Recenzje

GŁĘBIA STRACHU. Denny horror science fiction

Lepszej rozrywki dostarczyłoby wrzucenie osiemdziesięciu milionów dolarów do kałuży i nagranie tego smartfonem.

Autor: Szymon Skowroński
opublikowano

Dno i metr mułu

William Eubank przez kilka lat szlifował warsztat filmowy jako operator zdjęć, by w 2011 zadebiutować jako reżyser pełnometrażowego obrazu science fiction Miłość, a trzy lata później zrealizować kolejnego przedstawiciela gatunku – Sygnał. Budżety obu produkcji zamknęły się w kwotach pięciu milionów dolarów. Ile to jest pięć milionów w Hollywood? Drobne – dla przykładu sam Robert Downey Junior podobno dostał dwie piątki (czyli dychę) za rólkę w Spider-Man: Homecoming, a średni hollywoodzki film kosztuje sto milionów. Eubank centy przetapiał na sztabki złota, choć jego filmy generalnie krytykowano za scenariuszowe malizny, które jednak nowicjuszowi można było wybaczyć. Przyszedł czas na wysokobudżetową produkcję dla dużego studia.

(Uwaga na spoilery!)

Eubank dostał osiemdziesiąt milionów dolarów na realizację swojego nowego filmu, jednocześnie ostatniej premiery pod egidą 20th Century Fox, która pod tą nazwą przechodzi do historii i rozpoczyna nowy rozdział, jako 20th Century Studios. Symboliczne porzucenie starej nazwy towarzyszy filmowi, który można określić jako oldschoolowy. Głębia strachu nie wydaje się mieć jakichkolwiek wysokich ambicji, a jedynym jej celem pozostaje zaspokojenie niskich (co nie znaczy – nieważnych!) potrzeb publiczności spragnionej mariażu horroru i kina science fiction. Nie jest bowiem tajemnicą, że takich produkcji bywa ostatnio coraz mniej. Można byłoby pomyśleć wręcz, że to martwa kinowa strefa w dobie postmodernistycznego horroru, który czynnik strachu traktuje symbolicznie, metafizycznie, społecznie, ekologicznie, psychologicznie… i nie chodzi o to, że takich filmów nie chcemy i nie potrzebujemy – raczej o to, że raz na jakiś czas oczekujemy od kina tylko i wyłącznie prostej rozrywki do szybkiej konsumpcji.

Pojawia się więc Eubank z pomysłem zrealizowania miksu Lewiatana, Głębi i Obcego. Z dwóch pierwszych bierze pomysł podwodnej ekspedycji, która znakomicie generuje klimat klaustrofobii, a z ostatniego – motyw obcej istoty polującej na bohaterów. Atrakcje serwowane są jednak powoli – film zaczyna się od podwodnego wstrząsu, który niszczy stację badawczą, potem, rzecz jasna, formuje się drużyna ocalałych, następnie mamy kilka przygód z gatunku „I have a bad feelings about this”, później jest już tylko „The shit just got real”, seria zgonów, potwór w pełnej okazałości i dramatyczny finał z wysoką liczbą ofiar. Brzmi to wszystko standardowo, a wręcz schematycznie – i nie byłoby złe, gdyby przynajmniej jedna z postaci była w scenariuszu określona czymś więcej niż płcią i wiekiem. Nie ma chyba niczego, co drażni mnie w filmach bardziej od bohaterów, których nikomu nie chciało się wymyślić – scenarzyście, reżyserowi, aktorom. Jeśli nijakość można byłoby zmierzyć, to Głębia strachu osiągnęłaby w tej skali 50%.

Po kolei – pierwsze skrzypce gra Kristen Stewart. Jest to aktorka problematyczna, z jednej strony skażona na wieczne czasy wirusem Zmierzchu, z drugiej – robiąca wszystko, by się z niego wyleczyć. Najpierw solidne role u Oliviera Assayasa, Anga Lee i Woody’ego Allena, a teraz znów krok w tył. Średnio przyjęta biografia Jean Seberg i pokaz kulejącego warsztatu w horrorze. Wbrew pozorom (a może to wcale nie pozory?) „proste”, niewymagające role w kinie stricte rozrywkowym wymagają największego nakładu pracy. Niełatwo jest rozśmieszyć widzów błazenadą, jeszcze trudniej – uwiarygodnić strach. Stewart wraca tutaj do maniery polegającej na półotwarciu ust, zniżaniu głosu i spojrzeniu skrzywdzonego psa – i na tym tryptyku ogrywa cały film. Nie mam tylu palców, by na nich policzyć znakomite pierwszoplanowe role kobiece w horrorach. Nie bez obaw o zarzuty prosadystyczno-patriarchalnych ciągot twierdzę, że kobieta poddana fizyczno-psychicznym torturom jest idealnym nośnikiem horroru. Stewart nie wykorzystała szansy – a może w ogóle jej nie dostała – na znalezienie jakiegokolwiek czynnika ludzkiego w swojej postaci. Od początku do końca pozostaje marionetkową figurką rzuconą w wir ekranowych wydarzeń.

Vincent Cassel, T.J. Miller. Pierwszy jako poważny, doświadczony szef ekspedycji, drugi jako błaznujący śmieszek, przynoszący najzabawniejszy moment filmu, czyli widok rozdartych gaci na owłosionej dupie. Koń by się uśmiał, a potem wpadł w depresję i stoczył na dno ze świadomością, że takie rzeczy nadal się robi w wersji dosłownej. Reszta ekipy jest zupełnie niewyraźna – może to celowy, metaforyczny zabieg, bo przecież akcja toczy się na dnie oceanu, gdzie światło podlega mocnemu załamaniu. I to w zasadzie tyle – trzy dni po seansie nie mogę nawet sobie przypomnieć, ilu było bohaterów do szatkowania. Chyba sześciu. Bardzo liczyłem na Cassela, który jako doświadczony wyjadacz, obyty z planami europejskimi i amerykańskimi, mógłby pokazać coś ciekawego. Ale znowuż – albo nie dostał szansy, albo wycięto to w montażowni.

Ostatnio dodane