Recenzje
BERSERK (1997). Ekranizacja kultowej mangi
Wciągająca ekranizacja kultowej mangi, BERSERK, opowiada o Gutsie, wojowniku z tragiczną przeszłością, który stawia czoła swojemu losowi.
Autorem tekstu jest Hitori Okami.
„Nie liczy się nic poza snami, do których zmierzamy…”
Czy bohater posługujący się mieczem większym od niego samego może wywoływać coś więcej niż uśmiech politowania na twarzy? Okazuje się, że może także wzbudzać sympatię, i to pomimo bycia jednocześnie małomównym, zamkniętym w sobie, brutalnym gburem.
Serial Berserk stanowi dość wierną ekranizację pierwszych trzynastu tomów mangi pod tym samym tytułem, autorstwa Kentaro Miury. Mangi nie byle jakiej, bo kultowej, i to nie tylko ze względu na zawartą w niej treść i jakość rysunku, ale również długość ukazywania się – nieprzerwanie od listopada 1990 roku aż po dziś dzień (a końca nie widać). Emisja pierwszego i ostatniego odcinka praktycznie zgrały się w czasie z publikacją czternastego i piętnastego tomu, przez co fani anime mogli zaraz po zakończeniu seansu śledzić ciąg dalszy historii, z którą zapoznali się w telewizji. Nie ulega wątpliwości, że był to dobry chwyt marketingowy, który zareklamował komiks na cały świat, zapewniając mu na lata kolejne rzesze fanów.
Główna postać dramatu – Guts – to bohater bajroniczny. Jego młodzieńcza przeszłość naznaczona została traumatycznymi przeżyciami (chociaż w anime i tak mniej traumatycznymi, niż w mandze, gdzie Guts zostaje sprzedany pedofilowi przez swojego opiekuna i brutalnie zgwałcony), zaś jego aktualne losy wypełniają czyny co najmniej dwuznaczne moralnie. Guts sprawia przy tym wrażenie jakby mordował kolejnych wrogów zupełnie bezrefleksyjnie, wręcz dla zabawy – jak zwierzynę. Są jednak powody, by przypuszczać, że jest to tylko poza twardziela i ucieczka do przodu. Gdyby Guts zaczął rozpamiętywać swoje czyny i to, czego doświadczył, niechybnie zwariowałby, jak nie przymierzając. .. Ale za dużo bym w tym momencie zdradził.
Telewizyjny Berserk rozpoczyna się niejako od końca (a z punktu widzenia wydarzeń przedstawionych w mandze – od środka), w związku z czym przez resztę seansu czekamy z zapartym tchem na odpowiedź, jak doszło do utraty lewej ręki i prawego oka przez naszego protagonistę. I wraz z rozwojem fabuły wzrasta u widza poczucie niedowierzania, że coś mogłoby pójść nie tak, bo przecież „Bandzie Jastrzębia” dowodzonej przez skądinąd genialnego Griffitha wszystko się udaje. Natomiast właściwa historia opowiedziana w anime zaczyna się w momencie, w którym Guts decyduje się przystąpić do bandy najemników, która toczy walki po jednej ze stron „odwiecznego” konfliktu, w fikcyjnej krainie, skrojonej na miarę średniowiecznej Europy z przełomu XV i XVI wieku. Właśnie takie umiejscowienie akcji w czasie sugeruje również pierwowzór głównego bohatera – Götz von Berlichingen, legendarny niemiecki rycerz, który nosił żelazną protezę przedramienia.
Guts oddaje się pod rozkazy Griffitha bez przekonania i właściwie z musu, przegrywając z nim pojedynek, w którym stawką były jego usługi na rzecz „Bandy Jastrzębia. Ale w gruncie rzeczy sam najlepiej zdaje sobie sprawę z tego, że i tak nie ma nic lepszego do roboty i może chociaż fascynujący Griffith sprawi, że jego życie przestanie być puste i bezcelowe. Griffith w serialu pełni de facto rolę drugiego protagonisty (chociaż w mandze jego postać przechodzi burzliwą ewolucję i przemianę w wyniku której powstaje Femto – alter ego Griffitha i najzacieklejszy wróg Gutsa zarazem). Piękny (celowo unikam określenia „przystojny”) i zabójczo inteligentny, posiada wszelkie cechy ku temu, żeby zrealizować swoje wielkie marzenie i wywalczyć sobie własne królestwo. Pomimo delikatnej powierzchowności, dzięki której z łatwością zdobywa sympatię płci pięknej (i nie tylko), posiada on niemałą charyzmę i mir pośród swoich kompanów, nie wyłączając Gutsa.
Miłosny trójkąt bohaterów dopełnia wojownicza Caska, która pełniła rolę pierwszego oficera aż do momentu przystąpienia Gutsa do bandy. Zazdrosna o pozycję zajmowaną przez Gutsa w grupie i o sympatię, jaką darzy go Griffith, notorycznie wdaje się z Gutsem w utarczki słowne. Co i raz formułuje pod jego adresem kolejne pretensje i obarcza winą za wszelkie niepowodzenia, zrzędząc mu bez przerwy nad uchem, niczym prawdziwa kobieta, której zresztą wcale nie chce przypominać. Właśnie kobiecość jest cechą, której Caska najbardziej się wstydzi, ponieważ pragnie być silna jak mężczyźni i postrzegana przez mężczyzn jak „jeden” z nich. Dlatego nie może wybaczyć Gutsowi politowania (graniczącego z lekceważeniem), z jakim ten odnosi się do niej z uwagi na słabość jej płci.
Właśnie powyższe trzy główne postacie stanowią o sile Berserka – postacie o wyrazistych osobowościach i mrocznej przeszłości, których losy śledzi się z zaangażowaniem i szczerą troską – uczuciami zarezerwowanymi zwykle tylko dla grona najbliższych przyjaciół. Ponadto intrygująca (dosłownie i w przenośni) fabuła z pogranicza dark fantasy (w serialu tylko gdzieniegdzie pojawiają się wątki fantastyczne) wciąga i nie pozwala oderwać się od seansu. Co prawda dla niektórych widzów odstręczający może okazać się wysoki poziom zawartej w tym anime brutalności (chociaż i tak stonowany w stosunku do wydarzeń przedstawionych a mandze).
Dla innych zaś, znudzonych już przesłodzonymi familijnymi produkcjami spod znaku PG, liczne „pełnokrwiste” sceny walki będą zaletą i miłą, oczyszczającą odmianą. W końcu w greckich tragediach o katharsis właśnie chodziło.
Nie sposób jednak ocenić serialu w oderwaniu od mangi, na podstawie której powstał, a na tym tle ekranizacja wypada poprawnie, aczkolwiek bez rewelacji. Najsłabszą stroną Berserka jest zdecydowanie grafika. Co prawda sama kreska wypada bardzo dobrze, ale animacja pozostawia bardzo wiele do życzenia. Od pierwszego odcinka rzuca się w oczy „oszczędność”, z jaką twórcy rysowali poszczególne sceny. Często są to wręcz nieruchome plansze z podłożonymi odgłosami świstu strzał czy chrzęstu oręża. Również żaden z licznych pojedynków nie rzuca na kolana swoją choreografią – o zwycięstwie prawie za każdym razem decyduje wyłącznie brutalna siła Gutsa.
Podobnie bitwy nie prezentują się zbyt okazale, zwłaszcza biorąc pod uwagę dzisiejsze standardy w tego rodzaju produkcjach. Widzowie nastawieni na wizualne atrakcje pokroju Sengoku Basara srodze się zawiodą. Trudno też pochwalić serial za ścieżkę dźwiękową. Muzyka, owszem, występuje, ale jej największą zaletą jest to, że nie przeszkadza w oglądaniu. Niczego bardziej pozytywnego nie da się o niej powiedzieć.
Biorąc pod uwagę, że ani animacja, ani muzyka niewiele wnoszą w stosunku do mangi, a poza tym serial został niejako ocenzurowany i pozbawiony kilku istotnych wątków, to sytuację ratują tylko bardzo dobrze podłożone głosy, a w szczególności Nobutoshiego Kanny w roli mrukliwego Gutsa. Dlatego też fanom komiksu, chociaż mogą poczuć się nieco rozczarowani tym, co zobaczą na szklanym ekranie, powinno oglądać się Berserka z przyjemnością. Natomiast pozostali widzowie, wstrząśnięci i jednocześnie zaciekawieni otwartym zakończeniem, z pewnością sięgną po mangę, by śledzić dalsze losy Czarnego Miecznika (*).
(*) W oryginale Black Swordsman. W języku polskim nie ma właściwego odpowiednika dla ang. swordsman. Słowo miecznik oznacza płatnerza lub urząd dworski, a fechmistrz jednoznacznie kojarzy się z szermierzem, a nie wojownikiem, który uzbrojony jest w miecz. Z kolei określenie rycerz zarezerwowane było zawsze dla stanu rycerskiego, do którego Guts z pewnością się nie zaliczał. Biorąc pod uwagę wszystkie za i przeciw, zdecydowałem się użyć słowa miecznik – w charakterze neologizmu i niejako zapożyczenia z języka angielskiego.
O mandze „Berserk” słów kilka.
Autor suplementu: Michał Włodarczyk.
Zachęcony pierwszym zwiastunem kinowego Berserka (2012) oraz recenzowanym przez kolegę serialem, postanowiłem sięgnąć po mangę. Historia Gutsa i Griffitha bardzo mnie wciągnęła, po trzech dniach doszedłem do ostatniego na dziś tomu…

Listę pochwał pragnąłbym zacząć od postaci, gdyż Miura świetnie je rozpisał i przez czarno-białe strony komiksu bezbłędnie poprowadził. Każdy z bohaterów, który się pojawia, posiada doskonale zarysowaną osobowość, a cały drugi plan konkretną głębię. Mnie do gustu przypadła szczególnie konstrukcja dwóch, jakże odmiennych od siebie, postaci kobiecych: Farnese oraz prostytutka Luca. Sama historia wciąga jak bagno, często zaskakuje zwrotami akcji, nakręca brutalnością, momentami rozbraja humorem (Puck rządzi). Jedyne „ale”, jakie mam do fabuły, to pewien schemat rodem z gier typu hack & slash, który wkrada się od momentu przybycia do miasteczka Jill, czyli niedługo po zakończeniu wydarzeń znanych z serialu.
Wygląda to trochę tak: Guts w punkcie A przyjmuje zadanie, mimo że miejscowa społeczność jest na „nie”. Dalej – załatwia mięso armatnie, ogrywa głównego przeciwnika, wraca do punktu A, gdzie zbiera pochwały, a następnie rusza do punktu B. Na szczęście niemal zawsze pojawia się jakieś urozmaicenie – swoją obecnością zaskoczy nas Skull Knight, odnajdziemy także informacje na temat Ręki Boga… Kształtująca się pod koniec opublikowanych jak dotąd tomów nowa „drużyna” Gutsa wydaje mi się pomysłem dość ryzykownym – wszak odmienna specjalizacja każdego z członków grupy budzi uzasadnione skojarzenia z grami jRPG.
Wątek ten ma jednak szanse się rozwinąć i pójść w dobrym kierunku. Wykonanie „Berserka” to w telegraficznym skrócie „cud, miód i orzeszki”. Widziałem kilka świetnie narysowanych i wydanych mang, ale TO, co się tutaj dzieje, ta szczegółowość i rozmach, to po prostu coś niesamowitego. Obok „Pluto” Naoki Urasawy i „Akiry” Katsuhiro Otomo, to najlepiej wykonana manga, jaką miałem przyjemność czytać.
Podsumowując, na pewno się nie zawiodłem i polecić mogę właściwie wszystkim, mimo kilku mankamentów na poziomie fabularnym. Epicka, wciągająca, brutalna i przepięknie narysowana historia. Szkoda, że nie wydano jej oficjalnie w Polsce.
Tekst z archiwum film.org.pl (19.11.2011).
