search
REKLAMA
Recenzje

BABILON. Śmierć i zmartwychwstanie [RECENZJA]

W „Babilonie” dekadencka zabawa trwa w najlepsze. Jednak każda balanga kiedyś się kończy.

Łukasz Homziuk

22 stycznia 2023

babilon recenzja
REKLAMA

Nie mam pojęcia, od czego zacząć, bo na przestrzeni ponad trzech godzin w Babilonie dzieje się tyle, że głowa mała. Nowy film Damiena Chazelle’a przypomina nieco jego własną wersję Pewnego razu… w Hollywood, a jeszcze bardziej wariację na temat Deszczowej piosenki, do której oko reżyser puszczał już przecież w La La Landzie. Stanley Donen i Gene Kelly zderzenie gwiazd kina niemego z przełomem dźwiękowym ubrali w formułę cudownie lekkiego technicolorowego musicalu.  Chazelle serwuje zaś monumentalną kobyłę, z początku energetyczną i zabójczo śmieszną, ale finalnie śmiertelnie poważną. W Babilonie rozpusta wylewa się z ekranu, trup ściele się gęsto – dekadencka zabawa trwa w najlepsze. Jednak każda balanga kiedyś się kończy.

Rok 1926. Willa pewnego producenta filmowego ugina się pod toną balonów, białego proszku i nagich lub półnagich ciał wijących się w rytm agresywnej i dzikiej, jazzowo-house’owej muzyki Justina Hurwitza (ściskam kciuki za trzeciego w karierze Oscara). Kamera tańczy z prędkością, która mogłaby przyprawić o zawrót głowy Martina Scorsesego, a montażowa sieczka momentami zbliża się do poziomu zawstydzającego nawet Baza Luhrmanna. Wśród gwiazdorskiego tłumu prominentne miejsce zajmuje aktor Jack Conrad (absolutnie wybitny Brad Pitt), wiecznie uganiający się za kobietami i alkoholami. Manny (świetny w pierwszej głośnej roli Diego Calva) przy balu jedynie pracuje i z zazdrością połyka spojrzeniem bawiące się szychy z Hollywood. Nikomu nieznana Nellie (wyrazista jak nigdy wcześniej Margot Robbie) przebojem wdziera się do rezydencji i podbija parkiet. Oboje marzą o wielkiej karierze i oboje dostają szansę od losu. Cała trójka głównych bohaterów nie spodziewa się jeszcze, że następne lata przyniosą prawdziwe trzęsienie ziemi w postaci dźwiękowych filmów i zaostrzających się represji wobec „niemoralności”.

Zanim przełom lat 20. i 30. przyniósł szereg regulacji ze słynnym Kodeksem Haysa na czele oraz wpisywanymi do kontraktów aktorów klauzulami moralności, fabryka snów była spowita atmosferą niepohamowanej swawoli. Słynna książka Hollywood Babylon Kennetha Angera aż roi się od ówczesnych skandali obyczajowych, w większości nieprawdziwych, ale współtworzących mit przewijających się w nich postaci. Nie mamy prawa sądzić, że Clara Bow faktycznie uprawiała grupowy seks z całą drużyną futbolową – jak twierdzi Anger – ale pierwsza it girl znana była z seksualnej rozwiązłości i twardego charakteru. Ponoć na niedwuznaczną propozycję producenta B.P. Schulberga odburknęła kiedyś, że spała ze wszystkimi oprócz niego. Chazelle chyba uważnie słuchał znakomitego podcastu Kariny Longworth You Must Remember This, w ramach którego autorka poświęciła serię odcinków na odkłamywanie mitów wykreowanych przez Angera. Nellie to niemal wykapana Bow, ale zamiast widzieć w niej tylko żądną przygód i nieprzejmującą się niczym nimfomankę, Chazelle woli poświęcić całą scenę na odwiedzenie jej matki w zakładzie psychiatrycznym, dodając postaci bardzo gorzki podtekst, z którym także prawdziwa Bow musiała mierzyć się całe życie.

Chociaż inspiracja nie budzi wątpliwości, Nellie nie jest Clarą Bow, tak jak Jack Conrad nie jest Johnem Gilbertem, a co najwyżej konglomeratem Gilberta, Douglasa Fairbanksa i paru innych, którym dźwięk zrujnował kariery. Świat Chazelle’owskiego Babilonu zamieszkują postaci fikcyjne, inspirowane autentycznymi, a także najprawdziwsi: producent Irving Thalberg czy pojawiający się na chwilę (i nie tak dawno temu przypomniani w Manku) William Randolph Hearst i Marion Davies. Trochę jak książka Angera, Babilon składa się z mniej lub bardziej pikantnych anegdot i plotek. Chazelle nie zatrzymuje się jednak wyłącznie na ekscesach, w żadnym razie nie interesuje go tabloidowe żerowanie na cudzych wzlotach i upadkach. Portretuje hollywoodzką machinę wraz z tragediami składających się na nią ludzkich trybików. Zagląda też za kulisy produkcyjne.

Gwar chaotycznego planu filmowego z 1926 roku kontrastuje z ciszą na planie jednego z pierwszych talkies. Póki Nellie trafi w miejsce oznaczone krzyżykiem i powie kwestię odpowiednio głębokim głosem, a nikt z pozostałej części ekipy nie przeszkodzi w nagraniu krystalicznego dźwięku, minie cała wieczność. Chazelle, który z taką żarliwością pokazywał trud bohatera Whiplash, nie byłby sobą, gdyby nie zwrócił kamery w stronę spoconych od wysiłku nóg Nellie. Praca na planie filmowym nie zawsze oznaczała sielankę – przypomina reżyser. Aby ograniczyć hałas maszyny, operator kamery siedzi w ściśle zamkniętym pudle i umiera z przegrzania. Wystarczy jedno cięcie montażowe i przenosimy się na bal, a baner głosi wszem wobec: „Niech żyje dźwięk!”. Ten genialny moment to cały film w pigułce. W Babilonie trwa wieczny karnawał podszyty tragedią, a śmierć jednych daje życie drugim.

W Deszczowej piosence czy Artyście Michela Hazanaviciusa dramat jednostek odsuniętych na boczny tor przez przełom dźwiękowy nie wybrzmiewa, bo w ostatecznym rozrachunku ustępuje miejsca zachwytowi nad nowymi możliwościami medium. Świat kina niemego zostaje sprowadzony do swego rodzaju ciekawostki. W Babilonie żywa miłość do sztuki filmowej (także tej współczesnej) idzie pod rękę z głębokim szacunkiem do jej osobistości, które dawno odeszły w cień. Jack Conrad jest postacią tragiczną w pełnym znaczeniu tego słowa. Jeśli bohaterowie Chazelle’a zawsze wypruwają sobie żyły, by sprostać poprzeczce postawionej przez nich samych niebotycznie wysoko, to Conrad uosabia ostateczny upadek. Zmierza na samo dno i nie ma dla niego żadnej powrotnej drogi na szczyt. Musi uznać upływ czasu i kapryśność losu. Ale czy można pogodzić się ze swoim własnym końcem?

W najlepszej scenie Babilonu Conrad ostatni raz podejmuje rękawicę. Ściera się z dziennikarką, która napisała paszkwil na jego temat. W odpowiedzi na swoje dąsy słyszy, że takich rozmów będzie w przyszłości ze sto, bo on czy ona nic nie znaczą. Ale na koniec dostaje kilka słów otuchy: „Za sto lat ktoś włoży taśmę do urządzenia i znów będziesz żył”. Tym kimś jest Damien Chazelle, który zrobił film może nieco chaotyczny i gubiący po drodze kilka ciekawych, pobocznych wątków, ale jednak piękny, zespalający w jedno refleksję o trwałości sztuki i ludzkiej przemijalności. Kino jest bodaj najdoskonalszym wehikułem czasu, jaki mamy do dyspozycji. Dzięki niemu możemy zatrzymać przy sobie osoby odchodzące w niepamięć. Chazelle, Pitt czy Robbie to właśnie czynią w Babilonie: oddają cześć artystycznym przodkom, na których trupach swoje kariery budują kolejne pokolenia hollywoodzkich gwiazd.

Łukasz Homziuk

Łukasz Homziuk

Student wrocławskiego kulturoznawstwa, laureat konkursu krytycznofilmowego Krytyk Pisze (2022). Da radę obejrzeć wszystko, choć zwykle woli arthouse od Marvela.

zobacz inne artykuły autora >>>

REKLAMA