Recenzje
DOBRY NIEMIEC
W filmie DOBRY NIEMIEC George Clooney odkrywa mroczne tajemnice powojennego Berlina, gdzie przeszłość splata się z trudnymi wyborami.
W czasach II wojny światowej określenie „dobry Niemiec” używane było w dwójnasób. Przede wszystkim w koszarach, gdzie przed Dniem D uczono kadetów, że „dobry Niemiec to martwy Niemiec”. Była to też nazwa mitycznego „ostatniego sprawiedliwego” po drugiej stronie barykady – tego jedynego Szkopa, który rzekomo był niewinny okropnościom wojny spowodowanymi przez jego naród; nieświadomy Holocaustu i nie popierający polityki Hitlera i jego świty. Aluzją do obu tych mian jest właśnie tytuł filmu Stevena Soderbergha i oba znajdują niejako ujście w jego fabule, w której motywem przewodnim jest wina oraz konsekwencje dawnych akcji bądź ich braku.
Rok 1945, wojna w Europie jest już wygrana przez aliantów. Zbliża się konferencja w Poczdamie – rosyjskiej strefie Berlina, do którego przylatuje między innymi korespondent wojenny Jake Geismer (George Clooney). To nie jest jego pierwsza wizyta w tym przeklętym, z wolna odbudowującym się mieście, więc tylko kwestią czasu jest fakt spojrzenia przeszłości w oczy. Okazuje się nią oczywiście kobieta, Lena Brandt (Cate Blanchett w roli pierwotnie szykowanej dla Kate Winslet) – Niemka, która po śmierci swojego męża-naukowca marzy jedynie o ucieczce na Zachód, do czego potrzebne są jednak stosowne dokumenty.
Pomóc jej w tym ma jej obecny kochanek, Tully (Tobey Maguire) – wybuchowy cwaniak, który nocą dorabia sobie na kontrabandzie z Rosjanami, a za dnia jest… kierowcą Jake’a. Z czasem na jaw zaczynają wypływać kolejne rewelacje…
Jeśli wojna to piekło, to co następuje po niej?
Jednym z takich haseł reklamowano całą produkcję studia Warner Bros. Produkcję niecodzienną, bo choć nakręconą w roku 2006, to w całości stworzoną w duchu lat 40. poprzedniego stulecia. Lubujący się w formalnych eksperymentach twórca bez konkretnego stylu, jakim Soderbergh z całą pewnością jest, tym razem wystylizował swój film aż do przesady. Pozbawienie ruchomego obrazu kolorów i użycie archaicznego formatu 4:3 (a konkretniej ciut szerszego 1.66:1 – na potrzeby współczesnych projektorów wyświetlanego w kinach ostatecznie na kopiach 1.85:1 z czarnymi pasami po bokach) było jedynie formalnością, na której bynajmniej nie poprzestano.
Zdjęcia powstały zatem w całości w dekoracjach studyjnych Los Angeles, za pomocą dokładnie takiej samej techniki, która była dostępna w tamtych czasach, wliczając w to duże mikrofony zawieszone wysoko na kranach, oldskulowe soczewki kamer oraz oświetlenie. Nie omieszkano sięgnąć zarówno po ówczesne logo Warnera, jak i charakterystyczną dla starego kina tylną projekcję, na którą złożył się niewykorzystany materiał ze Sprawy zagranicznej Billy’ego Wildera. Zastępujący tym razem stałego współpracownika reżysera – Davida Holmesa – kompozytor Thomas Newman poproszony został o napisanie rozbuchanej ścieżki dźwiękowej w stylu Złotej Ery Hollywood, kiedy to sukcesy święcił jego sławny ojciec, Alfred (za co film otrzymał jedyną nominację do Oscara).
Sferę audio ubarwiono dodatkowo piosenkami z epoki – w tym wypadku były to słyszane w klubach Somebody Else Is Taking My Place Boba Ellswortha i spółki oraz You’re Some Pretty Doll Clarence’a Williamsa.
Także aktorzy zmuszeni byli stworzyć nieco wyolbrzymione, bliższe teatralnym kreacje z wyraźnie wypowiadanymi kwestiami, które nieobytemu widzowi wydać mogą się przeszarżowane lub nawet karykaturalne. Blanchett mocno wzorowała się zresztą na grze i akcencie takich ikon, jak Marlena Dietrich czy Ingrid Bergman. Wizualnie, jak i fabularnie, nawiązano przy tym między innymi właśnie do legendarnej Casablanki (której wpływ widać już na gustownym plakacie w stylu retro) oraz Trzeciego człowieka. Co zaskakujące, jak na ugrzecznione kino powstałe po roku 2000, zrezygnowano przy tym z ciążących na filmach z lamusa restrykcjach podyktowanych obowiązującym wtedy kodem.
U Soderbergha przez sto pięć minut czasu ekranowego uświadczymy zatem nieco nagości, krwi i przekleństw, za które przyznano filmowi kategorię R – obok nie najlepszej, grudniowej daty premiery, przypuszczalnie ostatni gwóźdź do finansowej trumny. Ta skąpana w mroku i podniosłości chwili, kosztująca całe 32 miliony dolarów laurka dla kina noir nie okazała się bowiem sukcesem na miarę późniejszego, przyjaznego widzowi i zabawnego Artysty, zarabiając w kinach na całym świecie zaledwie ułamek tej sumy.
Również przez krytyków film przyjęty został raczej chłodno, poza wspomnianą oscarową nominacją, przynosząc ostatecznie twórcom jeszcze tylko podobne wyróżnienie na festiwalu w Berlinie (również nie zamienione na statuetkę Złotego Niedźwiedzia).
Nietrudno domyślić się, że przyczyną takiego stanu rzeczy jest przede wszystkim próba sprzedania publiczności podróbki. Kopia to co prawda najwyższej jakości, niemalże nie do odróżnienia od oryginałów, lecz bez większej wartości, nie mająca już tak naprawdę prawa bytu. O ile zresztą wspomniany Artysta bazował na specyficznej nostalgii, był przyjemnym w odbiorze – acz równie pustym – hołdem dla filmów niemych, o tyle Dobry Niemiec istotnie próbuje jednorazowo przywrócić kino noir do łask. Robi to jednak w zbyt dosłowny, w pełni poważny sposób – niekiedy wręcz wprost z przysłowiowym kijem w dupie.
Pomimo użycia starodawnych technik i narzędzi, pozostaje więc nadal trochę za bardzo wymuskanym reprezentantem współczesności. Ale też i trudno, żeby było inaczej, skoro całość oparto nie na znalezionym przypadkiem gdzieś w magazynie scenariuszu sprzed lat, lecz na XXI-wiecznej powieści Josepha Kanona o tym samym tytule (ponoć znacznie lepszej, niż gotowy materiał filmowy). Punkt wyjścia potrafi więc zaciekawić, a dzięki wprawnej realizacji nawet wciągnąć, jednak ten początkowy czar dość szybko pryska. Pozornie zagmatwana, w miarę solidna intryga z obowiązkową polityką w tle, okazuje się łatwa do przewidzenia, a mozolnie budowana dramaturgia niespecjalnie emocjonuje.
Scenariusz Paula Attanasio jest całkiem niezły, niemniej zabrakło w nim duszy. A twórcy nie potrafili bardziej zaufać widzowi, kolejne rewelacje wykładając mu niekiedy wręcz łopatą. Te wyjaśnienia w dodatku jedynie tylko komplikują odbiór, sprawiając na przykład, że bohater Clooneya – grany przez niego zresztą i tak trochę od niechcenia, chociaż aktor bez problemu nadrabia prezencją – jawi się jako niezbyt rozgarnięty, mocno naiwny gość. Jedne wątki wrzucane są do historii na zasadzie wygodnych rozwiązań, podczas gdy inne nie potrafią w ogóle wybrzmieć (casus na przykład totalnie obojętnego, a przecież w założeniu przejmującego zakończenia, w którym poznajemy całą, niewygodną prawdę).
Steven Soderbergh – odpowiedzialny również za piękne zdjęcia i dobry montaż (stworzone kolejno pod pseudonimami Peter Andrews i Mary Ann Bernard) – ma w dodatku problem z utrzymaniem poziomu swojego dzieła. To miejscami bezbłędnie trzyma w napięciu i ma niezłe tempo, to innym razem bywa zatrważająco płaskie, za oczywiste, zbyt suche. Mimo krwi pozbawione mięsa – a mimo bluzgów, pazura. Za mało energiczne, za bardzo zachowawcze. Efektowne w formie, lecz nie efektywne w realizacji, ogółem nawet ciekawie uzupełnionej narracją trójki głównych gwiazd.
Jak nietrudno się domyśleć, z tegoż tria najlepiej wypada Blanchett, która wygrywa dla siebie praktycznie każdą scenę. To ona najmocniej przykuwa do ekranu, pozostając do końca najbardziej naturalnym elementem tej skrzętnie przygotowanej ułudy. Australijska róża potrafi w dodatku dorównać urokiem i wyraźnie unoszącym się w powietrzu erotyzmem swoim wielkim poprzedniczkom. W starciu z nią panowie obnażają tylko swoje warsztatowe braki – Clooney jedynie dobrze wygląda w mundurze (i to nawet wtedy, kiedy co chwila dostaje po pysku), a Tobey wyraźnie nie radzi sobie ze starą szkołą aktorstwa, jedynie w paru chwilach potrafiąc zgubić swoją pajęczą komiksowość. Szczęśliwie obu często ratuje solidny drugi plan (a w nim m.in. Beau Bridges, Robin Weigert czy Leland Orser).
A jednak, mimo całej powyższej litanii mankamentów, Dobry Niemiec potrafi się na kilku płaszczyznach obronić – nawet jeśli tylko w postaci jednorazowego seansu. To ambitna próba spojrzenia przez postać znienawidzonego wroga na Dobrego Amerykanina – działającego w imię wyższego dobra, gotowego na wszystko, samozwańczego namiestnika pokoju, który w starciu z prawdziwym zagrożeniem sili się na łatwe kompromisy, kupcząc życiem innych (czego dowodem chociażby pamiętne dla nas wyniki Poczdamskiego zjazdu).
Takim kompromisem jest poniekąd i film Soderbergha, który wziął na siebie ryzyko chwilowego wskrzeszenia trupa, jakby zapominając o zasadności stwierdzenia, że „takich filmów już się nie robi”…
korekta: Kornelia Farynowska
