Connect with us

Publicystyka filmowa

NAJCIEKAWSZE wersje REŻYSERSKIE – TOP 11 DIR CUT

Dzięki ponownemu „zajrzeniu” do swoich filmów i wprowadzeniu przeróbek, reżyserzy dokonują małego cudu dając światu obraz ciekawszy, niekiedy ze zmienionym zakończeniem i sensem.

Published

on

NAJCIEKAWSZE wersje REŻYSERSKIE - TOP 11 DIR CUT

Taika Waititi, twórca m.in. najlepszego filmu MCU Thor: Ragnarok, czy znakomitego Jojo Rabit, powiedział jakiś czas temu, że reżyserskie wersje to nic dobrego, do bani, i że choć materiału ma pod dostatkiem, nie zrobi nigdy wersji reżyserskiej Thora: Miłości i gromu, bo film ma aktualnie mocną strukturę, którą mogłyby zepsuć dodatkowe sceny. Bodaj od czasu podstawówki, kiedy to szkolny łobuz kazał mi oddać kanapkę, a ja nie chciałem mu oddać kanapki, tak bardzo się z kimś nie zgadzałem! Szanuję Waititiego za to, że dał nam świetne filmy pełne humoru na najwyższym poziomie, ale bądźmy szczerzy.

.. nic nie dałoby rady jeszcze bardziej popsuć Thora: Miłości i gromu. To m.in. przez ten tytuł mam dość kina superbohaterskiego.

Advertisement

Częściowo się jednak z Waititim… zgodzę, bo reżyserskie wersje filmów to faktycznie czasami nic szczególnie dobrego, ot ciekawostka lub zwykły skok na dodatkową kasę. Bo albo dodano za dużo, przeszarżowano z pewnymi wątkami i wypaczono pierwotny sens filmu (Leon, Amadeusz), albo dzieło przemontowano cholera wie po co (Sin City), lub dodane sceny rozwlekały metraż jak muchę w smole (Tańczący z wilkami, Avatar) często nie wnosząc do fabuły niczego sensownie ją rozbudowującego (Lśnienie, Tombstone, Zabójcza broń). A w przypadku takiego RoboCopa Verhoevena dostaliśmy jedynie rozbudowaną scenę egzekucji Alexa Murphy’ego, i Eda-209 dłużej robiącego tatar z tego kolesia w siedzibie OCP.

Niektóre wersje reżyserskie / znacznie rozszerzone powstają nie z fanaberii reżysera, lecz, jak to było w przypadku świetnych dir cutów Drużyny pierścienia, Dwóch wież i Powrotu króla, z konieczności, gdyż kinowe filmy po prostu nie mogły być dłuższe; bądźmy poważni, widzowie nie wytrzymaliby 3,5 – 4 godzin bez siku. Ale bywa, i o takich przypadkach będziemy tu mówić, że dzięki ponownemu zajrzeniu do filmu i dokonaniu kilku przeróbek – tu dodać tam ująć – reżyserzy dokonują małego cudu (Ty nie George’u Lucasie!) dając światu obraz ciekawszy, spójniejszy,  częstokroć lepszy od oryginału, a niekiedy nawet zmieniający jego zakończenie i/lub ogólny wydźwięk.

Advertisement

Przed Wami 11 najciekawszych przykładów na to, że Taice Waititi’emu, głoszącemu, że WSZYSTKIE Dir Cuty są do bani, chwilowo odjechał peron. Poniższe zestawienie to, co ciekawe, zmontowany od nowa, skompilowany materiał z archiwum film.org.pl i prowadzonego przeze mnie ongiś działu DIR CUT, takie… wersje reżyserskie starych tekstów! Autorem opisu Terminatora 2 jest Adrian Szczypiński, natomiast Obcy: Decydujące starcie i Obcy^3 są autorstwa Adama Łudzenia – dziękuję kolegom za możliwość ich wykorzystania. Reszta opisów jest mojego autorstwa, nazywam się Rafał Donica i zapraszam do lektury.

11. Obcy^3, reż. David Fincher, 1992

Wersja rozszerzona, poza niezliczoną ilością zmian, poprawek, cięć oraz dodanych nowych scen i ujęć, niesie ze sobą istotną zmianę – rodziciela potwora! Tutaj Obcy wychodzi z wołu; psa w Alien 3 – Special Edition (bo tak reżyser nazwał swoją wersję reżyserską) nie uświadczymy nawet przez sekundę. Inną mega ciekawą zmianą jest więzień Golic odgrywający tym razem niezwykle istotną rolę w fabule  – m.in. przychodzi pod wielkie drzwi za którymi uwięziony jest Obcy, i podrzyna gardło więźniowi pilnującemu pomieszczenie. Następnie szalony Golic otwiera drzwi i wypuszcza potwora na wolność,  a sam oczywiście zostaje przez Obcego zabity.

Advertisement

To i cały ciąg zdarzeń z Golicem w roli głównej, naprawia spory błąd braku spójności w wersji producenckiej – tam ostatni raz widzieliśmy Golica w izolatce podczas ataku Obcego na Clemensa, a potem gdzieś zniknął; zupełnie nie było wiadomo co się z nim stało. Teraz widać, jak ważną był postacią. W wersji reżyserskiej inaczej przedstawiono też kwestię Bishopa II. W edycji kinowej nie do końca było wiadomo, czy jest to człowiek czy android (czerwona krew mogła być jedynie zabiegiem mającym na celu zmylenie Ripley). W wersji rozszerzonej reżyser wyraźnie daje do zrozumienia, że Bishop II jest człowiekiem, co widać w scenie, gdy ten ranny patrząc na zakrwawioną rękę mówi przejmującym głosem: „Nie jestem androidem.

..” W wersji rozszerzonej Ripley dłużej zastanawia się przed skokiem do pieca, a gdy w końcu skacze… Obcy NIE wychodzi z jej klatki piersiowej! Moim skromnym zdaniem to jedyna zmiana w wersji reżyserskiej zdecydowanie na gorsze. O niebo lepsza i bardziej tragiczna była znana z wersji kinowej wersja z nowonarodzoną Alien Queen rozrywającą klatkę piersiową głównej protagonistki. Szkoda, że nie doświadczamy tej sceny w edycji rozszerzonej. Poza tym mam wrażenie, że cały skok Ripley do pieca w Special Edition jest źle i zbyt pobieżnie zmontowany – co szczególnie słychać po skróconej muzyce w tle, jakże genialnej w wersji producenckiej.

Advertisement

Alien 3 – Special Edition jest wersją niesamowicie rozbudowaną. Z pewnością jest dla fanów sagi równie wielkim wydarzeniem, jak ukazanie się kilka lat wcześniej wersji reżyserskiej Aliens (opis znajdziecie kilka akapitów niżej). Aż trudno w to uwierzyć, ale nowa wersja Obcego 3 jest filmem lepszym, jeszcze bardziej genialnym niż świetna wersja producencka. Niesamowicie się cieszę i nie ukrywam zadowolenia z faktu, iż tak znakomicie rozbudowano drugi (po Aliens) najlepszy film jaki w życiu widziałem. Wszelkie zmiany wyszły jak najbardziej na plus, jedynie końcówka w starszej wersji była zdecydowanie lepsza i efektowniejsza.

Zamiana rodziciela z psa na wołu – tu powiedziałbym, obydwie wersje są doskonałe, preferowanie bardziej którejś z nich to już kwestia gustu. Z kolei usunięcie przez reżysera w wersji kinowej, a przywróconych w reżyserskiej, wielu scen modlitw więźniów i „mszy” odprawianych przez Dillona, mogło się wiązać z tym, iż twórcy nie chcieli robić z trzeciej części Obcego filmu zbyt, hmm… religijnego. Z biegiem czasu ten wątek jednak w ogóle nie razi. Podsumowując – inni reżyserzy powinni uczyć się od Davida Finchera, jak powinno się tworzyć wersje rozszerzone!

Advertisement

10. E.T., reż. Steven Spielberg, 1982

W dwudziestą rocznicę powstania filmu E.T., Spielberg postanowił wypuścić na światło dzienne wersję reżyserską z dodanymi scenami, których wcześniej nikt nie widział. Twórca Szczęk chcąc dodatkowo (pod wpływem wydarzeń z 11 września) pozbawić swój familijny film jakiejkolwiek dawki przemocy, postanowił w jednej ze scen usunąć za pomocą efektów komputerowych shotguny z rąk agentów, a w ich miejsce wsadzić im w dłonie krótkofalówki. Pozostałe zmiany w filmie to m.in. duża nowa sekwencja w łazience, gdzie E.T. zapoznaje się z wagą, pastą do zębów i innymi rzeczami znalezionymi na półkach.

Przed lustrem Elliott porównuje swój wzrost do wzrostu E.T., a następnie otwiera puszkę Pepsi, która zgazowana zbyt mocno oblewa naszych bohaterów. Po chwili dzwoni telefon, Elliott odbiera i rozmawia z mamą. E.T. ładuje się do wanny, a Elliott walczy z psem w drzwiach i tłumaczy mamie, że „musi zwymiotować”. W końcu symuluje wymioty i wylewa Pepsi wprost na słuchawkę. Biegnie do łazienki i widząc E.T. pod wodą wyciąga go myśląc, że ten się topi. Nic bardziej mylnego: E.T. delikatnie odsuwa Elliotta i z wyraźnym zadowoleniem wraca pod wodę.

Advertisement

Dzięki wersji reżyserskiej film po prostu zyskał. Dodana sekwencja „łazienkowa” jest bardzo sympatyczna i nie gryzie się ze starym materiałem, choć sam E.T. jest w niej komputerową animacją(!), a nie gumową lalką – jak w „starej” części filmu. Bardzo sprawnie domontowano też sceny z prologu, czyli E.T. biegnącego za pojazdem kosmicznym, czy idącego w stronę miasta. Poprawiono także masę innych rzeczy, wcześniej niedopracowanych, jak nieruchoma peleryna Elliotta, choć ten  przecież unosił się w powietrzu w słynnej scenie na tle księżyca. Teraz peleryna zachowuje się tak, jak na wietrze powinna. Także E.

T. uciekający przed agentami nie jest już tylko „czerwonym światełkiem ciągniętym na wózku”, tylko widać jak przedziera się i skacze wśród zarośli. Poprawiono także wygląd statku kosmicznego, który w wersji reżyserskiej wygląda o niebo ładniej niż w oryginale. Jedynym zgrzytem wydaje się być jedynie wspomniane „zabranie” broni z rąk agentów, co nieco osłabia dramaturgię. Pomijając jednak to jedno niezbyt trafione posunięcie Spielberga, wersja reżyserska E.T. to kawał dobrej roboty, który nie przynosząc ujmy nieśmiertelnemu oryginałowi, wnosi do niego powiew świeżości i daje klasykowi drugą młodość.

Advertisement

9. Wielki błękit, reż. Luc Besson, 1994

Wielki błękit to życiowe role Jeana Reno i Jeana-Marca Barra, który urodził się by zagrać zagubionego w realnym świecie Jacquesa. Dzięki nim ta opowieść o wielkiej przyjaźni, rywalizacji i miłości do oceanu, wody, nurkowania bezdechowego, wreszcie dążenia do całkowitej wolności, nabrała symboliki podróży w świat marzeń, ucieczki do lepszego, wypełnionego ciszą i spokojem świata, gdzie można dotknąć nieznanego. Na równi z aktorami, na niezwykłość filmu zapracowały przepiękne zdjęcia i hipnotyczna muzyka Erica Serry. Bądźmy szczerzy, ten film nie ma słabych punktów, i  jest jednym z tych obrazów, które żyją własnym niezwykłym życiem, w zamkniętej cudownej filmowej rzeczywistości.

Napawające optymizmem dzieło Luca Bessona to zdecydowanie jeden z najwspanialszych filmów jakie kiedykolwiek widziałem i zawsze z największą ochotą do niego powracam, tym bardziej ucieszyła mnie wiadomość, że ukazał się także w wersji rozszerzonej, dłuższej od wersji powszechnie znanej aż o 50 minut!

Advertisement

Rozbudowano w niej wątki miłosne zarówno Jacquesa i Johany, jak i Enzo i Bonity. Z wersji rozszerzonej dowiemy się też, że Jacques jest znacznie dalej od zwykłego świata, niż nam się zdawało. Ukazano także jeszcze większe przywiązanie Jacquesa do Enzo i niezwykłą nić przyjaźni ich łączącą. Na szczególne uznanie zasługuje humorystyczna sekwencja w kapsule, gdy bohaterowie dają się  poznać jako pewni swojej fizycznej sprawności, nieco aroganccy (szczególnie Enzo oczywiście) twardziele, którzy nic sobie nie robią z głębokości 140 metrów, rozrabiając ile się da – długo nie zapomnę motywu z helem i alkoholem pitym z palca.

Warto też nadmienić, że w scenach dodanych usłyszymy wiele nowych utworów Erica Serry – moim faworytem jest fragment ilustrujący przybycie Enzo i Jacquesa na platformę wiertniczą. Reasumując, wersja rozszerzona Wielkiego błękitu jest jeszcze ciekawsza i po prostu lepsza od pierwotnie zmontowanej wersji 119-to minutowej. Film w takiej postaci podoba mi się znacznie bardziej, choć zdawało się, że niemożliwym jest poprawienie takiego skończonego arcydzieła X muzy.

Advertisement

8. Obcy: Decydujące starcie, reż. James Cameron, 1986

Młodsi czytelnicy film.org.pl mogą tego nie pamiętać, ale gdy w 1998 roku, czyli w zamierzchłych czasach raczkującego u nas internetu, stacja TVN wyemitowała – jako pierwsza w Polsce – wersję reżyserską Aliens, dla fanów filmu Camerona było to niemałe zaskoczenie. Sam nie mogłem się nadziwić ileż to rewelacyjnych rzeczy zostało dodanych, jakże byłem podekscytowany oglądając kolejne dodane sceny, sycąc oczy nieznanym, a pochodzącym przecież z najlepszego dla mnie filmu wszechczasów. Między innymi był to dodany wątek zmarłej córki Ripley i posiedzenie komisji, gdzie pozbawiono Ripley licencji na czas nieokreślony i zalecono.

.. okresowe badania psychiatryczne. Ale prawdziwą gratką było ukazanie kolonii Hadleys Hope w czasie normalnego dnia pracy, jeszcze przed uderzeniem Obcych. Widzimy spacerujących po korytarzach kolonistów, ich dzieci bawiące się w chowanego (Newt była w tym najlepsza), pracujące komputery oraz wszechobecne logo kompanii Weyland Yutani i hasło „Budujemy lepsze światy”. A teraz wisienka na torcie, albowiem gdy rozbija się prom zrzutowy, we wraku bohaterowie znajdują broń i amunicję, ale przede wszystkim „automatycznych wartowników” – czyli cztery działka bojowe o dużej sile rażenia.

Advertisement

Po scenie kłótni Ripley i Burke’a jest dodana scena pierwszej akcji działek bojowych przeciwko atakowi Obcych. Strzelające roboty A i B pokazywane są na przemian z ujęciami ekranu komputera, gdzie widzimy szybko spadający wskaźnik amunicji. W końcu amunicja się kończy, słychać jak Obcy uderzają i próbują wywarzyć ciśnieniowe drzwi, które wcześniej zamykał Hudson. Po tym, jak Bishop zaczyna się czołgać w rurze, w kompleksie rozlega się alarm – to kolejny atak Obcych, tym razem w innym korytarzu, gdzie intensywnie pracują działka C i D. Amunicja spada w zastraszającym tempie. Gdy wydaje się, że to już koniec, Obcy przestają atakować.

Tylko w jednym działku zostaje 10 sztuk amunicji. Dziwne, że Cameron nie zamieścił tych, jakby nie patrzeć, efektownych i na pewno pracochłonnych scen akcji, w pierwotnej wersji kinowej swojego filmu. Ostatnia dodana scena w rozszerzonej wersji, to krótki dialog między Ripley a Hicksem, z którego dowiadujemy się, że postać grana przez Michaela Biehna ma na imię Dwayne.

Advertisement

7. Wodny świat, reż. Kevin Reynolds, 1995

Niczym grom z jasnego nieba spadła na mnie informacja, że Wodny świat posiada wersję reżyserską. Została ona względem wersji kinowej wydłużona o ponad 40 minut (trwając blisko 3 godziny) i wydana w wersji 2,35:1 (przycięto obraz  z góry i z dołu), podczas gdy wersja kinowa trwała 135 minut i miała aspekt 16:9; więcej o aspektach obrazu w tekście Czy format obrazu ma znaczenie). Zastanawiałem się co można było dodać do filmu, który i tak krytykowany był m.in. za dłużyzny i przegadanie.

Niestety, większość dodanych scen to fabularnie zbędne ścinki, które trafiły do kosza w montażowni, by zdynamizować akcję wersji kinowej. Dużo z nich ukazuje do znudzenia twardy charakter, szorstkie obycie i samolubność Marinera, który po raz n-ty odmawia czegoś Helen i Enoli, znęca się nad nimi psychicznie lub wystawia do wiatru – to wszystko zostało już aż nazbyt wyraźnie zarysowane w wersji, którą znaliśmy. Warto jednak zapoznać się z dir cutem Wodnego świata, bo kilka dodanych scen jest naprawdę wporzo i konkret, kilka wyjaśnia pewne niewyjaśnione fakty z wersji kinowej, kilka zostało (sic!) ocenzurowanych, a na końcu filmu czekają dwie naprawdę fajne niespodzianki.

Advertisement

Na Suchym lądzie dodano ujęcie Marinera chwiejącego się na nogach i łapiącego się za gardło, czym dobitnie pokazano zły wpływ stałego gruntu na jego ciało. Dodano także ujęcie Helen obejmującej drzewo, a także pożegnanie Marinera z Gregorem i przywódcą ludzi. Ten pierwszy daje Marinerowi ziemię na handel, zaś drugi wyposażenie łodzi. Dodano także rozmowę z Helen (w wersji kinowej żegnali się bez słów). Helen pyta Marinera czego ma zamiar szukać na wodzie, a ten odpowiada jej, że może być więcej takich jak on, a jeśli spotka ludzi, opowie im o Suchym lądzie i nieugiętej kobiecie, która go odkryła.

No i rzecz najważniejsza, dodano dialog między Helen a Marinerem, w którym kobieta… nadaje Marinerowi imię: To imię ze starej historii o dzielnym wojowniku wracającym z bitwy. Po prostu podniósł żagle i woda go poprowadziła. Przez następne 10 lat dryfował po oceanach nie znając drogi do domu, do czasu gdy w końcu bogowie zlitowali się nad nim i wezwali ciepły wiatr, który zaprowadził go do rodziny, której nigdy więcej nie zostawił. Na imię miał Ulysses. – To dobre imię... odpowiada jej kiedyś Mariner, a teraz Ulysses. Helen i Enola stojące na szczycie wyspy i żegnające odpływającego Ulyssesa odkrywają przysypaną ziemią płytę pamiątkową z napisem… a zresztą, sami sobie przeczytajcie.

Advertisement

6. Terminator 2: Dzień sądu, reż. James Cameron, 1991

Trend tworzenia dir cutów nie ominął króla Świata Jamesa Camerona, który w grudniu 1991 roku wydał do obiegu video opisaną kilka akapitów wcześniej reżyserską wersję Aliens, a w kwietniu 1993 roku ponownie wypuścił na ekrany kin (również w Polsce) arcymistrzowską rozszerzoną edycję Otchłani (opis kilka akapitów niżej). W tym samym roku na amerykańskiej płycie LaserDisc oraz… tajlandzkiej kasecie video, miała miejsce premiera reżyserskiej wersji Terminatora 2. Reżyser tłumaczył usunięcie scen z kinowej wersji, zbyt wolnym tempem i klimatem jakie wprowadzały, nie przystając do reszty filmu, oraz restrykcjami czasowymi, obligującymi go do projekcji zamykającej się w max 140 minutach. Wersja reżyserska Terminatora 2 z wyjętymi z kosza scenami, daje pełniejszy obraz filmu, oferując kilka wspaniałych i utrzymanych w rzetelnie cameronowskim stylu epizodów.

Sin City 2: Damulka warta grzechu - drugi trailer

Na szczególną uwagę zasługuje sen Sary w którym spotyka Kyle’a Reese’a, oraz skomplikowane logistycznie ujęcie wyjęcia chipa z głowy T-800 i przestawienia go w tryb „nauki”. To niezwykle istotna dla logiki wydarzeń scena, bo wyjaśniała dlaczego T-800 zaczął od tego momentu przyswajać nową wiedzę (powiedzonka Hasta La Vista, wiedza gdzie znaleźć kluczyki w aucie itd). Wśród scen przywróconych w director’s cut mamy co prawda kilka „spowalniaczy”, jak sekwencja w domu Dysonów, albo fabularnie zbędny epizod z zabiciem psa Voightów (T-1000 po napisanym na obroży imieniu orientuje się, że przez telefon zrobiono go w bambuko), lecz pozostałe odrzucone w 1991 roku przez Camerona momenty, to pełnowartościowe uzupełnienie doskonałego filmu.

Advertisement

Na przykład widzimy T-1000 zaczynającego doświadczać awarii po zamrożeniu i późniejszym rozpadnięciu się na kawałki, co uzasadnia późniejsze pokonanie osłabionego przeciwnika. Są też wątki nieoczekiwanie komediowe, jak T-800 suszący zęby podczas nauki uśmiechania, co zapowiada Camerona, jakim zaprezentował się trzy lata później na planie Prawdziwych kłamstw. Gdybym miał polecić Terminatora 2 komuś, kto go jeszcze nie widział (są jeszcze tacy?), bez wahania zarekomendowałbym wersję reżyserską.

5. Otchłań, reż. James Cameron, 1989

James Cameron darzy chyba bohaterów swoich filmów dużą sympatią, gdyż wypuścił wersje reżyserskie aż czterech swoich filmów, wszystkie cztery wydłużając po kilkanaście minut – dzięki czemu także i my możemy spędzić więcej czasu z bohaterami Aliens, Terminatora 2, Avatara i opisywanej tu właśnie Otchłani. The Abyss jest jedynym filmem w tym zestawie, którego wersja reżyserska zmienia wydźwięk opowieści. W wersji reżyserskiej (nazywanej częściej Wersją Specjalną) dodano bądź rozbudowano aż 36 scen, a także dodano na początku filmu sentencję z Nietzshe’ego Gdy długo patrzysz w otchłań, otchłań zaczyna patrzeć w ciebie.

Advertisement

Film został w sumie wydłużony o 28 minut. Nas interesują duże zmiany w finale, gdzie Obcy pokazują Budowi (Ed Harris) sceny z dzienników TV, mówiące o nadchodzącym konflikcie zbrojnym. Następnie widzimy dziennikarza z przerażeniem krzyczącego do kamery oraz tłum ludzi uciekający przed czymś przerażającym. W następnej kolejności Obcy pokazują Budowi sceny eksplozji termonuklearnych i Bud już rozumie, że coś przerażającego co zbliża się do lądu, to kara Obcych za bezmyślność ludzi, którzy na lewo i prawo wykorzystują broń jądrową. Bud pyta: Ale dlaczego sądzicie, że oni naprawdę to zrobią? Na jakiej podstawie nas osądzacie? – mając na myśli to, czemu Obcy są pewni tego, że ludzie rozwalą świat atomówkami.

W odpowiedzi obcy puszczają Budowi kolejny krótki acz treściwy klip ukazujący najgorsze strony ludzkości… Bud z pokorą, niejako wstydząc się za całą ludzkość, w szczególności za Tik Toka (przepraszam, nie mogłem się powstrzymać), opuszcza głowę i przymyka oczy, jednak ogląda dalej, aby uszanować wolę Obcych. Najważniejszą z dodanych sekwencji, są ujęcia ogromnych fal zbliżających się do lądów wszystkich kontynentów.

Advertisement

Gdy już zdaje się, że za chwilę woda zaleje lądy i uciekających w przerażeniu ludzi (choć na zdjęciu powyżej akurat jakoś mało uciekają zważywszy na to, CO się do nich zbliża), fale zatrzymują się! Ludzie przestają uciekać, patrząc ze zdziwieniem na cud zatrzymania. Po chwili fale zaczynają się cofać, a ludzie wiwatują z radości. Akcja wraca pod wodę, gdzie Bud pyta Obcych, czemu tego nie zrobili. W tym miejscu akcja filmu wraca do momentu znanego z wersji kinowej, gdzie Obcy pokazują Budowi komunikat, który napisał do Lindsey: Wiedziałem, że to bilet w jedną stronę. W wersji rozszerzonej rozbudowano sceny dialogowe, które miały lepiej ukazać konflikt między Budem i Lindsey oraz wzmocnić obraz ich rozpadającego się małżeństwa.

Sceny dialogowe i kilka nowych ujęć, miały też pomóc w podbudowaniu napięcia (wisząca groźba wojny nuklearnej na powierzchni) przed pogłębionym dramaturgicznie finałem, oraz przygotować teren pod zupełnie inny fabularny obrót spraw. Wersja reżyserska to już nie tyle film o spotkaniu bohaterów z kosmitami, co antywojenny manifest mający nieść głębokie przesłanie dla ludzkości. Można się sprzeczać czy wersja reżyserska jest ciekawsza, czy tylko niepotrzebnie wprowadza patetyzm i nieco przesadnie epickie rozwiązanie akcji. Pewne jest jednak, że w obydwu wersjach kręgosłupem fabularnym finału wciąż pozostaje.

Advertisement

.. miłość. W wersji producenckiej uratowała jednak życie tylko Buda i ekipy; w reżyserskiej życie tysięcy (milionów?) ludzi, którzy dzięki uczuciu Buda do Lindsey uniknęli zalania wielką falą. Wersja reżyserska ukazuje też zagrożenia nuklearne w znacznie szerszym kontekście (Cameron często sięga po atomówki, patrz Terminator, Terminator 2, True Lies), a spotkanie ludzi z kosmitami niemal jako sąd ostateczny. Dziwne jest jednak, że tak spektakularna i zapewne droga w realizacji scena, w której gigantyczne fale zbliżają się do lądów – nie ujrzała światła dziennego już w wersji producenckiej. Może stwierdzono, że czysto przygodowa konwencja filmu zostałaby zaburzona przez pompatyczne i poruszające ciężki gatunkowo temat zakończenie.

4. Armia ciemności, reż. Sam Raimi, 1993

Na początku trzeba wyjaśnić, iż wiele osób myli dwie wersje filmu Armia Ciemności – reżyserską z producencką. Sam myślałem, iż wersja z zakończeniem w którym Ash budzi się 100 lat później, jest wersją kinową – nic bardziej mylnego! Powodem tego lekkiego zamieszania był fakt, że zarówno w Polsce jak i całej Europie zdecydowanie bardziej popularna była wersja… Director’s Cut, dłuższa o 15 minut, z pesymistycznym finałem gdzie Ash przesypiał swoje czasy podczas powrotu do domu. Oczywiście wersja theathrical cut (gdzie Ash wraca do swoich czasów i w sklepie finalnie ubija demona „she-bitch”) była także u nas obecna, ale wprowadzono ją dopiero wraz z ekspansją DVD, podczas gdy edycja rozszerzona królowała u nas już na kasetach VHS będąc mylnie traktowana jako kinowa.

Advertisement

Dopiero później firma Archor Bay wydała limitowaną edycję DVD Army Of Darkness, gdzie na dwóch krążkach znajdowały się obydwie wersje filmu: 81-minutowa i 96-minutowa. Ta druga miała wyraźny dopisek Director’s Cut. Wersja reżyserska Armii Ciemności posiada w stosunku do wersji producenckiej sporo wydłużonych scen. Dodane fragmenty to jednak przeważnie bardzo krótkie, dodatkowe ujęcia przy już istniejących scenach, często dosłownie dodatkowe kilka/kilkanaście sekund.

Oczywiście nowych całych scen też kilka jest, trochę batalistyki, trochę nowych tekstów Asha, więcej brutalności, scena miłosna między Ashem i Sheilą, nowe dialogi między Ashem i Evil-Ashem, zaś kilka scen z wersji producenckiej lekko przemontowano. Ale najważniejsza jest nowa końcówka, gdzie Ash udaje się do jaskini i połyka o jedną kroplę eliksiru za dużo – przez co budzi się 100 lat później niż planował. Widok, jaki zastaje jest nie do pozazdroszczenia, sceneria niczym po wojnie, nuklearnej wymianie zdań czy innej zagładzie. Zakończenie to jest mroczne i można powiedzieć okrutne dla naszego bohatera, przez co znacznie lepiej pasuje do konwencji całej trylogii, niżeli optymistyczny powrót głównego bohatera do swoich czasów i jego opowieści w sklepie sfinalizowane rozwaleniem demona (choć sama akcja jest w pytę widowiskowa i szalona jak to w Evil Dead).

Advertisement

Wersja dłuższa / reżyserska jest nieco lepsza od theathrical cut, aczkolwiek jeśli chodzi o jakość dramaturgiczną zakończeń i ich widowiskowość – to już chyba kwestia gustu. Podsumowując, można nieco paradoksalnie stwierdzić, iż to wersja kinowa (którą poznaliśmy później) pozostaje swoistą ciekawostką, a niemal rarytasem dla europejskich fanów i wielbicieli dzieła Sama Raimiego. W USA zapewne jest na odwrót.

3. Efekt motyla, reż. E. Bress, J.M. Gruber, 2004

Rzadko się zdarza by film od razu trafiał do obiegu w dwóch wersjach. Jeszcze rzadziej się zdarza, aby dwie wersje o diametralnie różnych zakończeniach stały na równie wysokim poziomie dramaturgicznym. Twórcy Efektu motyla mieli zapewne twardy orzech do zgryzienia gdy podejmowali decyzję, która wersja ma trafić do kin, a która stanie się reżyserską. Na srebrny ekran, po słabym odbiorze późniejszej wersji reżyserskiej na pokazach testowych, trafiła wersja z happy endem. Wersja reżyserska, którą tu się zajmiemy, to bardziej dramatyczna w swojej wymowie historia, która okazuje się dopracowaną w formie i treści alternatywną wersją wydarzeń znanej z kina.

Advertisement

Dokonano oczywiście wielu zmian, ale nas interesuje zwłaszcza finał, gdzie w wersji reżyserskiej Evan barykaduje się w pokoju i włącza film na projektorze. Nie jest to jednak przyjęcie (jak miało to miejsce w wersji kinowej), tylko nagranie ze szpitala gdy matka Evana jest właśnie wieziona na porodówkę, co kamerą uwiecznia ojciec. Evan przenosi się w przeszłość i budzi jako nienarodzone dziecko w brzuchu matki. Ta zaczyna krzyczeć z bólu To mnie zabija!, a w jej brzuchu maleńki Evan owija swoją szyję pępowiną, co widać na ekranie ultrasonografu. Z offu słychać słowa wróżki: Nie masz linii życia, nie masz duszy, nigdy nie powinieneś zaistnieć.

Zza kadru słychać również słowa matki: Zanim się urodziłeś, byłam w ciąży trzy razy, ale to były poronienia. Myślałam, że to będzie cudowne dziecko. Lekarze są bezsilni, nienarodzony Evan dusi się i umiera. Zza kadru ponownie słychać głos matki: Nie mogłam tego znieść. Wiedziałam, że już nigdy Cię nie zobaczę.

Advertisement

Już wersja kinowa Efektu motyla była filmem nieszablonowym, zaskakującym i mimo pozornego wyjaśnienia zakręconej fabuły, nie stawiała kropki nad i. Można było wiele niuansów scenariusza interpretować na różne sposoby, film zapewniał dobrą umysłową gimnastykę i nawet szczęśliwe zakończenie nie psuło klimatu dość (jakby nie patrzeć) mrocznej opowieści. Film mówił przecież o nieuchronności losu, niemożności zmiany przeszłości, i o tym, że czasem szczęście innych ludzi wymaga poświęcenia własnego. Wersja kinowa i owszem, także kończy się poświęceniem głównego bohatera i szczęściem ludzi go otaczających, ale i nasz bohater wychodził tam przecież na prostą.

Wersja reżyserska idzie o krok dalej, bo skoro poświęcenie, to na całego; Evan po włączeniu filmu ze swoich narodzin wie już, że nie ma zbyt wielu możliwości naprawienia przeszłości. Przypominając sobie słowa wróżki, może się jedynie zabić. Zakończenie wersji reżyserskiej oraz elementy dodatkowe do niej wprowadzone, rzucają na całą opowieść nowe światło. Wprowadzony element śmierci dziadka w zakładzie psychiatrycznym oraz opowieści matki o poronieniach (najpierw o dwóch, a w finale o trzecim, które stało się udziałem nienarodzonego Evana), a także fakt, że Evan nie istnieje powodują, że film ogląda się z jeszcze większym zainteresowaniem i zaangażowaniem niż wersję kinową.

Advertisement

2. Liga sprawiedliwości Zacka Snydera, reż. Zack Snyder, 2021

Na przełomie 2020 i 2021 chyba o żadnym filmie nie mówiono tyle, co o planowanej przez Zacka Snydera autorskiej wersji słabo przyjętej Ligi sprawiedliwości z roku 2017. Ale po kolei. Gdy w 2017 roku zmarła córka Snydera, twórca 300 porzucił prace nad posprodukcją widowiska, a na fotelu reżysera zastąpił go Joss Whedon. Autor Avengers (najlepszej w moim odczuciu odsłonie cyklu) wyrzucił sporo materialu nakręconego przez Snydera do kosza i zarządził dokrętki. Pech chciał, że Henry Cavill akurat miał wówczas zapuszczony wąs na potrzeby Mission: Impossible – Fallout, który trzeba było cyfrowo wymazywać.

Udało się to… średnio, co było widać już w scenie otwierającej film, gdzie usta Cavilla wyglądaly podczas mówienia co najmniej dziwnie. Dwugodzinna wersja Whedona (choć w napisach jako reżyser wciąż widniał Snyder) spotkała się z chłodnym przyjeciem fanów i takim samym u krytyków. Zack Snyder, który zarzekał się, że ma mnóstwo nakręconego materiału i wciąż chce pokazać światu swoją wizję Ligi sprawiedliwości, wrócił w końcu do gry, a wraz z nim tysiące fanów (choć było słychać pogłoski, że to boty wynajęte przez samego Zacka), którzy na masową skalę zaczęli podpisywać petycję o realizację Zack Snyder Justice League, twittować i lobbować film ich mokrych snów w każdym zakątku internetu.

Advertisement

To było wydarzenie bez precedensu, nie tyle sam pomysł, bo choćby fani Gry o tron walczyli o ponowne nakręcenie ósmego sezonu (bez efektu) i związane z tym działania, co… pozytywny skutek tychże. Pod naporem fanów, reżysersa i ogólnego szumu w mediach, Wersja Zacka Snydera Ligi sprawiedliwości, choć nie została włączona oficjalnie do kanonu, dostała w końcu zielone światło na realizację, 70 milionów zielonych na dokrętki i efekty specalne, a w roku 2021 triumfalnie wkroczyła na ekrany kin i serwisów streamingowych.

Film rozrósł się z whedonowskich dwóch, do snyderowskich czterech godzin seansu, wyleciało sporo scen z wersji z 2017 roku (m.in. te z niesławnymi wąsami Cavilla, większość suchych żartów i cały wątek rodziny mieszkającej w pobliżu bazy Steppenwolfa), a wleciało mnóstwo nowego materiału m.in. nakręconego przez Snydera jeszcze w 2017 roku. Gros budżetu poszło na efekty specjalne, a każda z postaci została solidnie rozbudowana i znacznie wyraźniej nakreślona, niż w pobieżnie traktującej Cyborga i Flasha wersji kinowej. Superman zyskał znany z komiksów czarny kostium, a zakończenie zostało względem wersji kinowej zmienione: tam Superman wespół z Cyborgiem ratowali świat, u Snydera bohaterami są Cyborg i Flash (który wzorem Supermana Richarda Donnera cofa czas).

Advertisement

Jako extra bonus dodano klimatyczny i mroczny epilog z Jokerem (ponownie Jared Leto) otwierający furtkę do potencjalnej kontynuacji; Warner jednakże od razu uciął wszelkie domniemania – kontynuacji tzw. Snyderverse nie będzie. Wizji Snydera zarzucano dłużyzny, zresztą asekuracyjnie sam reżyser jeszcze przed premierą sporządził dla przyszłych widzów… intrukcję oglądania swojego dzieła o epickim rozmachu, mianowicie wskazał w którym momencie (film został podzielony na 6 rozdziałów + epilog) robić sobie przerwy w oglądaniu. Długi czas trwania i niecodzienne instrukcje reżysera nie przeszkodziły zebrać wersji z 2021 w większości pozytywnych recenzji u krytyków i zdobyć serc oraz umysłów fanów.

Co ciekawe Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera została zaprezentowana światu w telewizyjnym aspekcie obrazu 1,33:1 (paradoksalnie zupełnie nieprzystającym do wielkich kinowych widowisk i dzisiejszych standardów). A jakby zupełnie odmieniona, czterogodzinna wersja filmu nie wystarczyła, Snyder wypuścił dodatkowo wersję… czarno-białą z podtytułem Sprawiedliwość jest szara. Niezwykły przypadek Ligi sprawiedliwości to z pewnością jedna z najciekawszych wersji reżyserskich wszech czasów, i faktycznie film znacznie lepszy od kiepskiego oryginału z 2017 roku. Podczas gdy wersja Whedona na IMDb ma ocenę 6,1/10, autorskie dzieło Snydera może pochwalić sie oceną aż dwa oczka wyżej, bo 8/10.

Advertisement

1. Łowca androidów, reż. Ridley Scott, 1982

W roku 1991 Ridley Scott (który ma na koncie przeciętne wersje reżyserskie Obcego i Gladiatora) postanowił przedstawić osobistą, finalną wizję Blade Runnera, której nie pozwolili mu stworzyć producenci, upierający się w roku premiery przy hollywoodzkim happy endzie oraz zrozumiałej dla wszystkich, wyłożonej łopatą na ławę historii. Tymczasem kilka drobnych zmian odwróciło opowieść o 180 stopni. Przede wszystkim Ridley Scott, i dobrze, skasował irytującą narrację z offu, z której nigdy nie był zadowolony ani on, ani widzowie, ani wygłaszający ją Harrison Ford. Jak wieść niesie, filmowy Rick Deckard chcąc zrobić na złość producentom, wygłaszał swoje kwestie na tzw.

odwal się, mówiąc zblazowanym głosem, i tę bylejakość narracji faktycznie było w wersji kinowej słychać. Jedyna linijka tej nieszczęsnej narracji, której mi ciut szkoda, brzmiała: Sushi, tak nazywała mnie była żona… Kwestią ta, celnie opisująca charakter protagonisty, otwierała film  gdy poznawaliśmy  skitranego w chińskiej dzielnicy Deckarda w deszczu. Kluczową zmianą w wersji reżyserskiej była dodana sekwencja snu, w którym Rick widzi biegnącego Jednorożca, co w powiązaniu ze sceną końcową filmu, gdzie Deckard znajduje pozostawioną przez Gaffa figurkę Jednorożca, jasno daje do zrozumienia, że Gaff wie kim Deckard jest, gdyż.

Advertisement

.. zna jego sny. Deckard nie jest zatem w wersji dir cut człowiekiem-policjantem (łowcą), tylko Replikantem-parobkiem służącym ludziom i wykonującym za nich brudną robotę. Zupełnie zmienia to nasz stosunek do bohatera oraz wywraca do góry nogami cały sens filmu, który od roku 1991 może być rozpatrywany na dwóch płaszczyznach. To bodaj jedyny przypadek w historii kina, gdzie zaledwie jedna dodana scena spowodowała lawinowy natłok dyskusji, bo stworzyła niemal… alternatywnego bohatera, Deckarda czyniąc Replikantem. Sceptycy tej fantastycznej teorii twierdzą jednak, że scena z Jednorożcem miała być jedynie ukłonem w kierunku Legendy – filmu Scotta z 1985 roku, z którego to zresztą filmu sekwencja snu o Jednorożcu faktycznie pochodziła.

Spór o człowieczeństwo Deckarda trwa do dziś (w książkowym oryginale Phillipa K. Dicka Deckard był w 100% człowiekiem), choć sam Ridley Scott oświadczył w jednym z wywiadów (tak było, nie zmyślam – jak to mówiła sarna do mikrofonu w znanym memie), że w wersji reżyserskiej Deckard Replikantem w istocie jest. Jeszcze jedną solidną zmianą, jaką wprowadził Scott w wersji reżyserskiej był brak happy endu, przez co ujęciem zamykającym film jest od 1991 roku moment zamknięcia automatycznych drzwi za Rachael i Deckardem. Wycięta została tym samym scena lotu nad zielonymi łąkami i lasami (które to fragmenty pochodziły z odrzuconych przez Kubricka zdjęć do czołówki Lśnienia) oraz oczywiście pozakadrowy happy-endowy komentarz Harrisona Forda, smęcącego o tym, że Rachael okazała się inna, nie ma ogranicznika życia do lat czterech bla bla bla.

Advertisement

Wersja reżyserska Blade Runnera to najlepszy przykład na to, że reżyser majstrujący po latach przy swoim filmie – Ty nie, George’u Lucasie – może stworzyć arcydzieło. To właśnie wersja reżyserska stworzona po latach przez Ridleya Scotta jest bowiem filmem zapiętym na ostatni guzik, jednym z najważniejszych obrazów w historii X muzy, kultowcem o nieziemskim klimacie i filozoficznym zacięciu. I tylko w takiej postaci powinno się to arcydzieło oglądać.

Advertisement

Od chwili obejrzenia "Łowcy androidów” pasjonat kina (uwielbia "Akirę”, "Drive”, "Ucieczkę z Nowego Jorku", "Północ, północny zachód", i niedocenioną "Nienawistną ósemkę”). Wielbiciel Szekspira, Lema i literatury rosyjskiej (Bułhakow, Tołstoj i Dostojewski ponad wszystko). Ukończył studia w Wyższej Szkole Dziennikarstwa im. Melchiora Wańkowicza w Warszawie na kierunku realizacji filmowo-telewizyjnej. Autor książki "Frankenstein 100 lat w kinie". Założyciel, i w latach 1999 – 2012 redaktor naczelny portalu FILM.ORG.PL. Współpracownik miesięczników CINEMA oraz FILM, publikował w Newsweek Polska, CKM i kwartalniku LŚNIENIE. Od 2016 roku zawodowo zajmuje się fotografią reportażową.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *