search
REKLAMA
Berlinale 2022

ALCARRÀS. Rolnikiem się jest, a nie bywa

Alcarràs może i jawi się jako czułe pożegnanie europejskiego tradycyjnego rolnictwa, ale w gruncie rzeczy stoi jednak na fundamencie amplitud rodzinnego ciepła.

Maciej Satora

26 lutego 2022

alcarras
REKLAMA

Historycznie Złoty Niedźwiedź na festiwalu Berlinale jest nagrodą zwykle przypadającą filmom o wyrazistym społecznym komponencie. Fuocoammare, Touch me not czy Zło nie istnieje adekwatnie wytyczają trend laureatów najważniejszej statuetki – choć „ważne” nie zawsze oznacza tu „bezpieczne” (co jak na dłoni udowadnia zeszłoroczne zwycięstwo wybitnego Niefortunnego numerka albo szalonego porno), w berlińskim konkursie lubi tryumfować polityka. Tym bardziej cieszą więc momenty wyłamania się festiwalowej konwencji, nie nawet z powodu jakiejś widzowskiej niechęci do filmowej społecznej bieżączki, ale za sprawą zmiany, zaskoczenia i malutkiej rewolucji samej w sobie. W tegorocznym konkursie obok Alcarràs premierowały filmy o aborcyjnej samopomocy w Stanach Zjednoczonych lat 60. (Call Jane), zamachu terrorystycznym w paryskim klubie (Un año, una noche) czy zinternalizowanym seksizmie meksykańskiego społeczeństwa (Robe of Gems). Wygrał jednak film o zbieraniu brzoskwiń na katalońskiej wsi. I fajnie.

alcarras

Żeby nie było, w najnowszym dziele Carli Simón też można dogrzebać się politycznej aktualności; rzecz w tym, że jest ona jedynie kontekstowym tłem dla życiowej prozy wielopokoleniowej hiszpańskiej familii. Alcarràs może i jawi się jako czułe pożegnanie europejskiego tradycyjnego rolnictwa, obumierającego pod wpływem wypierającej je potrzebie technologicznego rozwoju, ale w gruncie rzeczy stoi jednak na fundamencie amplitud rodzinnego ciepła. Ciepła skądinąd, pomimo skromnego dorobku, utożsamianego już automatycznie z kinem hiszpańskiej reżyserki. Jej Lato 1993 z czułością i matczyną wyrozumiałością chwytało psychiczno-emocjonalną zawieruchę w głowie osieroconego dziecka. W Alcarràs przed widmem osierocenia staje z kolei cała rodzinna zbiorowość, niegotowa na zbliżającą się konieczność opuszczenia kultywowanej od pokoleń ziemi. Widmo rychłej przeprowadzki podyktowanej redefinicją agrarnej przestrzeni wisi nad bohaterami niezależnie od ich wieku, świadomości sytuacji oraz indywidualnego przywiązania. Na katalońskiej farmie soczyste brzoskwinie mają zostać zastąpione przez solarne panele. Człowieka wyprze splątany kabel.

Zanim to się jednak stanie, grupę naszych bohaterów czekają ostatnie zbiory. W przerwach od obarczonej kresem pracy poznajemy ich w chwilach małych, codziennych wzruszeń i międzypokoleniowej odmienności. Stary rodowy nestor uczy wyczulenia na miękkość śliwek, dojrzewający chłopak zamiast przygotowywać się do egzaminów na studia woli uprawiać ukryty w polu kukurydzy krzak marihuany, matka suszy mu głowę nad garem gotowanej zupy, a najmłodsze niewiniątka biegają po polu, rzucając w siebie sałatą. Podczas odbierania Złotego Niedźwiedzia Carla Simón przyznała, że Alcarràs korzenie zapuszcza w jej rzeczywistej rodzinnej historii, a z kinowego ekranu da się wyczuć to wszystkimi zmysłami; idylliczna beztroska katalońskich wakacji promienieje szczerością prawdziwego, soczystego życia. Pomaga jej w tym na pewno zaangażowanie do filmu (tak samo zresztą jak i poprzednim razem) obsady złożonej w całości z naturszczyków, których reżyserka prowadzi bez nuty aktorskiego napuszenia czy fałszu. Świat Alcarràs jest organiczny, oddycha ciepłem hiszpańskich nocy i potem pracowitych dni.

alcarras

W tej całej prostocie udaje się jednak sprawnie uciec niebezpieczeństwu banału. Łagodność formy, plasująca się gdzieś pomiędzy impresją a dokumentalną obserwacją, sprawnie wyłapuje nie tylko piękno rodzinnej przekrojowości, ale i mgnienia rodzących się i gasnących konfliktów. Reżyserki nie interesuje jednak eskalacja – w Alcarràs, jak to przecież w rodzinie, małe sprzeczki nie potrzebują znaleźć podsumowującego ujścia, zamiast tego wypłaszczane są ciepłem rodzicielskiej miłości i dziecięcej niewinności. Nie inaczej jest z fabularną zwartością; obraz Carli Simón przybiera perspektywę najmłodszych bohaterów opowieści, meandrując sobie swobodnie pomiędzy historiami ekranowych istnień, czasem przystając na dłużej, by znowu uciec, przeskoczyć, pobiec gdzie indziej, zapomnieć i może kiedyś w przyszłości wrócić.

Bo choć w cieniu brzoskwiniowych drzew każdy dzień cechuje niespektakularna zwykłość, to za każdym razem jest to przecież inna zwykłość, okraszona innym zupełnie uśmiechem. Pomiędzy nim a świadomością konieczności opuszczenia najmniejszej z ojczyzn plasować się będzie emocjonalny ciężar Alcarràs. Tym większy, że jak gdyby niewyczuwalny, a jedynie pojawiający się od czasu do czasu w świadomości bohaterów; ciężar niezmieniający rzeczywistości, niewywracający dynamik, ale wychodzący czasem na powierzchnię niepokój. „Ale czy perspektywa nawet najcięższej jesieni zabrania cieszyć się latem?” – zza przeciwsłonecznych okularów pyta Carla Simón. A potem bierze łyk chłodnego soku ze słodkich, katalońskich pomarańczy.

REKLAMA