Seriale TV

THE UMBRELLA ACADEMY, SEZON 2. Totalna petarda, z jednym małym „ale”

Przykład jak powinno się robić kontynuacje

Autor: Gracja Grzegorczyk
opublikowano

Po świetnym pierwszym sezonie Umbrella Academy miałam dużo obaw względem kontynuacji. W większości przypadków więcej wcale nie znaczy lepiej, zaś totalna jazda bez trzymanki, jaką już na wstępie serii zafundowali nam twórcy, sprawiała, że nie miałam też wielkich oczekiwań w stosunku do sezonu drugiego. O tym, że premiera kolejnego sezonu odbędzie pod koniec lipca, dowiedziałam się przypadkiem, a cała akcja marketingowa przeszła gdzieś całkowicie obok mnie. I otwarcie się przyznaję, że wstyd mi, że nie wierzyłam w twórców sezonu drugiego, bo okazał się on totalną petardą, wypełnioną świetną muzyką, postaciami oraz zwrotami akcji nie gorszymi niż w niejednym hollywoodzkim filmie.

Uwaga na drobne spoilery!

Tym razem szóstka naszych bohaterów przenosi się w czasie, by zapobiec apokalipsie i ląduje w latach 60. Okazuje się jednak, że kolejny koniec świata wisi w powietrzu, więc dysfunkcyjna rodzina superbohaterów musi znów się zebrać, by mu zapobiec. Na ich drodze stanie jednak Kierowniczka, tajemniczy Szwedzi oraz Sir Reginard Hargreeves we własnej osobie.

Jeżeli chodzi o aktorstwo, to jest to zarówno mocny, jak i słaby punkt serii. Jej największa gwiazda Ellen Page wciąż jest tak beznadziejna w tej roli, że oglądanie jej jest bolesne. I choć zdaję sobie sprawę, że w pierwszym sezonie miała taka być, to dalej nie rozumiem, dlaczego aktorka kontynuuje budowanie swojej postaci na nijakości. Bo przecież grana przez nią bohaterka jest już świadoma swoich mocy, a mimo to jest do bólu przecięta, pozbawiona emocji i krzty osobowości. Z drugiej strony reszta aktorów wcielająca się w członków Umbrella Academy rozwinęła się aktorsko od poprzedniego sezonu. Prawdziwy prym wiodą tutaj Diego oraz Numer 5, którego uwielbiam ponad życie.

Diego zmaga się cały czas z kompleksem bohatera, który jest jeszcze bardziej widoczny w latach 60., gdy chce uratować Johna Fitzgeralda Kennedy’ego przed śmiercią. Z drugiej jednak strony widzimy jego osobiste zmagania z kompleksami na tle ojca, obsesją na punkcie ratowania prezydenta, która przesłania mu całkowicie wizję powrotu do domu, oraz rodzące się uczucie do dziewczyny równie pokręconej jak on. Tak dużo różnorodnych emocji dawno nie widziałam i wydaje mi się, że David Castañeda poradził sobie znakomicie, rozwijając swoją dość irytującą postać w jednostkę złożoną, która zmaga się nie tylko z traumą bycia w przemocowej rodzinie, ale także stara się stworzyć nową podstawową komórkę społeczną.

Ale prawdziwą petardą i objawieniem jest dla mnie Aidan Gallagher w roli Numeru 5, który tym razem nie hamuje się i prezentuje praktycznie cały warsztat aktorski, jaki ma do dyspozycji. Jest czarujący, cyniczny, szalony. Nie zapominamy przy tym, że to dorosły facet w ciele małoletniego chłopca, który jest też najlepszym zabójcą na świecie. Ten występ pokazuje, że ten młody aktor ma przed sobą ogromną wręcz karierę, o ile dobrze wykorzysta posiadane przez siebie atuty.

Ale wiadomo, bohaterowie są tak dobrzy, jak ich przeciwnik. Tym razem muszą mierzyć się z Kierowniczką, która powraca zza grobu i postanawia dokonać puczu, stając się najpotężniejszą kobietą na świecie. O ile ten wątek mnie nie porwał, o tyle pojawienie się tajemniczych Szwedów – morderczych trojaczków – było tym, na co czekałam za każdym razem. Są szaleni, nieprzewidywalni, totalnie pokręceni i nic nie jest w stanie ich zatrzymać, gdy są na misji. Sceny z ich udziałem to prawdziwe złoto. Więcej nie będę zdradzać. Tak jak w pierwszym sezonie główni przeciwnicy bohaterów – Hazel i Cha-Cha – byli jedynie przyzwoici, tak Szwedzi są naprawdę niesamowici.

Drugi sezon okazuje się lepszy pod praktycznie każdym względem od pierwszego. Czy to gdy chodzi o warstwę wizualną, czy o samą historię. Fabuła luźno bazuje na kolejnej części komiksowej serii, jednak z tego, co się orientuję, na potrzeby filmu została ona napisana właściwie całkowicie od nowa. W żaden sposób nie jest to wadą. Wręcz przeciwnie! Twórcy doskonale znają materiał źródłowy i swoje możliwości, dlatego tworzą historię idealnie skrojoną pod stworzony przez nich świat.

Jedyny problem, jaki mam z tym sezonem, to wątki dziejące się w latach 60. Nie zapominajmy, że mamy do czynienia z ludźmi skrzywdzonymi przez jedynego rodzica, jakiego znali, który traktował ich cały czas jako eksperyment. Fajnie byłoby zobaczyć, w jaki sposób wpłynęło to na ich życie w nowym środowisku, gdzie nikt nie wie o ich mocach i tak naprawdę zaczynają od zera. O ile miło jest patrzeć, jak Klaus zostaje – nomen omen – przywódcą sekty, o tyle wątek queerowy – który, jak rozumiem, miał imitować panujące nastroje w niektórych krajach – wydaje się wymuszony. Podobnie jak sytuacja Allison, która walczy o prawa czarnoskórych osób i pozostaje w szczęśliwym związku z przywódcą ruchu obywatelskiego. Zdaję sobie sprawę, że twórcy chcieli spojrzeć na ten okres w dziejach przez pryzmat obecnych wydarzeń. Ale szczerze powiedziawszy, coś jest z tymi wątkami nie tak.

Podobnie jak w pierwszej odsłonie kolejny sezon The Umbrella Academy prowadzi widzów krętą drogą pełną twistów fabularnych i kolejnych przeszkód. Samo zakończenie okazuje się z jednej strony niezwykle satysfakcjonujące, podczas gdy z drugiej daje widzowi poczucie ulgi, że kolejny sezon nie będzie opierał się ponownie na schemacie apokalipsa–Vanya–ratowanie świata. Zdajemy sobie także sprawę z tego, że każda, nawet najmniejsza decyzja może wpłynąć na przyszłość, o czym dobitnie przekonują się nasi bohaterowie. Sukces serialu polega jednak na tym, że potrafi on sprawić, że widzowie troszczą się o każdą z postaci, zaś urok rodziny Hargreeves wynika z tego, że jest ona dysfunkcyjna. Drugi sezon lekko zmienia dotychczasową formułę i sprawia, że jeszcze bardziej sympatyzujemy z bohaterami. Jak dla mnie to jedna z lepszych, o ile nie najlepszych propozycji Netflixa.

Ostatnio dodane