search
REKLAMA
Recenzje

PEŁZAJĄCA ŚMIERĆ. Aligatory chcą sobie ludzi zjeść i fajnie im

Radosław Pisula

28 lipca 2019

REKLAMA

Alexandre Aja to prawdziwy kinofil, który lwią część swojej kariery poświęcił twórczemu przetwarzaniu filmów innych reżyserów – za każdym jednak razem zgrabnie zmieniając pewne klocki w gatunkowej strukturze i wyciskając na nowych wersjach swój autorski ślad. Wzgórza mają oczy Cravena doprawił nową francuską ekstremą, w której posoka gra pierwsze skrzypce, koreańskie Lustra przyprószył miejskim gotykiem, z nowej wersji Piranii 3D zrobił uroczo brutalną czarną komedię, puszczającą oko do widza na lewo i prawo, a Rogi to wizualnie dopieszczona proza Joego Hilla. Natomiast jego najnowsza produkcja, Pełzająca śmierć, jest niesamowicie skondensowaną laurką dla gatunku animal attack połączonego z kinem katastroficznym, wystawioną idealnie na koniec filmowego lata.

Ubawiłem się na seansie dzieła Aji po pachy. To ten typ kina, które nie aspiruje do bycia pamiętanym przez chociaż miesiąc po premierze, ale podczas seansu zapewnia doznania w idealnie wymierzonej dawce. Fabuła jest tutaj pretekstowa – młoda pływaczka Haley (Kaya Scodelario) dowiaduje się, że przez jej rodzinne miasto ma przejść huragan kategorii piątej, czyli taki, który obraca wszystko w pył. Bohaterka rusza więc w drogę, by zanim żywioł wszystko pochłonie, sprawdzić, co się dzieje z jej ojcem, który nie daje znaku życia. Gdy dociera do jego domu, odnajduje rannego papę w pomieszczeniu pod domem (tam, gdzie u jankesów znajdują się rury). I gdy już ma go przenieść w bezpieczne miejsce, okazuje się, że… pod domem pełzają mordercze aligatory. Bohaterowie są zatem w pułapce; bezpieczeństwo zapewnia im tylko plątanina metalowych rur, a podnoszący się coraz bardziej poziom wody odlicza minuty do ich paskudnego końca.

I Aja na szczęście nie stara się tutaj kombinować, nie bawi się w symboliczne komentarze społeczne, cuda niewidy – zresztą film jest najsłabszy wtedy, gdy bohaterowie zaczynają ze sobą gadać, przez chwilę prowadząc uczuciową wiwisekcję, co tylko wybija z rytmu narastającej grozy. A na tym poziomie reżyser sprawdza się naprawdę dobrze – widz szybko zapomina o dosyć bzdurnym punkcie wyjścia fabuły, przestaje oceniać jakieś nielogiczne zachowania bohaterów, bo Aja po prostu nie daje tutaj nikomu czasu na zastanowienie. Przelewające się litry wody pchają ten niezbyt długi metraż do przodu z szybkością kenijskiego sprintera, dosyć przeciętnie animowane bestie zapewniają zdrową dawkę wyskakujących strachów, a Aja znakomicie zwiększa stawkę całego starcia i gdy już się wydaje, że coś bohaterom wyszło, to natychmiast podkręca śrubę. I podkręca. I podkręca. Nie bawi się tutaj w jakieś delikatności, powraca do paskudnego gore, które wywindowało jego karierę – jak potwór kogoś chapsnie, to jest grubo, leje się posoka, pięknie barwiąc wodę szkarłatem.

A przy okazji całej tej sytej opowiastki o naturze pożerającej swoje dzieci przedstawionej w świetnym tempie Aja po raz kolejny udowadnia, że ma oko do obrazów. Na tym polu wspomaga go odpowiedzialny za zdjęcia Maxime Alexandre, jego etatowy współpracownik. Panowie razem ładnie lawirują pomiędzy zdjęciami podwodnymi, coraz ściślejszym ograniczaniem przestrzeni czy wykorzystaniem labiryntu rur, żeby wprowadzić klimat zaszczucia niczym z Obcego Scotta, w którym ukradkowe snopy światła tworzą klimat osaczenia; nawiązanie do kosmicznego klasyka ma swoją kulminację w jednej z istotnych sekwencji. Film wygląda po prostu elegancko, serwując różnorodność w pozornej jednorodności. I tylko w scenach z aligatorami widać, że to obraz robiony za małą kasę, bo na innych polach twórcy wyciągają, ile się da – i w sumie nawet ponad stan, bo ten prosty straszak i tak by się sprzedał, gdyż akcja jest przepyszna.

To nieskomplikowany film o bliskich, którzy muszą uciekać przed pozornie niepowstrzymanymi maszynami do zabijania. Nakręcony przez błyskotliwego reżysera, bez kombinacji, ze zdrowymi rolami Kayi Scodelario i Barry’ego Peppera, wizualnie zgrabny, szybciutki, pozbawiony zatykania braków watą, zrobiony z sercem do gatunku. Nie będziecie o nim rozmyślać długo po seansie, ale to idealnie tłusta horrorowa przegryzka po sezonie blockbusterowym.

No sobie aligatory chcą zeżreć ludzi, a ludzie nie chcą być zeżarci. Filmowo mnie to jednak nadal łechta. Prosta, krwawa i uczciwa historia.

Avatar

Radosław Pisula

REKLAMA