Connect with us

Publicystyka filmowa

Potencjalne PORAŻKI FINANSOWE 2020, czyli jakie filmy nie zarobią

PORAŻKI FINANSOWE 2020 to przewodnik po filmach, które mogą nie zdobyć serc widzów i box office’u. Zobacz, co może pójść nie tak!

Published

on

Potencjalne PORAŻKI FINANSOWE 2020, czyli jakie filmy nie zarobią

Po artykule, który wziął na tapet Anno Domini 2019, przyglądamy się jego następcy. Kolejne dwanaście miesięcy także naszpikowane są produkcjami, które na dłuższą metę pachną wpadką w box offisie. Spójrzmy na niektóre z nich.

Głębia strachu

Premiera: 10 stycznia

Advertisement

W oryginale ten mający premierę już za chwilę film nazywa się po prostu… Underwater. I już choćby ten fakt podważa jego sukces, gdyż dotychczas wszystkie podwodne filmy – z wyjątkiem Otchłani – były klapą. Kosztująca około 80 milionów baksów Głębia strachu fabularnie przypomina zresztą powtórkę z niezbyt dobrego DeepStar Six (aka Obcy z głębin) i/lub Lewiatana. Tamte filmy kosztowały zdecydowanie mniej, a i tak na siebie nie zarobiły.

Tutaj przypuszczalnie będzie podobnie – zwłaszcza że styczeń z reguły nie płodzi hitów roku. Titanic jednak jest w zasięgu – oczywiście ten prawdziwy, spoczywający na dnie.

Advertisement

Doktor Dolittle

Premiera: 17 stycznia

Ostatnio sympatycznego doktorka potrafiącego gadać ze zwierzętami oglądaliśmy na dużym ekranie ponad 20 lat temu. Wtedy wcielał się w niego Eddie Murphy będący u szczytu kariery, więc na kosztujący 70 milionów film stawiły się w kinach tłumy, które udało się również zapędzić na sequel. Teraz studio Universal chce powtórzyć sukces z będącym u szczytu kariery Robertem Downeyem Juniorem.

Advertisement

Tyle tylko, że tym razem na stworzone przez komputer zwierzaki przeznaczono aż 175 mln, a po próbnych pokazach testowych wysłano ekipę na dokrętki, tym samym opóźniając premierę o ponad sześć miesięcy. Dolittle będzie zatem konkurować z nową częścią Bad Boys (oraz kilkoma horrorami). I osobiście stawiam właśnie na tych drugich – w końcu „Whatcha gonna do, whatcha gonna do when they come for you…”.

Wyspa Fantazji

Premiera: 14 lutego

Advertisement

Kinowa wersja popularnego niegdyś w USA serialu, który tym razem zamieni się w pełnokrwisty horror – w sam raz na walentynki. Fani oryginału już kręcą nosem, zwiastuny całkowicie zdradzają przebieg fabuły, a obsada nie ekscytuje i w dodatku… pozbawiona jest karłów (w serialu kluczową postać grał słynny Hervé Villechaize). Już te fakty lekko dyskredytują cały ten projekt. Oczywiście wszystko zależy tu od tego, jak duży jest budżet całego przedsięwzięcia. Nie oczekiwałbym jednakże jakiegoś dużego zysku. Szczególnie że w lutym konkurencja wydaje się całkiem spora, także ta spod znaku kina grozy. Inna sprawa, iż cały ten miesiąc na odległość pachnie serią finansowych wpadek. Zatem kto wie, może to właśnie Wyspa Fantazji okaże się tu zaskoczeniem? Nie jest to przy tym mój czarny koń.

Sonic. Szybki jak błyskawica

Premiera: 14 lutego

Advertisement

Superszybki bohater gry komputerowej zebrał już baty od kinomanów za swój pierwotny wygląd w pierwszych zwiastunach. Twórcy od razu ugięli się przed tłumem i CGI jeż wygląda już teraz o wiele lepiej. Ale czy na tyle dobrze, by z wydatku rzędu stu milionów dolarów uczynić kasowy hit sezonu? Wątpię. Jim Carrey w obsadzie zapowiada kreskówkową błazenadę, która może przyciągnąć do kin rodziny z pociechami (tak jakby sam Sonic nie wystarczył). Lecz cała reszta wygląda już na jeden wielki zbiór sucharów osnutych wokół platformówki bez fabuły (bo trudno za taką uznać zbieranie monet przez tytułową postać). Swego czasu Super Mario wywalił się na podobnym założeniu – a przecież on miał Gumbasy. Sonic pozbawiony jest nawet tego argumentu.

Nowi mutanci

Premiera: 3 kwietnia

Advertisement

Ten film był już chyba przekładany ze trzy razy, aż w końcu wylądował w kwietniu przyszłego roku, czyli miesiącu nowej odsłony 007. Trudno orzec, czy jest to na pewno ostateczna data premiery, podobnie jak trudny do określenia pozostaje budżet tego wielokrotnie już przerabianego przez producentów spin-offu mutancich perypetii. Na pewno jednak wszystkie zmiany jedynie powiększyły koszty tej dalekiej od pierwotnej wizji tchnięcia nowego życia w X-Menów. Niezależnie zresztą od wydanych pieniędzy, jest to przykład filmu, który studio już dawno spisało na straty. Teraz pozostaje tylko czekać na wyrok finansowej śmierci. Jest ona równie pewna, co podatki, które trzeba będzie od tego tytułu odprowadzić.

Czarna Wdowa / Eternals

Premiera: 1 maja / 6 listopada

Advertisement

Przyznaję, że to wybór trochę kontrowersyjny, bo Marvel co chwila bije jakieś kasowe rekordy, a świat superbohaterów ma się lepiej niż kiedykolwiek. To także właściwie wróżenie z fusów, gdyż na ten moment budżety obu filmów pozostają nieznane. Zwiastun Czarnej Wdowy sugeruje jednakże konkretną kasę wyłożoną na produkcję (sama gaża Scarlett Johansson to 15 milionów dolców), a wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że Eternals mogą być z kolei jedną z najdroższych odsłon MCU.

Zatem o ile Czarna Wdowa ma szansę jeszcze się jakoś obronić dzięki popularnej obsadzie i jako takim połączeniu z przygodami Avengers (choć nie ma ułatwionego zadania, gdyż jej premiera wciśnięta jest pomiędzy nowego Bonda oraz kolejną odsłonę Szybkich i wściekłych i sequel Wonder Woman, która budzi jednak o wiele większe emocje), o tyle Eternals mogą już konkretnie utopić.

Advertisement

Fascynacja tym światem osiągnęła wszak punkt krytyczny, a historia oraz bohaterowie, po których sięga Marvel, są właściwie nieznani szerszej publice. A przecież im film droższy, tym więcej musi zarobić, żeby można było mówić o sukcesie. Zakładać się nie będę, bo w przypadku tego tytułu nawet marketingowa machina jeszcze na dobre nie wystartowała. Ale podejrzewam, że o kolejnym przełamywaniu finansowych barier można w tym wypadku zapomnieć. Pożyjemy, zobaczymy, może zarobimy…

Godzilla vs. Kong

Premiera: 20 listopada

Advertisement

Ostatnia Godzilla mocno flopnęła. Z kolei najnowszy Kong okazał się umiarkowanym sukcesem. Czy z połączenia tych dwóch gigantów będzie gruby hajs? Jest to możliwe. W końcu świat długo, bo od 1962 roku, kiedy to po raz pierwszy doszło do spotkania na dużym ekranie, czekał na hollywoodzką bójkę obu legend. Wcześniej jednak czekał na pojedynek Batmana z Supermanem i wszyscy wiemy, jak to się skończyło.

Sukcesem, będącym jednocześnie porażką, czyli filmem za grubą kasę zarabiającym znacznie poniżej oczekiwań producentów. I tu może być podobnie. Budżet tego starcia jest na dzień dzisiejszy niejawny, ale podejrzewam, że spokojnie dorównuje swoim kreaturom. Ich samodzielne przygody oscylowały wokół dwustu milionów zielonych na głowę, więc nie zdziwiłbym się, gdyby tutaj wszystkie koszta zamknęły się nawet w trzystu. To oznacza, że potwory musiałby z siebie wypocić minimum 600–700 milionów. Patrząc po formie obu zawodników, jest to wątpliwe.

Advertisement

Diuna

Premiera: 18 grudnia

Obecność tego tytułu raczej nie powinna dziwić. Denis Villeneuve to ceniony filmowiec, ale raczej nieprzyciągający do kin olbrzymiej widowni. Sama Diuna również nie jest w stanie tego zrobić, o czym przed laty przekonał się David Lynch. Skomplikowana, wielowątkowa, brutalna i dorosła historia to od dekad nieosiągalne marzenie fabryki snów.

Advertisement

Nieosiągalne, bo wymagające nie tylko potężnej, artystycznej wizji, która miałaby ręce i nogi, ale także monumentalnego nakładu pracy, z finansami włącznie. Jak na razie nie wiadomo, ile dokładnie pieniędzy pójdzie na tę ekranizację, bo produkcja jest w toku. Na pewno jednak nie jest tania. I na pewno się nie zwróci. Tak samo jak nie zwrócił się Blade Runner 2049 – dalece mniej złożony i potencjalnie o wiele bardziej atrakcyjny dla zwykłego widza produkt. O ile zatem w jakość gotowej Diuny nie śmiem wątpić, tak jej los jest właściwie z góry przesądzony. Smutne, ale prawdziwe.

West Side Story

Premiera: 18 grudnia

Advertisement

Czyli Steven Spielberg i jego absolutnie zbędny remake musicalowej klasyki za sto milionów. Z jednej strony to relatywnie niedużo kasy, święta mogą sprzyjać marketingowi (choć to nie jedyny tytuł, który się wtedy ukaże – patrz wyżej), a w obsadzie mamy samych młodych, zdolnych i popularnych. Ale nie ma co się oszukiwać – obecne pokolenie raczej nie reaguje ekscytacją na hasło West Side Story, a kręcenie tego samego, w podobnym stylu retro, tylko ubarwionym obecnym światopoglądem, mija się nieco z celem.

Co prawda do premiery jeszcze rok i wszystko się może zdarzyć (łącznie z jej przeniesieniem na kolejny rok, acz sądzę, że twórcy będą celować w Oscary i data pozostanie bez zmian), ale Spielberg już od jakiegoś czasu nie jest gwarantem niebotycznego sukcesu – zwłaszcza na rodzimym rynku. Ten odgrzewany kotlet może się więc odbić producentom poważną, gwiazdkową czkawką.

Advertisement

Orzeł. Ostatni patrol

Premiera: jesień 2020

Na koniec coś polskiego. Konkretnie kolejne patriotyczne kino wojenne za 12 milionów biedazłotówek. I bardzo chciałbym się mylić, ale wątpię, żeby twórcy doczekali się zwrotu tej kwoty z kinowych kas. Dowodem chociażby niemal wszystkie poprzednie superprodukcje tego typu z ostatnich lat, na czele z Piłsudskim. Załoga okrętu podwodnego ORP „Orzeł” – który zresztą ma już swój film, bardzo dobry w dodatku – z pewnością budzi jeszcze mniej ekscytacji. Na pospolite ruszenie raczej nie ma więc tu co liczyć.

Advertisement

Zwłaszcza gdy docelowo zanosi się na jeszcze jedną polską odpowiedź na światowy hit – tym razem na celowniku niemiecki Okręt sprzed czterech dekad. Ale nawet abstrahując od tamtego klasyka, wracamy do punktu wyjścia, czyli morskich superprodukcji. Te o łodziach podwodnych również mają z reguły przechlapane.

A waszym zdaniem jakie będą największe wpadki 2020?

Advertisement

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *