CICHA NOC, ŚMIERCI NOC 3: PRZYGOTUJ SIĘ NA NAJGORSZE. Aktorzy od Lyncha, tandeta zamiast śniegu

Seryjne horrory o zawężonych lub zdegenerowanych sequelami ambicjach znosi często w dziwne rejony. Pamiętacie, jak realistycznie rozpoczęta seria Piątek, trzynastego obrastała najpierw w wątki paranormalne (zmartwychwstania bohatera, starcie z dziewczyną o zdolnościach psychokinetycznych), aż w końcu Jason ze swą maczetą trafił w kosmos, gdzie próbował zasiec ludzi, roboty, próżnię i staranować statek kosmiczny? Podobny transfer spotkał demonicznego Karła, który w jedynce gnębił po ziemsku Jennifer Aniston, a w czwórce brylował na planecie Domina. Lub Michaela Myersa, który w trzecim Halloween zaskakiwał… swoją nieobecnością. Dziś zajmiemy się trzecią częścią świątecznego horroru Cicha noc, śmierci noc, która może nie odleci z Ziemi, ale na pewno zabiera serię w nowe, nieznane odmęty szlamu. To jeden z tych filmów czytanych przez Tomasz Knapika.
Jedynka opowiadała o Billym, który widział, jak Święty Mikołaj morduje jego rodziców. To doświadczenie zamieniło go w… psychopatycznego Świętego Mikołaja. W drugiej części – w połowie składającej się z retrospekcji z pierwszej – brylował jego brat Ricky, obciążony tym samym bagażem problemów. Jak pamiętamy, w końcówce filmu został bardzo poważnie postrzelony.
Ricky leży w szpitalu w śpiączce, a niejaki doktor Newbury pragnie, by niewidoma, ale obdarzona nadnaturalną mocą Laura – młoda i nieco zbuntowana – wniknęła do jego umysłu. Zbliżają się jednak Święta i dziewczyna chce wyjechać z bratem do babci. Nie wie, że Ricky, wyrwany ze snu przez pijanego Świętego Mikołaja, postanowi ruszyć jej śladem.
Podobne wpisy
Cicha noc… to tani obraz, wyprodukowany na rynek VHS. Nakręcił go Monte Hellman, który zrobił kiedyś kilka niebanalnych filmów, np. kapitalny western W poszukiwaniu zemsty z 1966 roku. Tu jednak reżyser przygotował rasowy paździerz, przejmując pałeczkę dyletanctwa po twórcach mocno deficytowej dwójki. Zacznijmy od Ricky’ego. Gra go inny aktor niż poprzednio, przy czym słowo rozpoczynające to zdanie zaczyna brzmieć dziwnie, gdy zestawimy je z tą iście „warzywną” kreacją. Ricky przypomina Frankensteina (monstrum, nie jego twórcę). Blady, z bliznami na twarzy, czasami coś bełkocze, czasami – dość sztywno – się porusza. Na głowie nosi przeszkloną kopułę z jakimiś elektronicznymi elementami; pod owym cudem widzimy mózg mężczyzny otoczony płynem w kolorze kompotu truskawkowego. Tenże Ricky, przyodziany jedynie w ową „czapkę” i fartuch szpitalny (obnażający jego nogi), postanawia ścigać Laurę na stopa, co idzie mu na tyle nieźle, że trafia na miejsce przed bohaterką. Nasz „bad guy” jest flegmatyczny i tępawy, a miseczka na głowie nie dodaje mu charyzmy, więc stanowi chyba jeszcze gorszy element niż ultradrewniak z dwójki, który przynajmniej miał ludzki szczękościsk i wytrzeszcz oczu. Motyw z grzebaniem w snach Ricky’ego stanowi nawiązanie do serii z Freddym Kruegerem, ale to pusty gest.
Zabawna jest wiara, jaką pokłada w Rickym doktor Newbury, który także – wraz z policyjnym wygą – ruszy śladem pacjenta. Otóż nasz medyk uważa, że w mózgu chłopaka kryją się odpowiedzi na pytania trapiące ludzkość. Czym są, jak je tam dojrzał i czy równie wiele dobra widziałby, badając umysł psa Pluto – bogowie raczą wiedzieć. Dość, że każe mu to odbywać bardzo poważne rozmowy z policjantem, których nie rozumiem, bo albo brakuje mi filozoficznego obycia, albo scenarzysta wjechał swą głową w swoją okrężnicę i tam utknął. Wtopiono także z główną bohaterką. Co z tego, że ma nadnaturalny dar, skoro korzysta z niego tylko w pierwszych scenach filmu, bawiąc w zagłębieniach mózgu Ricka (w którym, oczywiście, lecą retrospekcje z jedynki)? Potem, kiedy pojawi się zagrożenie, jest bezbronna jak pozostali. Laura miała chyba być wyobcowaną i wrażliwą postacią, ale idiotyczny scenariusz pozwala jej właściwie tylko ciągle krzyczeć (co w ogóle nie wychodzi aktorce). Pozostali bohaterowie także nie przekonują. Nie tylko zdają się ledwie zarysami postaci, ale dodatkowo robią wszystko to, co jest absurdalne, niebezpieczne lub pachnie samobójstwem. Równie nieszablonowo traktują świat uczuć. Kiedy Laura poznaje nową dziewczynę brata, tamta pyta szybko: „Jak zostałaś niepełnosprawna?”. Pewnie żeby przełamać lody. Pyszne, prawda? Aż dziw, że zobaczymy tu aktorów znanych z obrazów Davida Lyncha. Wspomniane wyżej pytanie pada z ust Laury Harring, kojarzonej z roli tajemniczej i dotkniętej amnezją Rity w Mulholland Drive. W filmie pojawi się też dwóch wykonawców z serialu Twin Peaks: Eric DaRe (grający przykutego do wózka Leo) i Richard Beymer (grający Benjamina Horne’a, właściciela hotelu). Obaj wypadają blado.
O tym, że są Święta, ledwo tu pamiętamy. Nie ma śniegu – oglądamy jakieś ciepłe rejony USA, gdzie wieczorem chodzi się w letniej kurtce narzuconej na koszulkę. Nie ma też sensu, grozy ani napięcia. Maniak – inaczej niż w dwóch pierwszych odsłonach serii – nie przebiera się za Świętego Mikołaja, a wydarzeń nie oglądamy z jego perspektywy. Trupów nie zabraknie, ale będą padały jak komary na wakacyjnym ognisku – bez pomysłu, bez znaczenia. Ekstrawagancji nie ma aż tyle, żeby smakosze tychże czuli się po seansie spełnieni.
Po co to oglądać? Przyznaję, że seans jest wysokiego ryzyka. Może jednak zadowolić tych, którzy mają zamiłowanie w konsumowaniu serii „przechodzących same siebie”. Trzeba przyznać, że każda Cicha Noc… jest inna. Łączy je tylko jedno: cyniczny skok na parę zielonych. Trójka to przykład obrazu tak oddalonego od źródeł, że patrzenie, jak czepia się ich cienkimi linkami z brudnych plastrów, daje sporo radości. Tak, przyznaję się, lubię takie kino. I uwielbiam, kiedy niezbyt mądre fabuły mutują na przestrzeni lat w jeszcze bardziej toksyczne cielsko, obdarzone dodatkowo podtytułami, które ujawniają prawdę i całą prawdę. Bawi mnie to znacznie bardziej, niż kiedy Predator zaczyna brylować w mieście, RoboCop latać i walczyć z Ninja, a Terminator próbuje robić cokolwiek, nad czym kontroli nie ma James Cameron. Wiem, że druga część Cichej nocy… uświetniła kiedyś lubelski pokaz Najlepsze z Najgorszych. Myślę, że ciekawym, a jednocześnie wypruwającym doświadczeniem byłoby zobaczenie ciurkiem całej serii, która w takich okolicznościach ujawniłaby całą swą niezborność i popapranie. I w ramach jakiejś masochistycznej tradycji za rok zaprezentuję wam czwórkę.
Bo to, co zrobił Monte Hellman, nie oznaczało końca dla Cichej Nocy… Oni czasem wracają… I czasem wracają… po więcej…