search
REKLAMA
Recenzje

EGZORCYSTA: WYZNAWCA. Egzorcysta za niecałe trzysta [RECENZJA horroru]

Co poszło nie tak z filmem „Egzorcysta: Wyznawca”?

Maciej Kujawski

8 października 2023

REKLAMA

Najnowszy film Davida Gordona Greena wydaje się nieco spóźnionym odnowieniem marki zapoczątkowanej przez arcydzieło Williama Friedkina. Udany requel do tegoż kultowego dzieła, gdyby powstał na początku ubiegłej dekady, być może otworzyłby modę na estetykę retro, pełną odwołań do mrocznych horrorów satanistycznych rodem z lat 70. Obecnie jednak taki projekt musi wejść na parkiet, w którym reguły są narzucone przez innych twórców, gdzie samo dołączenie do tańca nie sprawi, że będzie się pionierem i zyska sukces. W głównej mierze wynika to z tego, że współcześnie oldskulowe kino grozy o duchach i opętaniach ma się absolutnie świetnie, a to głównie za sprawą uniwersum Obecności. Seria ukształtowała nowe gusta odbiorców, ustalając standardy na kolejne lata. James Wan, pomysłodawca pierwszej odsłony cyklu, sprytnie podpatrzył klasykę z lat 70., wyciągając stamtąd kluczowe elementy klimatu, a także kilka bezpośrednich cytatów. Naturalnie scalił to z nowoczesną formułą, okraszając własną, wyrazistą techniką. Reżyser ten jest wielozadaniowcem, który potrafił przejść od składania pokłonów mistrzom konwencji, do angażowania odbiorcy na własnych prawach, nie bojąc się pociągnąć stylu w dalszym kierunku.

Egzorcysta: Wyznawca powstały w takim krajobrazie w nieodpowiednich rękach twórczych mógłby się jawić jako niepotrzebny, a co gorsza: bolesny krok w tył dla całego podgatunku. Tak się właśnie niestety stało. To film, który publika poszukująca rozrywki i dawki strachu błyskawicznie odrzuci, mając na podorędziu lepsze alternatywy w zakresie horrorów spirytystycznych. Co sprawia, że nowy Egzorcysta jest skazany na życie w cieniu niedoskonałego przecież uniwersum wykreowanego przez Jamesa Wana?

David Gordon Green niedawno zakończył realizację trylogii Halloween. Pierwsza odsłona reaktywowanego cyklu została zaakceptowana przez publikę i krytyków, ale reszta przyniosła wiele rozczarowań. W przypadku Egzorcysty reżyser ponownie, ale bardziej odczuwalnie niż uprzednio, nie ma pojęcia, czy chce wiernie przytaczać magię pierwowzoru, czy raczej dekonstruować ją celem eksperymentowania z problematyką. W efekcie wychodzi film sprzecznych sił, wzajemnie eliminujących swój potencjał. Zaskakująco sporo tu naleciałości z trylogii o Michaelu Myersie, jakby Green nie mógł od takiego kursu odbić. Pozbawiony swojego współscenarzysty Danny’ego McBride’a zdaje się błądzić we mgle, a jego ratunkiem jest brnięcie w losowe pomysły i rozwijanie ich na totalnym autopilocie. Dla reżysera oznacza to prosty sposób na szybkie i bezbolesne zakończenie prac nad projektem, a dla widzów doświadczenie nieskładnego bełkotu, pogubionych motywów. Sam sens opowieści musiał być dodany w finalnym monologu, jako sztucznie zaaplikowany filar myślowy, którego zabrakło wcześniej, by to wszystko nie zapadło się jak domek z kart.

W swoich poprzednich horrorach Green dał znać, że ma ambicję, by poprzez konwencje gatunkowe przekazywać własne spojrzenie na świat i wkomponowywać w mroczne opowieści trudne tematy społeczno-filozoficzne. Nie zależy mu jedynie na zapewnieniu widzowi krótkotrwałej rozrywki, ale na zostawieniu go z paroma przemyśleniami albo skonfrontowaniu z pewnymi ideami. Nie da się ukryć, że z filmów reżysera wyłania się spaczona perspektywa i chaos ideologiczny w wyniku którego chcemy błagać, żeby twórca wrócił do pozbawionych drugiego dna komedii pokroju Boskiego chilloutu. Światopoglądowo Wyznawca to ewidentna zupa z rozmaitych resztek po trylogii Halloween, która spędziła w lodówce już trochę za długo. W uporządkowaniu zamętu intelektualnego nie pomoże stojący na wysokim poziomie warsztat formy. O tym przekonały nas kolejno Halloween zabija i Halloween. Finał, jednak w przypadku requelu filmu Williama Friedkina jakość realizacji technicznej wcale nie jest tak dostrzegalna. Ponownie to rezultat gubiącej niekonsekwencji. W pierwszej połowie filmu, a także paru innych scenach, udaje się całkiem wiernie odtworzyć chłodny i rzeczowy styl pierwszego Egzorcysty. Co jakiś czas pojawiają się nieoczywiste zagrania montażowe czy ciekawsze kadry. Nie ma to jednak znaczenia, gdy atrakcyjne wyskoki nie układają się w spójny pomysł inscenizacyjny na narrację. W efekcie szybko idzie zapomnieć o tych lepiej zaaranżowanych momentach, a odbiorca jest cyklicznie odrzucany brakiem charakteru wizualnego. To nic innego jak popłuczyny po trylogii Halloween, a nawet po dziełach lepszych twórców, takich jak John Carpenter czy przytoczony wcześniej James Wan. 

Gordona Greena musiało niezwykle bawić odwracanie i przekształcanie wzorcowych schematów. Wszakże taka konstrukcja akcji powinna być środkiem do celu, a nie intencją samą w sobie, która zadowoli wyłącznie autora. W filmie o tak grobowo smętnym tonie jak Egzorcysta: Wyznawca pasuje to jak pięść do nosa. Zdolny reżyser nawet z takiej dysharmonii mógłby uczynić zajmujący popis wyobraźni. W takim przypadku jak tutaj nie zdaje się to na nic i jest pusto brzmiącym elementem układanki, której nie mamy ochoty układać. Przekręty zaproponowane przez scenarzystów dobrze mogą wyglądać na papierze, a w praktyce wywołują co najwyżej westchnienie. Wywrócenie oczekiwań widza do góry nogami nie ma siły oddziaływania, gdy nie stoi za tym logiczny sens wtedy niezamierzenie przyjmuje formę naprawdę żenujących scen. Postacie są przez reżysera wykorzystywane jako figury, pozwalające wyłącznie na rewizjonistyczny antagonizm względem archetypicznych tropów. Brakuje skupienia, koncentracji w przyglądaniu się ich losom i wiarygodności. Nie pomogą nieźli aktorzy, zmuszeni do wypowiadania kuriozalnych, ciągnących się w nieskończoność dialogów, pokracznie rozpostartych wokół wzniosłych tez. W ten świat przedstawiony, wbrew tytułowi, po prostu się nie wierzy.

Z tych wszystkich wybujałych ambicji twórcy, uderzających w kompletnie niepasujące do siebie tendencje, wynika chyba największa wada Egzorcysty: Wyznawcy. Ten film zwyczajnie nie trzyma w napięciu. Scenarzyści mieli zaledwie kilka stałych konstytutywnych składników na skonstruowanie tej historii. W ułożeniu z nich zajmującej fabuły pogubili się w sposób nadzwyczaj rażący. Linia fabularna jest budowana skokowo i fragmentarycznie bez ciasnego spięcia tego wciągającą atmosferą beznadziei i nieustannego lęku jak w oryginale. Finał nie jest już w stanie niczym pobudzić widza; nie ma tej  ciasnoty i grozy kultowych scen filmu z 1973 roku. Quentin Tarantino w jednym z wywiadów przyznał się, że nie byłby w stanie nakręcić tak stonowanego, gęstego filmu jak Egzorcysta Friedkina właśnie. Greenowi tej pokory zwyczajnie zabrakło.

Egzorcysta: Wyznawca próbuje oszukać publikę, że oferuje kilka świeżych pomysłów, jednak to zupełna mistyfikacja. Realizacja kompetentnego, solidnego filmu okazała się tutaj planem drugorzędnym. Główną ambicją było otwarcie nowej trylogii (już na kwiecień 2025 roku zapowiedziany jest The Exorcist: Deceiver) i bezbarwne pochwalenie się posiadaniem praw do marki przez studio Blumhouse. Oto zdecydowanie najgorszy i najmniej zabawny horror w reżyserii Davida Gordona Greena. Wciąż lepiej obejrzeć początek Obecności 3: Na rozkaz diabła, gdzie ekipa realizacyjna przez chwilę najskuteczniej rozumiała aurę stylu Friedkina, a jeszcze lepiej wrócić do dwóch poprzednich, kultowych straszaków od Jamesa Wana.

Maciej Kujawski

Maciej Kujawski

Student filmoznawstwa na Uniwersytecie Łódzkim. Miłośnik westernu, filmu noir, horroru, filmów gangsterskich, samurajskich i o sztukach walki. Jego przygoda z kinem zaczęła się wraz z otrzymaniem kolekcji filmów Alfreda Hitchcocka na DVD. Wciąż jednym z jego ulubionych filmów jest „Psychoza” z 1960 roku. Uwielbia mieć własne zdanie i dyskutować na przeróżne tematy. Oprócz uprawiania kinofilii, amatorsko fotografuje przyrodę, czyta klasyczne powieści, kolekcjonuje i gra w gry planszowe.

zobacz inne artykuły autora >>>

REKLAMA