Recenzje
DUŻY. Hanks na życzenie
DUŻY. Hanks na życzenie to urokliwa, zabawna baśń o magii świąt, która rozczula serca i dostarcza życiowych prawd w stylu lat 80.
Jest coś takiego jak magia świąt. I jest też magia lat 80., kiedy te święta również miały jakby nieco większe znaczenie. Czym objawia się ona w obu tych przypadkach? Żeby się o tym przekonać, warto sięgnąć po tę uroczą i jakże zabawną baśń familijną od Penny Marshall. Co prawda mający już na karku trzydziestkę film nijak nie łączy się z Bożym Narodzeniem, gdyż akcja toczy się tu wczesną jesienią, lecz perfekcyjnie wpisuje się w jego rodzinny nastrój, sprzedając życiowe prawdy lepiej od słynnego Kevina.
Wyprodukowany przez 20th Century Fox scenariusz, który wyszedł spod ręki siostry Stevena Spielberga, Anne, nie jest jakoś wielce oryginalny (aczkolwiek w takiej właśnie kategorii był nominowany do Oscara). W swoim podstawowym założeniu przypomina takie hity, jak Zakręcony piątek czy jego męski odpowiednik, pochodzące z tego samego roku Vice Versa (z innym, telewizyjnym Kevinem w obsadzie). To historia Josha Baskina – przeciętnego amerykańskiego dwunastolatka, który marzy o tym, żeby wszyscy traktowali go serio i dojrzale (tyczy się to także pewnej dziewczyny, w której się buja).
Pewnego dnia trafia w wesołym miasteczku na dziwną, starą maszynę, która ma ponoć spełniać życzenia. Josh wypowiada jedno z nich – chce być duży. I choć tak naprawdę nie wierzy on w podobne bzdury, a na myśli miał raczej coś mniej dosłownego, to następnego ranka taki się właśnie budzi – potężny, owłosiony i o twarzy Toma Hanksa. Spełnienie marzeń? Jasne, że tak. I oczywiste, że niedziałające w pełni.
To ciekawe, że do głównej roli przymierzano pierwotnie Harrisona Forda i Alberta Brooksa, którzy już wtedy wydawali się do niej za starzy. Podobnie jak Robert De Niro, lecz on – szczęśliwie dla nas i dla Toma – zażądał sobie zbyt dużej gaży. Oglądając gotowy film, trudno sobie wyobrazić kogoś innego od Hanksa. On sam jeden wystarczy za powód, żeby czym prędzej ów film obejrzeć – jest to jedna z jego najlepszych i najbardziej szczerych ról, a przy tym chyba też ta najbardziej zabawna i szalona.
Hanks, który całkowicie oparł się na obserwacji zachowania swojego filmowego, młodszego „ja”, Davida Moscowa, jednym gestem, miną czy słowem potrafi rozbawić do łez i sprawić, że nawet najbardziej lodowate serce stopnieje.
Zupełnie nie dziwi, że Hanks został za tę rolę po raz pierwszy w karierze nominowany do Oscara – podobnie jak w kategorii scenariuszowej, Duży przegrał z Dustinem Hoffmanem i jego Rain Manem – oraz zgarnął Złoty Glob dla najlepszego aktora. To w końcu jeden z tych przypadków kreacji, w których na ekranie widzimy postać, nie aktora. Łatwo uwierzyć, że jest to dzieciak „uwięziony” w dorosłym ciele. Podobnie jak łatwo jest ulec jego bezpretensjonalnej naturze. Naiwnej i czystej u swoich podstaw, lecz właśnie przez to tak mocno zarażającej spojrzeniem na świat.
Wraz z Hanksem dosłownie dorastamy, choćby do odpowiedzialności. Lub też cofamy się do czasów beztroski – tutaj osiągającej nieco… większy rozmiar, bo oprócz zajadania lodów i prostych wygłupów dostęp do gotówki i zatrudnienie w fabryce zabawek zapewnia Joshowi całą masę superowych rzeczy (wliczając w to wielkie, podłogowe pianino, którego popularność przekuła się po latach w grę Piano Wizard). A wszystko to oczywiście w rytm obowiązkowego montażu do skocznych nut.
Poza Hanksem mamy tu też sporo świetnych ról drugoplanowych (Elizabeth Perkins, Robert Loggia, Jon Lovitz, Mercedes Ruehl, John Heard), na czele z bardzo dobrymi debiutami Moscowa i Jareda Rushtona (najlepszy kumpel, Billy), który po całkiem obiecującym początku kariery porzucił aktorstwo na rzecz kapeli rockowej. Fani serialu Przyjaciele z pewnością uśmiechną się również na widok sekretarki dorosłego Josha.
Od strony warsztatu również nie można filmowi nic zarzucić. Ma zgrabne ujęcia Nowego Jorku w obiektywie Barry’ego Sonnenfelda, jeszcze sprzed jego reżyserskiej kariery, i rewelacyjną muzykę Howarda Shore’a, który wszak z kinem familijnym nie zwykł się kojarzyć, a tu wysmażył jedną z najbardziej przystępnych i porywających swoich prac. Jest fajny klimat beztroski, świetny humor i odrobina nostalgii. No i jest Tom Hanks. Wszystko to spowite piękną, baśniową atmosferą, która zachwyca od pierwszych minut. I generalnie to świetna historia dla dorosłych dzieci i dojrzałych maluchów, która wciąga za każdym razem, nadaje się do oglądania w każdych warunkach i przy każdej okazji. Wspominałem już o Hanksie?
Swego czasu on i jego, ekhm, Duży hit – letni, żeby nie było – bez problemu porwali publikę i przy śmiesznym budżecie opiewającym na 18 milionów dolarów, film zarobił ich aż 151 na całym świecie, plus kolejne 53 melony wpływów z wypożyczalni. Tym samym Penny Marshall została pierwszą reżyserką, której film przekroczył sto milionów dolarów zysku. I co ty na to, współczesne, sfeminizowane i płaczące o równość płac Hollywood? Pewnie nic, bo do tego filmu naprawdę trudno się przyczepić. Jest co prawda odrobinę ckliwy i naiwny w niektórych kwestiach, ale nigdy nie przekracza pewnych umownych granic.
Z pewnością zestarzał się również w kwestii technicznej – brak komórek, klockowate komputery z zielonymi ekranami czy większość pozornie superzabawek stanowi swoisty testament swoich czasów, dziś wywołujący raczej uśmiech politowania (i duże oczy u kolekcjonerów). Ale naprawdę nie ma to żadnego znaczenia. Czemu?
Bo Duży należy właśnie do tej magicznej grupy filmów powstałych w zamierzchłej epoce prawdziwej rozrywki – takiej z duszą, której wiek się nie ima. W czasach jakby prostszych i bardziej przejrzystych, kiedy to nikt nie bił piany o procent reprezentacji na ekranie poszczególnych klas, ras, płci, kultur i religii, a fabuły nie sprowadzały się do epatowania światopoglądem oraz poprawnością polityczną. W dekadzie, w której ludzie patrzyli sobie w oczy, a nie w czarne lustro, nikt nie obrażał się o najmniejsze pierdoły i nikt nikogo nie zwalniał za sprośne żarty czy znalezione w kosztu z brudną bielizną żółte karteczki wypełnione kontrowersyjnymi treściami.
Co się natomiast liczyło, to szczerość przekazu, charyzmatyczni, pozytywni bohaterowie, ciekawa historia oraz umiejętność jej opowiadania i serce w nią włożone. I co jak co, ale zwłaszcza tego ostatniego Dużemu nie brakuje. To autentyczna magia kina zamknięta w zgrabnych dwóch godzinach seansu.
Dlatego też tak dobrze sprawdza się w ramach świątecznego okresu. Jego finał nieskąpany jest w tonach śniegu (którego zresztą obecnie w zimie zdaje się brakować), lecz w wolno opadających, żółtych liściach i zamiast białego puchu mamy – o zgrozo! – całkowicie białą obsadę. Niemniej wspomniane już serducho wespół z nienachalnie przemycanymi prawdami o życiu, podskórne dobro filmu, płynąca z ekranu zdrowa zabawa, wciągająca i zarazem nieprzesadzona przygoda, życzliwość oraz miłość idealnie wpisują się w rodzinny repertuar pokrzepiających do życia produkcji z, mimo wszystko, happy endem.
Tak jak wspomniany Kevin sam w domu czy Opowieść wigilijna, tak i tour de force Hanksa pozostaje tytułem ponadczasowym. Filmem, który zabiera nas ponownie do lat młodości, przystępnie ukazując również problemy świata dorosłego, na który jednocześnie zdaje się wręcz krzyczeć: zostawcie te bzdury! Pamiętajcie o tym, co naprawdę się liczy! I, nade wszystko, nie zapominajcie, kim jesteście! Nie zapominajcie, co wam w duszy gra! To przecież takie proste – być sobą, być dużym. Być jak Tom Hanks.
PS Na domowym rynku, poza okazjonalnymi wydaniami cenzurującymi słowo „fuck”, istnieją dwie wersje filmu – kinowa oraz wypuszczona po latach rozszerzona, która zawiera aż 26 minut nowego materiału. Zabrakło w nim niestety pierwotnego zakończenia, które porzucono po próbnych pokazach. Niesłusznie, bo moim zdaniem stanowi ono idealne dopełnienie całości. W rzeczonym finale Josh zauważa w klasie nową dziewczynkę, w której rozpoznaje Susan – jak się okazuje poprosiła ona o dokładnie odwrotne życzenie, niż wyraził wcześniej Josh, i teraz będzie mogła razem z nim ponownie dorosnąć.
PPS A jeśli ktoś ma chęć, to TUTAJ może przeczytać scenariusz filmu.
