search
REKLAMA
Nowości kinowe

Hobbit: Pustkowie Smauga

Miłosz Drewniak

14 grudnia 2013

REKLAMA

hobbit-desolation-of-smaug-poster

Hobbit jest jednym z tych filmów, na które czekamy jak na pierwszą gwiazdkę z jednej, bardzo prostej przyczyny – bo jest filmem-pewniakiem. Wchodząc na salę kinową wiemy bardzo dobrze, czego się spodziewać i jesteśmy w stu procentach przekonani, że blisko trzy magiczne godziny seansu nie zawiodą naszych oczekiwań. Tym bardziej, że w tym wypadku mamy do czynienia z drugą częścią trylogii, która, notabene, wcale nie powinna być trylogią, ale jest trylogią, żeby było trzy razy więcej zabawy, trzy razy więcej emocji i trzy razy więcej pieniążków. Ale koniec końców – nikt na to nie narzeka. Bo nie ma na co, a wręcz przeciwnie – jest powód do radości.

Kolejny raz przenosimy się do Śródziemia i dołączamy do wesołej kompanii trzynastu krasnoludów, czarodzieja i hobbita w momencie, w którym opuściliśmy ich rok temu. Za chwilę staniemy na skraju Mrocznej Puszczy. Cel: Samotna Góra i Erebor – królestwo krasnoludów, przed laty zajęte przez chciwego smoka…

Oglądając Hobbita: Pustkowie Smauga utwierdziłem się ostatecznie w przekonaniu, że Peter Jackson po raz kolejny serwuje nam Władcę Pierścieni z tymi samymi schematami i postaciami: Aragornem – królem-wygnańcem z kompleksem niesławnego przodka, w skórze Thorina „Dębowej Tarczy”, Frodem-Bilbem – niepozornym niziołkiem, skrywającym w sobie nieuświadomione pokłady odwagi, czarodziejem Gandalfem – mentorem i przewodnikiem etc. Tak jak Hobbit: Nieoczekiwana podróż była powtórką z Drużyny pierścienia, tak samo Pustkowie Smauga zyskuje posmak klimatu Dwóch wież. „Zło podnosi łeb w Mordorze”, czyli, przekładając na Pustkowie Smauga – w twierdzy Dol Guldur powstaje armia nieprzyjaciela.

Źle się dzieje w Śródziemiu, a wojna wisi w powietrzu. Różne znaki zwiastują jej początek i nie trzeba być uważnym czytelnikiem dzieł Tolkiena, żeby domyślić się, że w filmie Hobbit: Tam i z powrotem kumulujące się i owiane tajemnicą wydarzenia znajdą swój krwawy finał, będąc zarazem lustrzanym odbiciem Powrotu króla (którego rolę odegra oczywiście Thorin). Chociaż tym razem zapewne wiele pytań pozostanie bez odpowiedzi. A to dlatego, że, przypuszczalnie, ostatnia część Hobbita będzie zarazem prologiem do Władcy Pierścieni. Zło, które w Pustkowiu Smauga „podnosi łeb”, zostanie ostatecznie unicestwione dopiero w Powrocie króla. Mowa tutaj o tym „moście” między dwiema trylogiami, o którym mówił reżyser jeszcze przed premierą Nieoczekiwanej podróży i który skrzętnie i systematycznie buduje przez cały czas, dodając od siebie różne elementy fabuły, które znajdą swoje rozwinięcie dopiero we Władcy Pierścieni. Wszystko to zdaje się być dokładnie przemyślane i skrojone z chirurgiczną precyzją. Jednak prowadzi nas to do czegoś, na co narzekają tolkienowscy puryści – nieścisłości z książką, a tych jest w Pustkowiu Smauga co niemiara. Cóż mogę rzec – jednym podoba się taka rozszerzona wersja Hobbita, inni są mniej tolerancyjni, jeśli chodzi o mieszanie w prozie mistrza. Należę do pierwszej grupy. Uważam, że Jackson umiejętnie wzbogacił fabułę powieści.

THE HOBBIT: THE DESOLATION OF SMAUG

Krótko mówiąc – gdy wybierzemy się na nowego Hobbita, dostaniemy to, po co przyszliśmy. Nie mniej, nie więcej. Dobro będzie walczyć ze złem, krasnoludy będą nienawidzić elfów i vice versa, ziemia spłynie krwią orków a Bombur będzie spasiony i wykona skok do beczki, za który Stephen Hunter z miejsca powinien dostać Oscara. Jest jeszcze jedna wielka gwiazda tej części – smok, na którego wszyscy czekamy od dwóch lat, a którego mrugające oko i prolog do pierwszego Hobbita przyjemnie się z nami podrażniły i połechtały naszą wyobraźnię. Smaug jest obłędny, gigantyczny, a pierwsza scena w skarbcu jest pełna napięcia – „oto już za chwilkę gwóźdź programu” – myślimy sobie, gdy oczami Bilba oglądamy góry złota i wiemy, że gdzieś tam czai się ogromny, ziejący ogniem gad. Zmodyfikowany głos Benedicta Cumberbatcha robi świetne wrażenie i doskonale pasuje do postaci szlachetnego stwora.

Jednakże, o ile Smaug wygląda nieziemsko, a barokowe pod względem scenografii i efektów specjalnych sceny w skarbcu łykamy bez zająknięcia, o tyle w innych scenach wymagających komputerowego podrasowania, Jacksona zwyczajnie poniosło. Potyczka Gandalfa z Nekromantą przypomina raczej intro do komputerowej gry RPG, niż chociażby pamiętną scenę walki z Balrogiem z Drużyny pierścienia, a zmontowana jest koszmarnie i na odczepnego, tak jakby walące po oczach światło miało odwrócić uwagę widowni od technicznych niedociągnięć. Tylko wypatrywać Petera Jacksona, który wciśnie się w kadr z marchewką w łapie i między jednym chrupnięciem a drugim zwróci się z dumą do widza: „Wiecie ile kasy poszło na tę scenę?”.

THE HOBBIT: THE DESOLATION OF SMAUG

Sceny walki (te nie magiczne) też nie ustępują tym sprzed roku – są wartkie, gęste i bardzo wymyślne, jeśli chodzi o interakcję walczących bohaterów z otoczeniem (miejscami nawet do przesady). Jedną z tych najbardziej zapadających w pamięć jest rąbankowa sekwencja spływu beczkowego w Mrocznej Puszczy. Trup ściele się gęsto i widowiskowo, a przecież tego właśnie oczekujemy od scen walki w Hobbicie.

W Pustkowiu Smauga pojawiają się nowi bohaterowie – rudowłosa elfka Tauriel (Evangeline Lilly), Thranduil (Lee Pace) – król elfów z Mrocznej Puszczy, czy Bard (Luke Evans) i nasz stary znajomy z Władcy Pierścieni – Legolas (Orlando Bloom), który jak zwykle jest suchy jak kokosowe wióry i spięty jak… no właśnie – jak elf, więc w sumie się broni.

Aktorstwo w filmie stoi na wysokim poziomie. Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to nie do aktorstwa, a do samego doboru obsady i charakteryzacji, która (co prawda nic to nowego po Nieoczekiwanej podróży) kuleje w jednym punkcie – co najmniej kilku krasnoludów to prawdziwi przystojniacy z dwudniowym zarostem, co jest największym absurdem Hobbita. To trochę tak, jakby w roli Legolasa obsadzić Johna Goodmana.

THE HOBBIT: THE DESOLATION OF SMAUG

Ale tak naprawdę jest to szczegół i przytyk z serii „czepiam się, bo się czepiam, ale w ogóle mi to nie przeszkadza”. Gdyby Thorin był brzydalem, film straciłby żeńską widownię w przedziale wiekowym 13-16, a i reszcie łatwiej kibicować komuś, kto nie ma odpychającej facjaty.

Oczywiście grzechem byłoby nie wspomnieć o nowozelandzkich plenerach, które i tym razem nikogo nie zawiodą i o ścieżce dźwiękowej Howarda Shore’a, która jest czystą poezją, choć odgrzewaną. Ale znowu – komu to przeszkadza? Przecież kochamy tę muzykę, która jak nic innego oddaje klimat tolkienowsko-jacksonowskiego Śródziemia.

Ujmując rzecz najprościej – oglądając Pustkowie Smauga, będziecie mieli ciągłe i długie, bo prawie trzygodzinne, deja vu. To wszystko już było. Emocje są znajome i nic dziwnego, skoro reżyser ciągle uderza w te same akordy. Ale czy nie po to właśnie idziemy do kina na Hobbita? Czy nie dlatego z niecierpliwością czekamy na premierę nowej odsłony przygód Bilba? Nie wiem jak Wy, ale ja nie mogę się doczekać, żeby już za rok ponownie przeżyć Powrót króla.

615167703613725ad79943aa2e262164

Avatar

Miłosz Drewniak

REKLAMA