Recenzje

ANIHILACJA. Natalie Portman w drodze donikąd

W "Anihilacji" z kolei mamy do czynienia z narracją, która prowadzi donikąd, oraz tajemnicą, której rozwiązanie pozostawia z uczuciem żenującej pustki.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Samodestrukcja

Chciałem się lepiej przygotować do tej recenzji, ale Netflix nie pozostawił mi wyboru. Uskuteczniana od pewnego czasu polityka, wedle której szykowana na dany rok produkcja pojawia się w serwisie ni stąd, ni zowąd, z pewnością może intrygować, ale jednocześnie pozbawia recenzenta możliwości rzetelnego wejścia w temat. Anihilacja powstała na podstawie książki, którą planowałem przeczytać. Nic z tych planów nie wyszło, dlatego pozostało mi tylko pochłonąć dzieło Alexa Garlanda w taki sposób, by jako jedyny kontekst porównawczy wykorzystać tradycję gatunkową, mierząc przy tym jednocześnie ogólną radość, jaką film daje.

I już na wstępie muszę zdradzić, że patrząc wyłącznie pod tym kątem na najnowszą produkcję Netflixa, nie mogę powiedzieć, by dostarczyła mi ona wystarczającej dawki satysfakcji. Przynajmniej nie tyle, na ile spodziewałem się po tak obiecującym reżyserze i filmie z tak wysmakowaną obsadą. Ambitne SF to z pewnością jest, ale mam wrażenie, że w co najmniej w kilku momentach ta ambicja przysłoniła oczy twórcy w momencie stawiania kropki nad i.

Film opowiada nie tyle o destrukcji, co autodestrukcji, do której dąży każdy człowiek.

Anihilacja, czyli inaczej unicestwienie, to proces prowadzący do całkowitej destrukcji materii posiadającej masę. Tyle, jeśli chodzi o definicję słownikową tytułu filmu. Na ile przydaje się ona w rozumieniu jego treści? Otóż film opowiada nie tyle o destrukcji, co autodestrukcji, do której dąży każdy człowiek. Bohaterką Anihilacji jest Lena (Natalie Portman), biolożka i była żołnierka, która dołącza do wyprawy mającej na celu zbadanie tajemniczej zony, odizolowanego terenu, nad którym pieczę trzyma amerykański rząd. Wcześniej udał się tam jej mąż, co nie skończyło się dla niego dobrze. To, z czym w konsekwencji mierzą się bohaterki Anihilacji, niewiele ma wspólnego z naszym światem. Prawa natury zostają wywrócone do góry nogami, uwypuklając jego najbardziej destrukcyjne założenia.

Jeff VanderMeer, autor książki Unicestwienie, nie mógł dostać lepszego twórcy, skorego do przetworzenia jego materiału na film. Alex Garland to bowiem dla współczesnego filmowego science fiction nazwisko nieprzeciętne i warte uwagi. Choć rozsławiony został niedawną Ex Machiną, niezwykle intrygującym cyberpunkiem, to jednak wcześniej dał się już poznać, pisząc nietuzinkowe scenariusze do takich perełek gatunku jak 28 dni później, Dredd, czy końcu W stronę słońca. Drugi wyreżyserowany przez niego film nosi już znamiona wyodrębniania się własnego stylu twórcy. Zarówno Ex Machina, jak i Anihilacja to filmy, których tempo prowadzone jest nieśpiesznie, posiadają bardzo zdawkowe dialogi, są pesymistyczne w wydźwięku, a w atmosferze unosi się ujmująca aura tajemnicy. To, co działa jednak na korzyść tego pierwszego, a stanowi uszczerbek tego drugiego filmu, związane jest z namacalną wartością, jaka zostaje z widzem na końcu seansu.

Anihilacja jest tworem niełatwym do dyskusji oraz dalece niejednoznacznym – także gatunkowo. Znaleźć tu możemy bowiem elementy postapokaliptyczne, współgrające z fantastyką kontaktowa. Całość wzbogacona jest także solidną dawką grozy oraz dramatyzmu. Podczas seansu nasuwały mi się przede wszystkim skojarzenia z Andriejem Tarkowskim. Oprowadzanie po tajemniczej strefie odbywa się podobnie jak w Stalkerze. Z kolei sama strefa, jej współzależność oraz wrażenia stanowienia jednego, obcego organizmu, budzi skojarzenie z oceanem okalającym planetę Solaris. Problem Anihilacji polega jednak na tym, że choć jest zbudowana na solidnym potencjale, to jednak czerpie z wzorców bardzo nieumiejętnie. U Tarkowskiego mieliśmy bowiem do czynienia z osobliwym rodzajem nudy. Niby nic się nie działo, ale atmosfera jego filmów była tak dalece przenikliwa, tak absorbująca, że nie pozwalał oderwać się od ekranu. W Anihilacji z kolei mamy do czynienia z narracją, która prowadzi donikąd, oraz tajemnicą, której rozwiązanie pozostawia z uczuciem żenującej pustki.

Garland zaprojektował swój film tak, jakby świadomie chciał wykorzystać mglistość przekazu, by w ten sposób uzyskać pochwałę krytyki. Bo jakże to artystyczne jest, nie mówić wprost, co się ma na myśli. Choć rozumiem ideę pozostawienia widzowi wolnej przestrzeni do interpretacji, to jednak przeszkadza mi, gdy nie mam pewności co do tego, czy twórca sam wiedział, co chciał przekazać widowni. Nie podejrzewam o to Garlanda, ale historia, jaką zaprezentował w Anihilacji, sprawia wrażenie tak absurdalnej, tak dalece symbolicznej, że można by pod nią podpiąć absolutnie wszystko. Cóż z tego, że w filmie ciekawie wpleciona zostaje metafora morskiej latarni, jeśli nie wskazuje ona drogi w interpretacyjnych mrokach. Film nie posiada bowiem – z tego, co udało mi się wyczytać po pierwszym seansie – jednego właściwego klucza. To twór, który zachęca do dyskusji o podłożu naukowym, nie mając jednak konkretnego celu oraz założeń.

Być może film padł ofiarą wykorzystania skrótów myślowych, na które często skazany jest ten, który przerabia książkę na film. Nie jestem w stanie tego ocenić. Gołym okiem jednak da się zauważyć, że pewne widoczne w filmie kwestie z daleka wołają o rozwinięcie. Nie udało mi się bowiem dowiedzieć, choć bardzo bym tego chciał, dlaczego ekspedycję zmierzającą do zony stanowią same kobiety. W jakim celu dwukrotnie ukazana została miłosna scena stosunku głównej bohaterki, z kolegą (dodajmy, przedstawicielem rasy czarnej) – tego też nie wiem. Mrugnięcie oka do feministek? Pogłębienie portretu psychologicznego? Nie wiem, choć wiedzieć bym chciał. Jeśli jednak są to tylko akcenty wstawione po to, by schlebiać postępowym trendom, a nie mają jednocześnie kompletnie żadnego uzasadnienia w fabule, to ich sensowność – bez znajomości treści książki – woła o pomstę do nieba.

Z seansem Anihilacji jest trochę tak, jak z pobytem w galerii sztuki nowoczesnej. Trafił nam się wyjątkowo abstrakcyjny obraz, który przykuwa uwagę znaną twarzą na pierwszym planie oraz szeroką paletą barw i kształtów składających się na tło. Trudno jest to dzieło zrozumieć, ale jeszcze trudniej pozostać wobec niego obojętnym. Bardzo możliwe, że podczas drugiego kontaktu będziemy mieli do czynienia z tworem pełniejszym, sensowniejszym – podskórnie na to liczę. Na chwilę obecną jednak pozostaje zadowolić się tylko ładnymi kolorami.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane