Recenzje
COP LAND
W filmie COP LAND Sylvester Stallone odkrywa nowe oblicze, łącząc kryminał z emocjonalnym dramatem w nietypowej roli.
Druga połowa lat 90. przyniosła wiele znaczących zmian na Hollywoodzkim firmamencie gwiazd. Z jednej strony nastała nowa jakość w kinie akcji, z drugiej obrodziło w kamienie milowe na polu sensacji i kryminału. W dodatku do głosu zaczęły coraz mocniej dochodzić efekty specjalne, komputery oraz adaptacje komiksowe. No i moda na postmodernistyczne zabawy à la Quentin Tarantino. Herosi znani z poprzedniej, radosnej dekady musieli się w tym wszystkim jakoś odnaleźć.
Pierwszy był Arnold Schwarzenegger, który swe poważniejsze oblicze z sukcesem zaprezentował już w obu częściach Terminatora (scena ze sztucznym uśmiechem z T2 wciąż należy do małych perełek jego filmografii), a następnie żartował ze swojego wizerunku w Bohaterze ostatniej akcji i Prawdziwych kłamstwach. Ale to Sylvester Stallone wygrał serce widowni i krytyki, kiedy po całej serii artystyczno-finansowych niepowodzeń, zwieńczonych groteskowym Sędzią Dreddem porzucił nie tylko rozbuchane widowiska, ale i mięśnie na rzecz ambitnego występu w rewitalizacji westernowej klasyki.
Co prawda scenariusz Cop Land, autorstwa samego reżysera Jamesa Mangolda, jest w pełni oryginalny, lecz po prostu nie da się nie zauważyć w nim mocnej inspiracji słynnym W samo południe Freda Zinnemanna. Oczywiście debiutant osadził akcję swojego filmu współcześnie, w dodatku daleko od prawdziwego Dzikiego Zachodu, bo w Wielkim Jabłku i graniczącym z nim stanem New Jersey (gdzie też i całość nakręcono) – a dokładniej w nieistniejącym miasteczku Garrison. Fabułę wypełnił również wieloma ważnymi detalami, które już w zarodku zabijają wszelkie podejrzenia o plagiat. Niemniej sedno historii jest w obu filmach dokładnie takie samo, a jej finał to sprawna wariacja na temat nieśmiertelnej produkcji z Garym Cooperem.
Jego miejsce zajmuje tutaj właśnie Stallone. Jako szeryf Freddy Heflin zmuszony jest w tytułowej krainie gliniarzy – miejscu pełnym różnego sortu policjantów, również tych skorumpowanych – samotnie walczyć o prawo i sprawiedliwość, gdy zachodzi taka potrzeba. Na co dzień traktowany przez wszystkich raczej z góry, jako pocieszny „krawężnik”, który przez swoją nadwagę i problemy ze słuchem robi bardziej za lokalną maskotkę i bezpiecznego figuranta, niż jakikolwiek autorytet – tym jest będący cichym „burmistrzem” miasteczka Ray Donlan (jak zawsze solidny Harvey Keitel).
Oczywiście Freddy w stosownym momencie pokaże jemu oraz wszystkim pozostałym, ile naprawdę jest wart (oraz gdzie raki zimują). Różnica polega na tym, że nie pomoże mu żona, bo tej nie ma, zatem i o prawdziwy happy end trudno. Jego zwycięstwo, okraszone obowiązkowym odjazdem „w stronę zachodzącego słońca”, też okaże się czysto iluzoryczne…
Rzecz jasna rozbieżności pomiędzy oboma tytułami jest znacznie więcej. O intrydze, jakkolwiek w miarę przewidywalnej, nie powinno się jednak pisać zbyt dużo, bowiem kończący właśnie dwadzieścia lat (!!) film Mangolda – który w kolejnej dekadzie nakręcił pełnoprawny western i zarazem faktyczny remake klasyki (15:10 do Yumy) – posiada kilka asów w rękawie, które mogą zaskoczyć. I Sly, który na potrzeby roli przytył aż 18 kilo oraz zrezygnował z gwiazdorskiej gaży, jest tylko jednym z nich.
Imponuje w sumie cała reszta obsady, na którą, prócz wyżej wymienionych panów, składają się takie sławy, jak: Ray Liotta (również nieco przy tuszy – zresztą pierwotnie chciał rolę Stallone’a, a Stallone jego), Robert De Niro, Peter Berg, Robert Patrick (z mega wąsem!), Michael Rapaport, Annabella Sciorra, Noah Emmerich, Cathy Moriarty oraz, również w niecodziennej dla siebie roli, Janeane Garofalo i weteran John Spencer, dla którego był to jeden z ostatnich występów kinowych. W epizodach widzimy też charakterystyczne twarze Franka Vincenta, Edie Falco, Roberta Johna Burke’a, Tony’ego Sirico, Johna Domana (Prawo ulicy) czy… rapera Method Mana, dla którego była to dla odmiany jedna z pierwszych prób aktorskich.
Co ciekawe, to nie jedyny muzyk w tym filmie, bowiem w dłuższej o ponad dziesięć minut wersji reżyserskiej filmu bez trudu dostrzeżemy również… Debbie Harry, czyli słynną Blondie. W końcu nie można zapomnieć także o jednym z etatowych gangsterów Hollywood, Arthurze J. Nascarellim. Wcielający się tutaj w jednego z zaufanych ludzi Raya aktor był niezmiernie ważnym ogniwem całego projektu, gdyż zanim zdecydował się spróbować swoich sił przed kamerą, przez dwadzieścia lat służył w policji nowojorskiej (a jeszcze wcześniej należał do marines), zatem mógł nadzorować autentyzm filmowej wizji Mangolda.
Rzecz jasna ta wizja wciąż pozostaje umowna na wielu płaszczyznach. Dość napisać, że już choćby mundury szeryfa i jego świty nie mają przełożenia na rzeczywistość, w której tego typu barwy nosi się w służbie prawa i owszem, ale… na południu USA. Podobne niuanse pomagają jednak tylko budować westernową otoczkę całej historii. Tak samo, jak czyni to charakterystyczny dla gatunku podział na poszczególne miejsca i przynależności bohaterów.
Jest zatem leżące w centralnym punkcie miasteczka biuro szeryfa, jest odpowiednio oddalona, stojąca na wzgórzu posiadłość Raya, jest bar (saloon), w którym tętni całe życie towarzyskie, a Heflin może sobie w wolnej chwili popykać na automacie… Zabójczej broni 3; są mniejszości etniczne, z którymi „biali osadnicy” mają problemy… Są też w końcu przybysze z „zewnątrz”, z wielkiej metropolii – w tym wypadku ironicznie osadzonej tuż po drugiej stronie rzeki, a więc będącej dosłownie na wyciągnięcie ręki, a zarazem jakże odległej, stanowiącej kompletnie inny świat.
Atmosfery dopełnia delikatna, nieinwazyjna i smutnie liryczna, ale w odpowiednich momentach niezwykle dramatyczna i posępna muzyka Howarda Shore’a, który zgrabnie połączył typowe dla westernu brzmienia z używanymi często podczas policyjnych uroczystości dudami; oraz nastrojowe, skąpane przede wszystkim w mroku zdjęcia Erica Alana Edwardsa, kadry którego dopełniono w postprodukcji niewidocznym CGI. Oczywiście wszystko to poszłoby na marne, gdyby nie solidnie skonstruowany scenariusz Mangolda – pełen niuansów, które wynoszą tę z pozoru błahą i mało oryginalną opowieść na wyższy poziom.
Jak to jednak zwykle bywa, nie jest to film całkowicie pozbawiony wad. Te jednak znajdziemy głównie w kinowej wersji filmu, gdzie inaczej zmontowane sekwencje, w nieco inny sposób rozłożone akcenty oraz brakujące elementy układanki wprowadzają kilka niejasności i niekiedy – jak w finale – podważają logikę wydarzeń. Sporo tu klisz, schematów oraz niewykorzystanego potencjału – zarówno w kwestii zgromadzonych na planie nazwisk, jak i samej historii, ostatecznie trochę błahej, niewybrzmiewającej w końcówce odpowiednio mocno względem ciągłej podbudowy napięcia, które nagle po prostu sobie ulatuje.
Nieco po macoszemu potraktowano również dwa dość ważne dla historii wątki: miłosny oraz rasowy. Idę o zakład, że gdyby Cop Land kręcono dzisiaj, ten ostatni z pewnością zostałby wyolbrzymiony aż do przesady. Więc może to i dobrze, że u Mangolda jedynie ubarwia świat przedstawiony. Wątek miłosny z kolei, podobnie jak cały film, nie grzeszy świeżością i na dobrą sprawę wydaje się zbędny, ale został naprawdę ładnie odegrany, nie przesłodzony. Zresztą, jak wspominałem, w przeciwieństwie do W samo południe, tu nie ma miejsca na szczęśliwe zakończenie, w którym – parafrazując jedną z padających na ekranie kwestii – wszyscy z uśmiechem trzymają się za ręce i śpiewają We Are the World.
Można się zatem domyślać, czemu krytycy kręcili po premierze nosem, a cała produkcja nie doczekała się żadnych ważniejszych laurów. Wszyscy zgodnie chwalili co prawda poświęcenie Stallone’a (nagroda na festiwalu w… Sztokholmie), ale gdyby nie on, to cały projekt przeszedłby w prasie zapewne bez większego echa. Szczęśliwie, pomimo kategorii R, twórcy odbili sobie w box offisie i na domowym rynku – acz i to głównie dlatego, że cała produkcja zamknęła się w zaledwie dziesięciu milionach zielonych (choć niektóre źródła mówią o piętnastu). Nie można zresztą napisać, że wiek się Cop Landowi przysłużył, bo nawet dziś 20-letni debiut Mangolda zbiera mieszane, często wielce powściągliwe opinie.

Chwila rozluźnienia na planie
Nie zmienia to jednak faktu, że film ten starzeje się niczym dobre wino i smakuje wprost wyśmienicie. Być może ambicje faktycznie nieco go zjadły, ale i tak jest on jednym z nielicznych przykładów na to, że aby nakręcić dobry western, wcale nie trzeba wydawać fury pieniędzy na stylowe cofanie się w czasie. Poza tym nawet bez oglądania się na gatunkową przynależność jest to po prostu bardzo dobre kino. Może nie aspirujące do miana klasyki samej w sobie, ale jak najbardziej klasyczne.
korekta: Kornelia Farynowska
