search
REKLAMA
Recenzje

CIEŃ I KOŚĆ. Świat fantasy chwyta za karabiny

Odys Korczyński

24 kwietnia 2021

REKLAMA
Po znakomitym Wiedźminie i Umbrella Academy Netflix nie odpuszcza, jakby na przekór ogólnej tendencji, zgodnie z którą popularność fantasy w kinie spada, a tę tematykę zastępuje fantastyka naukowa w przeróżnych konfiguracjach, nawet tej obyczajowej. Pełnometrażowych produkcji spod znaku magii i miecza kręci się niewiele w porównaniu z science fiction. Może więc szansa na odrodzenie gatunku kryje się w odpowiednio dopracowanych serialach takich jak Cień i kość?

Od dziecka słyszałem od miłośników literatury, że science fiction i fantasy są gorszymi jej odmianami. Nigdy nie rozumiałem, skąd ta niechęć. Czytałem wszystkie książki, niezależnie od gatunku, te wielkie i te małe. Nigdy nie zauważyłem, żeby jeden gatunek wyróżniał się szczególnie gorszą jakością języka i treści. No, może z romansami mam najmniejsze doświadczenie, więc co do tego aż taki pewny akurat nie jestem. Sądzę jednak, że te negatywne opinie były spowodowane raczej uprzedzeniem do tematu, a nie obiektywną oceną wartości literackiej. Wydaje się, że ostatnie 15 lat zarówno w literaturze science fiction, jak i filmie przyniosły zmiany. Stało się tak za sprawą m.in. rozwoju techniki, starań młodszego pokolenia pisarzy o to, żeby ich książki gatunkowe nie były aż tak klasyczne, oraz kina odważnie eksploatującego ten temat i łączącego go z różnymi innymi gatunkami wypowiedzi filmowej. Dzisiaj bardziej zaczyna doceniać się fantastykę naukową, rzec by można – uznaje się ją za mądrzejszą, niż się do tej pory wydawała. A fantasy?

Z pewnością jeden model opowieści spod znaku magii i miecza się wytarł, przejadł i nie ma szans przetrwać w dotychczasowej formie. Trzeba mu nadać nowe ramy, zmodyfikować konwencję. W pewnym sensie zrobił to serial Wiedźmin, ale jeszcze zbyt mało odważnie. Przetrwał w tym niechętnym fantasy świecie nie dzięki swojej jakości (co jest niepodważalną jego zaletą), lecz legendzie stworzonej przez gry komputerowe. Żeby uratować gatunek dla przyszłych pokoleń widzów i czytelników, potrzeba iść dalej, tak jak zrobiła to Leigh Bardugo, a Netflix wraz grupą niezależnych twórców sprawnie przełożył na serial.

Co dokładnie oznacza to pójście dalej? Przede wszystkim rezygnację z miecza, zepchnięcie magii na drugi plan, co nie oznacza jednak powierzenia jej marginalnej roli, zrobienie przestrzeni dla ogólnie pojętego rozwoju świata, wprowadzenie do niego elementów techniki itp. Otrzymaliśmy więc mieszankę science fantasy, steampunku z urban and war low fantasy. Dzięki temu świat fantasy narysowany w Cieniu i kości stał się całkiem obszernym miejscem do zaprezentowania charakterów postaci, a jest ich naprawdę sporo. M.in. to zarzucają krytycy literaturze gatunkowej, że kuleje w niej psychologia, jest zbyt prosta, poświęcona enigmantyczności zaklęć, mitów, nieracjonalnych wytłumaczeń itp. Serial Cień i kość jest inny. Od początku niemal przytłacza odbiorcę mnogością chociażby nazw. Ciałobójcy, zmrocze, griszowie, druskele, lwy za dychę, rawka zachodnia, wschodnia, wolkry, szkwalnicy, akwatyczki i piekielnicy, a przy tym wielokulturowy świat z licznymi odniesieniami do naszego Wschodu i Zachodu. W pierwszym odcinku można się pogubić. W drugim jest już lepiej, gdyż np. wątki Kaza Brekkera i Aliny Starkov zaczynają się łączyć. Dla niektórych, zwłaszcza tych, którzy nie znają literackiego pierwowzoru, może być to spore utrudnienie. Zachęcałbym jednak do chociaż odrobiny wysiłku. Świat Cienia i kości wciąga, zarówno ten miejski, pełen kupieckiej mafii, jak i dworski, nawiązujący do carskiej Rosji, oba podszyte magią wspomaganą XIX-wieczną technologią.

Ta nazbyt skomplikowana treść bez żadnych wyjaśnień jest drobną rysą na całości produkcji. Nie powinno być tak, że zostawia się widza samemu sobie, żeby wrzucony na głęboką wodę świata przedstawionego albo utrzymał się na powierzchni, albo poszedł na dno jak kamień. Na dodatek ta mnogość nazw, relacji i kulturowych odniesień została połączona z wątkiem obyczajowym, który z jednej strony jest właśnie owym wyjściem w gatunku fantasy do widza do tej pory niezainteresowanego tym klimatem, a z drugiej może zniechęcić tzw. twardych fanów.

Faktycznie, niekiedy jest nieco zbyt melodramatycznie, a inicjacja głównej bohaterki przebiega dość niemrawo, przez co na pewnym etapie obiecująca „władczyni światła” przemienia się w rozmamłaną nastolatkę, która nie wie, czego chce. Oczekiwanie na koniec czwartego odcinka, nim się coś konkretnego wydarzy, jest przeciągnięte, przez co Alina (Jessie Mei Li) traci sporo charyzmy. W ogóle prezentacja inicjacji nowo odkrytej griszki trąci naiwnością, ale zapewne tak miało być, gdyż produkcja ma swój charakterystyczny rys młodzieżowy, mimo licznie obecnych scen przemocy. Często jest tak, że jeśli przekłada się na obraz rozterki uczuciowe bohaterów, zwłaszcza te związane z miłością, z powodu koniecznego uproszczenia stosowanego przez medium filmu stają się one pretensjonalne. Na dodatek podniosła muzyka, tęskne spojrzenia postaci – i kicz gotowy. Na szczęście nie ma tych momentów aż tak wiele, żeby czuć zażenowanie. Równie dobrze można je pominąć, skupiając się na intrydze, wzrastającym napięciu i przepięknej oprawie wizualnej.

Efekty specjalne stosowane są bez przesady, dyskretnie. Współtworzą one świat kunsztownie zaprojektowany pod względem scenografii, kostiumów, zdjęć, muzyki, montażu. Przyznam się, że wizualna lektura Cienia i kości sprawia przyjemność. Momentami nawet zazdrościłem, że Wiedźmin nie miał takiej oprawy wizualnej. Czuć, że Netflix wyciąga wnioski z krytyki, wychodzi naprzeciw oczekiwaniom, rozwija się w kierunku prawdziwych superprodukcji serialowych pokroju tych tworzonych np. przez HBO.

Ocena 8 dana jest przeze mnie trochę na wyrost. Drugi sezon może przecież wszystko zepsuć. Odzwierciedla ona jednak świeżość Cienia i kości. Poza wciąż dzisiaj stosunkowo rzadkim podejściem do fantasy serial jest przebogatą galerią osobowości. Odzwierciedla to, jak bardzo ludzie są różni, począwszy od wieloreligijności, a skończywszy na multiseksualności. Cieszy to, że we współczesnej kinematografii przykładowo relacje homoseksualne traktowane są jako zwykła część rzeczywistości, która nie służy żadnej usilnej indoktrynacji. Tą refleksją więc chciałbym was zachęcić do seansu.

Odys Korczyński

Odys Korczyński

Filozof, antyteista, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu w wydaniu Slavoja Žižka, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz reklamowym. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA