Connect with us

Recenzje

ARMIA CIEMNOŚCI. Groovy

W ARMII CIEMNOŚCI. GROOVY Ash z piłą w ręku staje do walki z demonami w średniowiecznym szaleństwie pełnym czarnego humoru i absurdalnych przygód.

Published

on

ARMIA CIEMNOŚCI. Groovy

Uwaga, kult! Trzecia odsłona legendarnej serii o człowieku, którego przeznaczeniem stała się batalia z demonami. Przed wami postać niewiele mniej ikoniczna niż Indiana Jones czy John McClane. Podobno jego one-linery użyte w szkole, pracy czy na randce pomagają pokonać wszelkie trudności, a dodatkowo jest to chyba najsympatyczniejszy gbur i pyszałek, jakiego dało nam kino. Wielu widzów zaczęło swą przygodę z serią właśnie od tej części, wydanej na kasetach przez Vim. I przeżyło zauroczenie – gejzer dzikich pomysłów, czarnego humoru, sceny urągające ziemskiej logice i komiksowy sznyt całości wjeżdżały głęboko w świadomość.

Advertisement

Ten tytuł – wraz ze zbliżoną stylistycznie i metrykalnie Martwicą mózgu udowodnił milionom, że kino może być gówniarskie, infantylne i popaprane tak bardzo, że widzowi odparowują z głowy szkoła, nauczyciele i autorytety, a pozostaje uczucie frajdy.

Po tym, jak Asha Williamsa wciągnie tajemniczy wir, trafia z chatki w lesie do średniowiecza. Tam zostaje wzięty za wybawcę, który – zgodnie z przepowiednią – powstrzyma złe siły panoszące się po okolicy. Ma ze sobą obrzyna (zwanego później Boomstick), piłę łańcuchową i auto. Ma też dość ścierania się z nieumarłymi i chce tylko wrócić do swoich czasów. Ale ktoś musi zetrzeć zło na proch…

Advertisement

Pierwsza część Martwego zła była tanim autorskim horrorem kilku młodych zapaleńców z reżyserem Samem Raimim i aktorem Bruce’em Campbellem na czele. Film był mrocznym horrorem z groteskowym klimatem. Druga część, będąca właściwie rebootem jedynki, wymieszała grozę z komedią. W Armii ciemności Raimi rozszerzył konwencję jeszcze wyraźniej. Po pierwsze, wyszliśmy wreszcie z chatki w lesie. Po drugie, rzucił bohatera w przeszłość. Po trzecie, korzystając z nowej scenerii, zaproponował widzowi konwencję fantasy i kina przygodowego z elementami grozy, ale wszystkie te elementy splótł tak grubą komediową siecią, że nic tu nie jest serio.

 Dostaliśmy mniej gore, za to akcja rwie do przodu naprawdę zdrowo, a większy niż dotychczas budżet zapewnił coś, co można nazwać epickim oddechem. Oczywiście Sam Raimi raczej parodiuje motywy kina kostiumowego czy rycerskiego, niż się nimi naciera, ale nie da się ukryć, że w porównaniu z kameralną jatką poprzednich części mamy tu bogactwo inwentarza – od większej liczby bohaterów po sceny plenerowe czy batalistyczne, a nawet romans. Reżyser nadał opowieści bardziej konwencjonalny ton, niż to bywało wcześniej. I chociaż nadal mamy tu sporo groteskowych ujęć czy dzikich jazd kamery, z lubością wrzynającej się w rozwrzeszczaną twarz Asha, to dominuje rześki, ale zrównoważony styl kina przygodowego.

Advertisement

Jednak to nie zarzut. Stylistyczne przesunięcie odświeżyło serię (ile można siedzieć w chatce?) i przeniosło zabawę w nowy, zaskakujący wymiar. Sprawiło też, że każdy odcinek Martwego zła ma inny smak, co jednak nie unieważnia spójności tego świata. Powiem więcej, cechą wewnętrzną serii jest ciągłe gmeranie w jej bazowych elementach. Raimi i tym razem panuje doskonale nad materiałem, ale jego wizja nie mogłaby zaistnieć z takim sukcesem, gdyby nie druga niezbędna składowa. Bruce Campbell – bo o nim tu mowa – urodził się, żeby trzebić zło piłą łańcuchową.

I nie dziwię się, że rola Asha uwięziła go w zamkniętym kręgu tanich, niekiedy dziwacznych filmów z kosmitami, maniakalnymi gliniarzami czy Xenami. Widzicie go w Avatarze czy Incepcji? Aktor ze swoją plastelinową twarzą – przystojną, ale eksplodującą dzikimi mimicznymi skurczami – jest Jimem Carreyem horroru. Pamiętacie, z jakim zaangażowaniem tłukł w dwójce naczynia na swojej głowie albo zanosił się dzikim śmiechem wraz z opętanymi porożami?

Advertisement

To aktorstwo jak młot pneumatyczny. Campbell nadal jest ekspresyjny, żarliwy i gniewny. Kiedy pije wrzątek, żeby „podlać” buszującą mu w trzewiach krasnoludzią wersję siebie, i proponuje jej złośliwym głosem łyczka, czuć, że wszędobylskie zło – chamskie i natarczywe – doprowadza go już do szału. Kiedy znudzony rozmową prosi średniowieczną dziewkę o „trochę słodyczy”, wiemy, że bohater konsumuje życie nie małymi kęsami i z chusteczką przy wardze, ale mlaszcząc i klepiąc się po brzuchu. Ash to grubiański bufon – marudny, elvisowaty z wyglądu macho o autorytarnym głosie, potrafiący też gderać jak Kaczor Donald.

Z ostrym podbródkiem i ostrym nosem oraz ciałem skłonnym do spazmów wszelkiej maści, przypomina raczej postać z komiksu niż świata trzech wymiarów. Nie jest to bohater z krwi i kości; raczej z odpadów popkultury. Ale Campbell ożywia ten twór i napełnia witalnością oraz ironią. Poza tym wszystkie głupawo-śmieszne teksty Asha aktor zamienia w czyste złoto; nie wyobrażam sobie, by robiły taką robotę, padając z ust innego wykonawcy. Bohater ewoluował przez wszystkie trzy części – najpierw był przestraszonym facetem, który potyka się o własne nogi, potem… tylko ciut bardziej poskładaną do kupy wersją tej pierwszej. W Armii ciemności staje się herosem – szemranym, ale jednak – i poprowadzi przeciw umarlakom swoje wojska.

Advertisement

Sceny batalistyczne w Armii ciemności to czysta przyjemność dla widza. Fakt, że jesteśmy w stanie zaangażować się w walkę ludzi z bandą narwanych, dowcipkujących kościotrupów, stanowi zasługę Raimiego. Reżyser nie traci tu żadnej okazji, żeby wstrzelić się z kolejnym gagiem, ale też dba o to, żeby starcie pozostało efektowne i trzymało się konwencji bitew kinowych. Raimi mógł sobie na to pozwolić, bo budżet filmu był wielokrotnie większy (producentem był legendarny Dino De Laurentiis) niż jego zasoby przy wcześniejszych produkcjach.

Stąd też muzyka Josepha LoDucy (jeden utwór skomponował też Danny Elfman) jest znacznie bardziej rozbudowana i epicka niż w poprzednich odsłonach i mogłaby ilustrować dowolne kino historyczno-przygodowe lat 90.

Advertisement

Efekty specjalne są… wspaniałe. Zarówno charakteryzacja potworów, jak i animacja poklatkowa. Spotkałem się w Internecie z opiniami, że wszystko tu jest tanie, sztuczne i kiczowate. Błąd, jak powiedziałby Arnold Schwarzenegger. Wszystko tu jest takie, jakie ma być. Nie kiczowate, lecz pomysłowo używające elementów kiczu celem stworzenia barwnej, spójnej i zachwycającej rzeczywistości. Efekty specjalne w Armii ciemności nawiązują do tanich horrorów czy filmów przygodowych z animacjami Raya Harryhausena, stanowiąc smakowity wyraz hołdu dla estetyki retro.

Mamy tu kino bardzo świadome, umiejętnie rozkładające akcenty i pełne niezapomnianych kadrów (spójrzcie tylko na niesamowity gotycki młyn, w którym Ash przyszpili kilka wyjątkowo namolnych umarlaków!). A może kogoś drażnią błędy logiczne? Że język średniowieczny nie dość średniowieczny? Może ktoś zauważy trzeźwo, że sztuczną rękę, która będzie poruszać palcami, trudno zrobić, kiedy jest się przeniesionym do ciemnych wieków pracownikiem marketu? Warto wyłapać wszystkie błędy i wysłać Raimiemu; może w następnym tytule zatrudni jakichś noblistów w roli konsultantów.

Advertisement

W stosunku do bardziej ekscentrycznych pierwszych części ten odcinek to skręt w stronę mainstreamu. Ale inteligentny, na własnych zasadach. Raimi to wizjoner i pasjonat horroru; zrobił film zupełnie przypałowy, pozornie kojarzący się z wyziewami dla przygłupów. Ale pod woalką bezmyślnej zgrywy kryje się list miłosny do popkultury i żywe mięso mocnej kinowej tkanki. Lubię ten film za to, że nie próbuje być subtelny.

Że wszystko tu warczy, wyje i rzęzi. Armia… wykuwa przesadę do czerwoności. I zaspokaja eskapistyczne potrzeby, wciągając widza w świat, w którym wszystko może się zdarzyć, a bryzgająca jucha, czerstwe teksty, opętańczy śmiech, fruwające agresywne księgi i surrealne lokacje są na porządku dziennym.

Advertisement

Obraz można spotkać w kilku różnych wersjach, różniących się dość znacząco. Polecam zapoznać się przede wszystkim z dwoma zakończeniami – tym narzuconym przez producentów i wariantem preferowanym przez reżysera. Oba mają swój urok, choć zdecydowanie wolę drugą opcję – zabawniejszą i mroczniejszą jednocześnie. To ostatnia „dzika” produkcja Raimiego, który potem podążył bardziej typowym, hollywoodzkim szlakiem (choćby seria Spider-Man). Jednak nie ostatnia przygoda z Ashem.

Po tym, jak powstał niedawno serial o dalszych losach tępiciela demonów, wciąż powraca temat kinowej kontynuacji Armii ciemności. Groovy, jak mówił Duke Nukem, kultowy zabijaka ze świata gier komputerowych. Ale za to, że ukradł ten tekst z ust Asha, powinien dostać piłą po twarzy.

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *