemającym zbyt wiele poza tym do powiedzenia. Peter von Kant to film, który z założenia ma igrać z tematem i balansować na krawędzi campu, ale brakuje mu w tym wszystkim duszy, polotu. Efektem jest przez to schematyczny, mało angażujący melodramat, na siłę opatrzony intertekstualnymi smaczkami. Nie dowiadujemy się stąd nic ciekawego ani o Fassbinderze, ani o tym, co młodszy z twórców sądzi o jego toksycznych postaciach, a nawet o tak silnie obecnych w oryginale kwestiach klasowych. Ozon robi trochę to samo, co w Podwójnym kochanku, również składanym z aluzji i parafraz, przy czym tam nienaganna formalnie realizacja i psychoanalityczna intryga nieźle do siebie pasowały, dzięki czemu faktycznie wyczuć można było ironiczne zacięcie. Tym razem natura i ciężar tematu zupełnie nie współgra z „technicznym” stylem Ozona, a inklinacje satyryczne są zbyt grubo ciosane i wypadają nie tylko sztucznie, ale co gorsza – nieśmiesznie. Koniec końców, Peter von Kant jest po prostu nudny.

Screenshot 2022 02 12 at 00 19 44 berlin francois ozon on betraying fassbinder in fest opener peter von kant jpeg obraz WE

Największym grzechem Ozona w Peterze von Kancie jest jednak to, że zupełnie gubi (lub wręcz nie umie odnaleźć) specyficzną, subwersywną tragiczną dzikość. Dzikość, która kontrapunktowała romansowe formuły i wyjęte z oper mydlanych klisze, napędzając filmy Fassbindera. Dzikość, która była odblaskiem jego toksycznego życia prywatnego. Bez tego składnika jego dialog z Fassbinderem na bazie Gorzkich łez Petry von Kant jest pusty i banalny. Widać jak na dłoni, że twórca 8 kobiet nie należy do Fassbinderowskiej tradycji, a jego „hołdowi” brakuje uczucia do parafrazowanego oryginału. Chyba nieprzypadkowo jedynie Hanna Schygulla, weteranka pracy z Fassbinderem, potrafi znaleźć w swojej postaci coś więcej, dając nam bodaj jedną jedyną ciekawą scenę Petera von Kanta. Bliżej esencji kina Fassbindera był nawet niezbyt udany Enfant Terrbile z Olivierem Masuccim – tam przynajmniej niby-teatralna formuła była dociśnięta i objawiało się w niej tragiczne szaleństwo Fassbindera. Peter von Kant-Fassbinder u Ozona jest zaś tylko kolejną dramatyczną figurą wyciągniętą z nieskazitelnie czystej szafki festiwalowego wyjadacza. Jeśli opowiadać o twórcy Petry von Kant tak sterylnie, bez brudu, mroku i transgresji, to może lepiej w ogóle nie ruszać tego tematu.

Avatar

Tomasz Raczkowski

Antropolog, krytyk, entuzjasta kina społecznego, brytyjskiego humoru i horrorów.

zobacz inne artykuły autora >>>

REKLAMA