Connect with us

Plebiscyt

Najlepsze SERIALE SCIENCE FICTION wszech czasów! Ranking czytelników

Oto wyniki Waszego głosowania!

Published

on

Najlepsze SERIALE SCIENCE FICTION wszech czasów! Ranking czytelników

Związek science fiction i telewizji to – szczególnie na jego wczesnym etapie – dość skomplikowana relacja. Seriale powstałe w tym gatunku nierzadko bowiem wyprzedzały swoje czasy i w związku z tym spotykały się z niezrozumieniem telewizyjnej publiczności, która powodowała, iż odcinkowe opowieści nie z tego świata okazywały się frekwencyjnym niewypałem. Najlepszym tego przykładem jest kultowy w tym momencie Star Trek. Dziś status popularności seriali science fiction jest na zdecydowanie innym, wyższym poziomie. Są niezwykle chętnie oglądane, dlatego też powstają częściej niż kiedykolwiek wcześniej. Jakie seriale w tym gatunku cenicie sobie najbardziej? Oto wyniki Waszego głosowania!

50. „Diuna” (2000)

Może i miniserial Johna Harrisona trzeszczy i skrzypi od drewnianego aktorstwa, a także wygląda – zwłaszcza dziś – nieco tandetnie, ale trudno go nie docenić za to, że w sposób niezwykle przystępny i wciągający przedstawił telewizyjnej publiczności zawiłości świata Herberta. [Przemysław Mudlaff]

Advertisement

49. „Neon Genesis Evangelion” (1995–1996)

NEON GENESIS EVANGELION

Anime, które kocham i którego nienawidzę. Gdy oglądałam je pierwszy raz, nie udało mi się go skończyć. Moje emocje były zbyt silne, by przebrnąć przez cały serial. Wróciłam do niego kilka lat później, obejrzałam cały i… nabawiłam się traumy. Wystarczy wspomnieć przy mnie ten tytuł, abym miała przed oczami dzieci w gigantycznych robotach. Teraz – jako matka – już nie dałabym rady do niego wrócić. Serial, który pozostaje w głowie na całe życie. [Alicja Szalska-Radomska]

48. „Ghost in the Shell: Stand Alone Complex” (2002–2003)

Ghost in the Shell: Stand Alone Complex i jego bezpośrednia kontynuacja o podtytule 2nd GiG, to doskonały serial z gatunku cyberpunk – głęboki, wciągający i diablo efektowny, mimo faktu, że sceny akcji stanowią tu tylko niezbędne uzupełnienie całości, będąc naturalną konsekwencją rozwoju fabuły. Finały obu sezonów potrafią zaś autentycznie wzruszyć. Serial Kenji Kamiyamy zdążył już wejść do klasyki anime. Nie jest w żadnym wypadku ubogim krewnym dwóch wybitnych filmów w reżyserii Mamoru Oshii, ale alternatywną, nie mniej pasjonującą adaptacją mangi Masamune Shirowa. Nie licząc maleńkiego uszczerbku w postaci samochodów w CGI, który i tak chyba aż nadto rozdmuchałem, Stand Alone Complex w swoim gatunku i klasie jawi się jako serial doskonały. I taki w istocie jest, dlatego „dychy” w prawym dolnym rogu się nie wstydzę. [Michał Włodarczyk, fragment artykułu]

Advertisement

47. „Strefa mroku” (1959–1964, 1985–1989, 2019–)

„Książka kucharska” – tak zwykło się określać tę monumentalną antologię. Nie tylko nawiązując do najsłynniejszego odcinka (To Serve Man), ale przede wszystkim po to, by podkreślić, że ten serial to swoisty zbiór gotowych przepisów, pomysłów i chwytów, z których kolejne pokolenia scenarzystów mogą bez ograniczeń czerpać. Cała współczesna amerykańska fantastyka, naukowa i nie tylko, garściami korzysta z pomysłów Roda Serlinga i innych twórców Strefy mroku. Oryginalny serial broni się po latach doskonale, a jego słabsze kontynuacje – łącznie z najnowszą odsłoną produkcji Jordana Peele’a – również są warte uwagi.

Więcej o Strefie mroku przeczytacie w moim opracowaniu, do którego odsyłam zainteresowanych. [Katarzyna Kebernik]

Advertisement

46. „Orville” (2017–2022)

Orville to serial, który powinien usatysfakcjonować każdego fana starych Star Treków. Być może nie znajdziemy tutaj niczego odkrywczego, ale twór Setha MacFarlane’a to samoświadoma i udana próba wskrzeszenia tego, co w serialach telewizyjnych spod znaku science fiction było najprzyjemniejsze, najciekawsze i najbardziej sympatyczne. [Przemysław Mudlaff]

45. „The Umbrella Academy” (2019–2024)

JOHN BOYEGA jako JAMES BOND na nowej fanowskiej grafice

Cudownie zakręcona bajeczka o dysfunkcjonalnym przyszywanym rodzeństwie, w której jest wszystko – poplątane linie czasowe, odjechane sceny walki, mocny element komiczny. Serial Steve’a Blackmana i Jeremy’ego Slatera stoi świetnie rozpisanymi i równie dobrze zagranymi postaciami, z rewelacyjnym Numerem Piątym (Aidan Gallagher) na czele. Niestety, w czwartym, finałowym, sezonie zabrakło materiału źródłowego, co sprawiło, że znacznie obniżył loty. Niemniej jednak, jako całość, seria nadal godna polecenia. [Agnieszka Stasiowska]

Advertisement

44. „Kosmos 1999” (1975–1977)

Kosmos 1999 to absolutnie obowiązkowa pozycja dla wszystkich fanów oldschoolowych seriali science fiction, które nie były jeszcze zorientowane na akcję, ale na coś w stylu intelektualnej fantastyki naukowej. Kosmos 1999 charakteryzował się świetnymi efektami praktycznymi, prowokującymi do myślenia historiami i fantastycznym aktorstwem. [Przemysław Mudlaff]

43. „Rozdzielenie” (2022–)

Liga Super Wstydu

Choć sam koncept scenariusza może i brzmi banalnie, a monotonna codzienność pracowników Lumonu z początku kompletnie nie pasuje jako tematyka na porywający i pełen suspensu serial, Rozdzielenie szokuje i absolutnie wgniata w fotel, zmuszając do rozegrania indywidualnej intelektualnej rozgrywki w każdym z dziesięciu epizodów. Adam Scott nareszcie otrzymał swoją szansę w pierwszoplanowej roli Marka – bohatera nieszablonowego, przepełnionego smutkiem, a jednocześnie niemal do samego końca nie jesteśmy pewni jego prawdziwych motywacji. The Severance to perełka dla miłośników nieoczywistego, powolnego przebiegu fabuły z tematyką science fiction w tle.

Advertisement

A w związku z wyczekiwanym 2. sezonem, który na Apple TV+ zadebiutuje już w połowie stycznia, przerwa świąteczna to idealny czas na nadrobienie zaległości i sięgnięcie po tę enigmatyczną serialową petardę. [Mary Kosiarz]

42. „Zagubieni w kosmosie” (2018–2021)

Krytykowanie Zagubionych w kosmosie za to, że są lżejsi w wydźwięku, że idealizują i słodko uśmiechają się do widza, jest dla mnie tak samo głupie jak mówienie, że czytanie dziecku bajek jest tak po prawdzie świadomym go okłamywaniem. Kino ma nam także dostarczać ideałów. Ma dawać prostą, niezobowiązującą rozrywkę, gdzie ból szybko znajduje ukojenie, a konflikt – szczęśliwe rozwiązanie. Ma zapraszać do odbycia fantastycznej podróży z ludźmi godnymi zaufania. Ludźmi, od których można uczyć się tego, co znaczy być człowiekiem w świecie przyszłości, oraz jakie wartości wypada w sobie pielęgnować, by w obliczu ostatecznej próby nie zostać przez los okradzionym.

Advertisement

To dają mi Zagubieni w kosmosie – szczere, prorodzinne SF. [Jakub Piwoński, fragment recenzji]

41. „Sliders” (1995–2000)

W serialu śledzimy przygody grupy ludzi, który „ślizgają się” pomiędzy różnymi wymiarami, gdzie rozwiązują problemy o globalnym znaczeniu, jednocześnie próbując odróżnić się od swoich międzywymiarowych odpowiedników. Nie jest to dzieło przełomowe, ale niesamowicie przyjemne w odbiorze. Widzimy powtarzające się motywy, które dziś są może przestarzałe. Jednak to bez znaczenia, bo całość to totalna jazda bez trzymanki. Pojawiają się też odcinki, które starają się namieszać i wywrócić całą fabułę do góry nogami, co tylko działa na korzyść serialu. Do tego mamy bohaterów, którzy są na tyle sympatyczni, że chcemy dalej oglądać ich przygody.

Advertisement

Oczywiście lata 90. nie byłyby sobą, gdyby co drugi serial nie został opatrzony tandetnymi efektami specjalnymi. Tak jest też w tym przypadku, dzięki czemu otrzymujemy dzieło, które poziomem nie odbiega od klasyki gatunku, czyli Doktora Who. To przykład serialu, który albo się kocha, albo – nienawidzi. [Gracja Grzegorczyk-Tokarska]

40. „The OA” (2016–2019)

Specyficzny, inny, nietypowy – te słowa z marszu cisną mi się na usta po seansie dwóch sezonów The OA. To z pewnością jeden z najbardziej zagadkowych, nietuzinkowych seriali SF, ale też jeden z tych trudno przyswajalnych. Niejednokrotnie miewałem chwile, gdy chciałem zakończyć swoją przygodę z serialem – bo mnie zwyczajnie nudził. Równie często przeżywałem jednak zachwyt jego charakterystycznym romantyzmem. Teoria światów równoległych sprowadzona została tu do roli tła dla historii o poszukiwaniu łączności.

Advertisement

Przy odrobinie zaangażowania i otwartym sercu da się The OA wzruszyć. Dlatego szkoda, że ostatecznie Netflix zdecydował się skasować serial – znacznie gorsze twory kontynuowane są bez opamiętania. [Jakub Piwoński]

39. „Star Trek: Picard” (2020–2023)

Stark Trek: Picard to już kolejna serialowa produkcja ostatnich lat, która stara się nadać nowy blask legendarnej serii Star Trek. Poprzednia próba nie była do końca udana. Początkowy zachwyt nad Star Trek: Discovery szybko zmienił się w totalne znudzenie i przestałam oglądać produkcję po zaledwie jednym sezonie. Na Picarda czekałam więc zaledwie z lekkim entuzjazmem, nie dając się ponieść emocjom fana startrekowych produkcji.

Advertisement

Ta strategia opłaciła się – wciągnęłam się już po pierwszym odcinku. [Gracja Grzegorczyk-Tokarska, fragment recenzji]

38. „Arcane” (2021–2024)

Twórcy nie żałują postaci i raz za razem stawiają ich przed rozdzierającymi serce dylematami moralnymi, dzięki czemu każda minuta serialu służy ich rozwojowi, a przede wszystkim – nie nudzi. To dzieło o świetnym tempie, trzymające na krawędzi fotela od początku do końca, błyskawicznie związujące nas z bohaterami, a do tego stojące na najwyższym poziomie technicznym. Fani League of Legends powinni być zachwyceni. Inni widzowie także. Udało się – udowodniono, że te światy mogą się spotkać na przyjaznych warunkach. [Krzysztof Nowak, fragment recenzji]

Advertisement

37. „Futurama” (1999–)

Futurama, która wystartowała w 1999 roku, wyróżnia się dzięki inteligentnemu humorowi łączącemu absurdalną komedię z naukowym zacięciem. Futurama zyskała popularność dzięki satyrze, odważnym pomysłom i wnikliwym odniesieniom do kultury masowej oraz nauki. Pod tym względem trochę przypomina Simpsonów, ale nimi nie jest. Mimo kilkukrotnych przerw w emisji seria przetrwała dzięki lojalnej grupie fanów i ciągłej zdolności do odnawiania swojego komediowego potencjału. [Jakub Piwoński, fragment zestawienia]

36. „Gwiezdna eskadra” (1995–1996)

Gwiezdna eskadra to amerykański serial emitowany w latach 1995–1996. Produkcję stworzyli Glen Morgan i James Wong. W Gwiezdnej eskadrze śledzimy znajdujących się w kosmosie członków oddziału przeszkolonego do pracy nad naszą planetą, których misją jest walka z pozaziemską cywilizacją. Akcja rozgrywa się w latach 2063–2064. Choć twórcy planowali aż pięć sezonów serialu, zrealizowano zaledwie jeden. [Łukasz Budnik]

Advertisement

35. „Cowboy Bebop” (1998–2000)

Jedno z moich ulubionych anime. Kosmiczni piraci przez wiele odcinków niezmiernie mnie bawili, dlatego gdy pojawiały się smutniejsze sceny, coś dosłownie ściskało moje serce. Wersji aktorskiej nie obejrzałam do dziś, jakoś szkoda mi było czasu na psucie sobie wspomnień, zamiast tego włączyłam muzykę z Bebopa i zastanawiałam się, czy już pora na powtórne oglądanie. Jako ciekawostkę dodam, że nie przepadam za jazzem, ale tutaj jakoś nie tylko mi nie przeszkadza, ale nawet się podoba. [Alicja Szalska-Radomska]

34. „Star Trek: Discovery” (2017–2024)

Star Trek: Discovery zdaje się nadal pełnić funkcję pochwały społeczeństwa demokratycznego, skupionego wokół ideałów równości oraz pacyfizmu, sięgającego do agresji tylko w ostateczności. Choć osobiście uważam, że wartości te nie są dobrem bezwzględnym, to jednak przekonują mnie one w tym konkretnym ujęciu fantastyki naukowej. Bardzo bowiem możliwe, że w przypadku funkcjonowania międzyplanetarnej federacji dyplomacja prowadzona z innymi rasami może stanowić wyznacznik naszej siły oraz przewagi. Po przeciwnej stronie stoją bowiem radykałowie wyznający izolacjonizm, czyli faszystowscy Klingoni, którzy – choć są honorowi i wiele dobrego moglibyśmy się od nich dowiedzieć na temat wojennego rzemiosła – to jednak pozostają w kosmosie całkowicie samotni. [Jakub Piwoński, fragment recenzji]

Advertisement

33. „For All Mankind” (2019)

Tytuł Apple TV+ jest zaskakująco zręcznie skonstruowaną historią, w której obok siebie mogą funkcjonować zarówno odrobinę rewizjonistyczne poglądy na amerykański program kosmiczny oraz sposób funkcjonowania USA na arenie międzynarodowej, jak i patetyczne wątki, w których astronauci okazują się nie tylko ludźmi z krwi i kości, ale także herosami wyznaczającymi kierunki rozwoju, poświęcającymi życie w zmaganiach z bezdusznym kosmosem. Elementy ckliwe przeplatają się z odważnymi tezami, co produkcji wychodzi na dobre – nie dość, że każdy widz odnajdzie w produkcji coś dla siebie (albo politologiczną analizę czasów zimnej wojny, albo rodzinną dramę), to w dodatku wszystkie, pozornie sprzeczne, części łączą się w całość gwarantującą doświadczenie emocjonalnego rollercoastera. [Marcin Kempisty, fragment recenzji]

32. „Człowiek z Wysokiego Zamku” (2015–2019)

Człowiek z Wysokiego Zamku to produkcja zrealizowana z ogromną dbałością o szczegóły, pomysłowo i w sposób, który naprawdę oddaje ducha książki Dicka. Widać, że Spotnitz i spółka pojęli ideę zabawy w alternatywne światy i intencje autora. Wątki, o które serial został w porównaniu z książką rozbudowany, nie są naciągane i stanowią spójną całość z tymi wyciągniętymi z Dicka w całości. Autorom serialu udało się nie zanudzić widza filozoficznymi rozważaniami na temat natury istnienia, co w przypadku materii takiej jak klasyczne dzieło Dicka było bardzo prawdopodobne, z drugiej strony nie spłycili przekazu i nie zarżnęli ekranizacji, dopasowując się do targetu.

Advertisement

[Michał Bleja, fragment recenzji]

31. „SeaQuest” (1993–1996)

Na SeaQuest wychowała się niezła grupka współczesnych fanów seriali SF. Telewizja Polska uraczyła nas za młodu dwoma pierwszymi sezonami tej sympatycznej przygodówki, dostarczając całkiem niezłych wrażeń. Dziś serial służy już wyłącznie jako sentymentalna wspominka, ewentualnie jako swoiste guilty pleasure – przestarzałe efekty, momentami drętwe dialogi i absurdalne rozwiązania scenariuszowe mogą tylko zniechęcać do kontynuowania seansu, a niestety z sezonu na sezon jest coraz gorzej. W zasadzie broni się jedynie część pierwsza i do niej można spróbować wrócić. [Agnieszka Stasiowska]

Advertisement

30. „Star Trek” (1966–1969)

Serial, w którym dzielny kapitan Kirk walczy z człowiekiem-kaloszem! A przynajmniej tak nabijał się z niego mój znajomy, z którym od lat polecamy sobie różne tytuły. Ja jestem w tym serialu absolutnie zakochana. Fakt, że trąci już myszką i że efekty specjalne nie istnieją, ale te wszystkie dźwięki otwieranych drzwi, te zdania powtarzane we wszystkich odcinkach, a nawet śmierć czerwonych koszul mają swój klimat i jakiś urok. Do tego podziwiam ten serial za nowatorskość i przyszłościowe spojrzenie. Zwróćcie uwagę na to, jak zróżnicowana etnicznie jest załoga, a jest to zupełnie naturalne, nikt nie został wciśnięty na siłę, bo tak trzeba.

Tam to zagrało, bo nie było wymuszone. No i technologia przyszłości – drzwi, które same się przed nami otwierają, i komórki już mamy, czekam jeszcze na możliwość teleportacji. Dla fanów serii must see, chociażby po to, aby dowiedzieć się, skąd J.J. Abrams brał bohaterów do swoich Star Treków. [Alicja Szalska-Radomska]

Advertisement

29. „Star Trek: Deep Space Nine” (1993–1999)

Tej serii Star Treka nie uważam za dobrą, jednak ma miejsce w moim serduszku. Oglądałam ją lata temu w telewizji i totalnie się w nią wciągnęłam. Kiedy zabrałam się za całą serię, aby uzupełnić braki, nie porwała mnie, ale nadal sprawiała mi frajdę. Ciekawym pomysłem jest za to przeniesienie akcji ze statku kosmicznego na stację. To zmniejszyło dynamikę akcji, jednak zwiększyło ilość interakcji między bohaterami, skupiamy się bardziej na ludziach (i nie tylko) niż na poznawaniu kosmosu. Dla fanów serii pozycja warta polecenia. [Alicja Szalska-Radomska]

28. „Star Trek: Enterprise” (2001)

W świecie Star Treka było już wszystko poza prequelem – postanowiono to w końcu nadrobić. 100 lat przed wydarzeniami z pierwszego serialu dzielny kapitan Archer razem z załogą przemierza kosmos i odkrywa nowe cywilizacje. Serial trafił na antenę w kiepskim momencie, w tym samym czasie nadawano bowiem w telewizji aż cztery inne produkcje z serii i w dodatku kręcono jeszcze filmy. W rezultacie został przedwcześnie skasowany i to tuż po tym, jak jego jakość zaczęła szybować wysoko w górę. Wielka szkoda. Główny wątek serialu dotyczył broni masowej zagłady, która podczas pierwszych prób zniszczyła Florydę i miała posłużyć do unicestwienia całej planety. Podróż w nieznane, by zatrzymać potencjalną rzeź, była doskonałym pomysłem na fabułę. A do interesujących, dobrze napisanych postaci aż chciało się wracać. [Gracja Grzegorczyk-Tokarska]

Advertisement

27. „Rick i Morty” (2013–)

Perypetie szalonego naukowca Ricka Sancheza, który podróżuje po różnych wymiarach i rzeczywistościach wraz ze swoim rozchwianym emocjonalnie wnukiem Mortym, zachwycają kreatywnością, humorem i projektami postaci i lokacji. Pomimo szalonego tonu całości twórcy znajdują też miejsce na pokazanie relacji rodzinnych i wyjątkowo przyziemnych problemów, które uderzają podwójnie, gdy skontrastuje się je ze zwariowaną formą i często mało wybrednym humorem. Niezmiennie zadziwia mnie pomysłowość scenarzystów – co najmniej kilka odcinków opiera się na koncepcie, który spokojnie mógłby posłużyć jako podstawa filmu science fiction. [Łukasz Budnik, fragment plebiscytu]

26. „Problem trzech ciał” (2024–)

Netflix rozwiązał paradoks Fermiego, a właściwie najpierw zrobił to Cixin Liu, a potem zwizualizował to w niezłym stylu Netflix. Niestety, kilka razy już natknąłem się w sieci na dziwne stwierdzenie, że oto David Benioff i D.B. Weiss za pomocą Problemu trzech ciał muszą odpokutowywać i rekompensować widzom 8. sezon Gry o tron.

Advertisement

Nic nie muszą, przecież ostatni sezon był świetny. A nawet gdyby musieli, to ich najnowszy serial dobrze się do tego nadaje, mimo że jest adaptacją niełatwej w odbiorze prozy Cixina Liu, a dokładnie 1. części cyklu. Wdzięcznie prężące grzbiety na mojej półce Ciemny las Koniec śmierci jeszcze czekają na wersje filmowe, mam nadzieję, że przynajmniej równie dobre. Tym stwierdzeniem, że Cixin Liu pisze niełatwo, to się aż tak jednak nie przerażajcie. Jacek Dukaj z niego nie jest, więc wystarczy podstawowa, aczkolwiek ugruntowana, wiedza z zakresu fizyki szkoły średniej. Resztę można doczytać w Google i nawet dla sportu porobić niektóre zadania.

 Problem trzech ciał ma kilka problemów, lecz sam w sobie nie jest problemem, tylko dobrą adaptacją, której zabrakło nieco pieniędzy na lepszą postprodukcję. [Odys Korczyński, fragment recenzji]

Advertisement

25. „Miłość, śmierć i roboty” (2019–)

Pomiędzy drugim Deadpoolem a szóstym Terminatorem reżyser Tim Miller zdołał wygospodarować jeszcze trochę czasu na to, by stworzyć antologiczny serial animowany podszyty science fiction i horrorem, w duchu słynnego Heavy Metal. Serial sygnowany jest ponadto nazwiskiem Davida Finchera, jako producenta wykonawczego.

To jednak na Millerze spoczęła odpowiedzialność rozpisania konceptów wszystkich osiemnastu epizodów, wyreżyserowania jednego z nich oraz nadzorowania procesu powstawania reszty. Wspomniane dwa nazwiska wystarczą, by określić swoje oczekiwania względem produkcji. Dość jednoznacznie brzmiący tytuł jest czytelną sugestią, że antologia Miłość, śmierć i roboty dostarcza mocnych, przemawiających do wyobraźni wrażeń, otoczonych kostiumem fantastyki. I tak w istocie jest. [Jakub Piwoński, fragment zestawienia]

Advertisement

24. „Gwiezdne wrota: Wszechświat” (2009–2011)

Gwiezdne wrota: Wszechświat to szokująco niedoceniany serialowy diament olśniewający aktorską grą, złożonymi postaciami, wyjątkowością oddania poczucia samotności w kosmosie. To takie dzikie i, mimo peanów w poprzednim zdaniu, niepozbawione wad, choć nadal świetne skrzyżowanie LostBattlestar Galactica. [Przemysław Mudlaff]

23. „Zagubieni” (2004–2010)

Należę do tych osób, które w wieku nastoletnim oglądały LOST na bieżąco i przez kilka lat żyły wydarzeniami z tego serialu. Był to prawdziwy fenomen, którego nie da się powtórzyć – dziś nie uważam, że to najlepsza produkcja na tej liście, ale z pewnością ta, do której mam największy sentyment. LOST już zawsze będzie zajmować szczególne miejsce w moim sercu. [Łukasz Budnik]

Advertisement

22. „Doctor Who” (2005–)

To jeden z pierwszych serial SF, który przetarł szlaki kolejnym tego typu produkcjom na całym świecie. Połączenie coraz to nowszych przygód w czasie i przestrzeni z przeciwnikami, z których najgroźniejszy wykonany jest z przepychacza do toalety, okazało się strzałem w dziesiątkę. Sama postać Doktora jest kultowa, szczególnie na Wyspach Brytyjskich, ale ostatnimi czasy także w Stanach. Nie przeszkadza w tym prymitywizm efektów specjalnych, który wydaje się zupełnie nie przystawać do dzisiejszej serialowej rzeczywistości. Krąży też powiedzenie, że Wielka Brytania ma 12 aktorów i pięć planów zdjęciowych, co idealnie widać na przykładzie tej produkcji.

Ale wszystko to składa się na jej niepowtarzalność. Trzeba też przyznać, że scenarzyści, w tym sam Steven Moffat, potrafili puścić wodze fantazji – wszak ani miejsce, ani czas nie ograniczają bohaterów. Któż z widzów nie chciałby być jednym z towarzyszy Doktora? Połączenie przygody, dramatu, pojedynków na śmierć i życie oraz ciekawych postaci sprawiło, że produkcja jest kontynuowana z sukcesem od roku 1963. [Gracja Grzegorczyk-Tokarska]

Advertisement

21. „Star Trek: Voyager” (1995–2001)

Kolejna odsłona Star Treka przyniosła siedem sezonów i jeden z bardziej znienawidzonych spin-offów w historii serialu. To przede wszystkim niekompetentni bohaterowie i pani kapitan, która jest jeszcze bardziej nieodpowiedzialna niż kapitan Kirk. To także powtarzanie cały czas tych samych historii, tylko inaczej opakowanych. Wciąż pojawiają się te same problemy i wciąż rozwiązywane są w ten sam sposób. Ale z drugiej strony to dalej świetny startrekowy klimat oraz różne rasy obcych, z których każda ma swoje motywy. Muszę przyznać, że mocną stroną serialu jest też humor, choć jestem przekonana, że twórcom wyszedł on zupełnie mimochodem. W tej serii mamy także zabawę teoriami matematycznymi i fizycznymi, co pozwala zadowolić nawet najbardziej nerdowską część widowni. [Gracja Grzegorczyk-Tokarska]

20. „Gwiezdne wojny: Andor” (2022–)

Jeśli przyjmiemy, że Imperium kontratakuje to wzorcowy przykład sequela w tym świecie, że Zemsta Sithów to z kolei bardzo dobry prequel, a Han Solo to całkiem przyzwoity spin-off.

Advertisement

Jeśli przyjmiemy, że Upadły zakon to idealna gra komputerowa spod znaku Gwiezdnych wojen, a Wojny klonów to rewelacyjna animacja wywodząca się z tego świata. Jeśli to wszystko przyjmiemy, musimy jeszcze ustalić, który z aktorskich seriali telewizyjnych świata Gwiezdnych wojen można uznać za wzór. Odpowiedź jest krótka – Andor. [Jakub Piwoński, fragment recenzji]

19. „Fringe: Na granicy światów” (2008–2013)

J.J. Abrams kojarzy mi się z tym, że za jaki projekt by się nie wziął, zamienia go w złoto. Tak też było w tym przypadku. Siła serialu leży w trojgu jego bohaterach i ich złożonych relacjach, co czyni całość niezwykle atrakcyjną pod względem fabularnym. Historie są również świeże i ekscytujące, a wypróbowana formuła „potwora tygodnia”, którym zajmują się bohaterowie, za każdym razem wnosi coś nowego i wyjątkowego do fabuły. To inteligentne science fiction w najlepszym wydaniu. Mamy tu wiele wątków i niuansów, które sprawiają, że momentami serial przypomina współczesne Archiwum X.

Advertisement

Troje głównych bohaterów łączy siły, aby zbadać przypadki, których nie można wyjaśnić zwykłymi kanałami naukowymi, a przy okazji muszą rozliczyć się z własną przeszłością, przyszłością i teraźniejszością. Na szczególną uwagę zasługuje John Noble w podwójnej roli, ukazującej jego niezwykły kunszt aktorski. [Gracja Grzegorczyk-Tokarska]

18. „Babylon 5” (1994–1998)

Babylon 5, mimo swoich gorszych i lepszych momentów, zawsze był traktowany jako świetny kawał telewizji i doczekał się statusu serialu kultowego. Nie odbyło się jednak bez pewnych problemów. Produkcja zaczęła z wysokiego C, ale bardzo szybko zraziła do siebie wielu widzów. A wszystko za sprawą mało subtelnych dialogów i dość schematycznej gry aktorskiej, które dla jednych były elementem charakterystycznym serialu, a dla innych czymś nie do zniesienia. Tym, którzy dotrwali do końca, przyniósł możliwość zanurzenia się w fascynująco skonstruowaną fantastyczną rzeczywistość. Świat przedstawiony w produkcji jest spójny, podobnie jak cała fabuła, twórcy już na początku wiedzieli bowiem, jak będzie wyglądać wszystkich pięć sezonów.

Advertisement

A taka spójność w przypadku współczesnych telewizyjnych produkcji nie zdarza się często. W dodatku serial był pionierem w wykorzystaniu efektów specjalnych generowanych komputerowo. Ostatecznie okazał się tak dobry, że twórcy Star Trek: Deep Space Nine przestraszyli się na tyle, iż musieli całkowicie zmienić swój serial, by w ogóle mógł on konkurować z Babylon 5. [Gracja Grzegorczyk-Tokarska]

17. „Altered Carbon” (2018–2020)

Nie od dziś fani produkcji SF wiedzą, że śmierć to dopiero początek. W Altered Carbon cała osobowość i pamięć człowieka zapisana jest w postaci cyfrowej, a ludzkie ciało to zaledwie powłoka. Wystarczy jedynie zasobny portfel i po śmierci można rozpocząć nowe, czasem lepsze, czasem gorsze życie. Można również wyjąć kogoś z „lodówki” i zażądać, aby ten zbadał prawdziwą przyczynę naszej wcześniejszej śmierci. Serial Laeta Kalogridisa stanowi luźną adaptację powieści Richard Morgan pod tym samym tytułem.

Advertisement

Historia Takeshiego Kovacsa (głównie Joel Kinnaman) to cyberpunkowy kryminał zjawiskowo skrzący się wszechobecnymi futurystycznymi neonami. To wreszcie traktat o życiu i śmierci oferujący ponadto interesujący, choć niezwykle ponury komentarz na temat problemów społecznych, aktualny zarówno dziś, jak i w odległej przyszłości. [Przemysław Mudlaff]

16. „Westworld” (2016–2022)

Denis Villeneuve wyczekuje realizacji drugiej części DIUNY, "zwłaszcza że ZENDAYA będzie protagonistką"

Jeden z głośniejszych seriali SF ostatnich lat. Twórcy postanowili przetworzyć film Świat Dzikiego Zachodu na modłę serialu, by dać telewizji widowisko SF, jakiego nie było. Wykorzystali do tego świetne efekty specjalne, wysmakowaną stylistykę, rozpoznawalne nazwiska w obsadzie i, rzecz jasna, bardzo wyrazistą kampanię marketingową. Mam wrażenie, że serial podzielił widownię na pół. Sporo osób rozczarował, ale ma też swoich wiernych fanów. Ja stoję gdzieś pośrodku – doceniam jego oprawę wizualną i klimat, jednak mam wrażenie, że twórcy zbyt zdawkowo podchodzą do budowania fabuły. Zagadki zręcznie odwracają uwagę od tego, jak mało twórcy w rezultacie mogą mieć do powiedzenia, i jeśli to podejście nie zmieni się w sezonie trzecim, obawiam się, że czwartego już nie otrzymamy. [Jakub Piwoński]

Advertisement

15. „The Last of Us” (2023–)

Fuck you, GLEE!

Craigowi Mazinowi i spółce udała się niełatwa rzecz – dobra, nawet bardzo dobra adaptacja gry komputerowej. Na polu, na którym wielu się potykało, produkcja HBO The Last of Us poradziła sobie znakomicie, wyciągając z rozgrywki narracyjny konkret, lekko go podrasowując i oferując widzom – co ważne, nie tylko tym, którzy w pozycję grali – jakościową rozrywkę z morałem. Moralnie przewrotne widowisko postapo ze świetnym aktorstwem, posępnym klimatem i odpowiednio dawkowaną akcją to perełka w katalogu HBO ostatnich lat, o którą marka powinna dbać w kolejnych seriach. [Tomasz Raczkowski]

14. „The Mandalorian” (2019–)

Po wielu latach (dekadach?) wreszcie się doczekaliśmy – oto pierwszy aktorski serial osadzony w uniwersum Gwiezdnych wojen. Warto było czekać, bo produkcja opowiadająca o samotnym rewolwerowcu, który odkrywa w sobie ojcowski instynkt, ma wszystko, czego mogliby chcieć fani kosmicznej sagi. Intrygujący bohater z tajemniczą przeszłością, hektolitry klimatu kojarzonego z oryginalną trylogią, westernowa estetyka i porządna wysokobudżetowa realizacja – Jon Favreau i Dave Filoni trafili w dziesiątkę. Środek sezonu zdawał się nieco tracić tempo, ale wiele wskazuje na to, że nawet te autonomiczne odcinki mogą okazać się istotne w przyszłości.

Advertisement

 The Mandalorian z pewnością zaskakuje formą – serialowi bliżej do aktorskiej kreskówki, a 30-minutowe odcinki nie mają nawet chwilowych dłużyzn, tak typowych dla seriali rozciągających swoje epizody do pełnej godziny. Grzechem byłoby też nie wspomnieć o doskonałej ścieżce dźwiękowej autorstwa Ludwiga Goranssona; motyw przewodni z miejsca stał się ikoniczny. [Mikołaj Lewalski, fragment plebiscytu]

13. „Silos” (2023–)

Tajemniczy i niesamowicie trzymający w napięciu. To doskonałe science fiction z wielowymiarowymi postaciami. [Stephen King]

Advertisement

12. „Firefly” (2002–2003)

To tytuł polecony mi przez brata. Trochę kosmiczni kowboje, trochę piraci. Kocham ten serial za wszystko – za klimat, za grę aktorską, za historię. Żarty mnie bawiły, wzruszające sceny wywoływały moje łzy. Jak ktoś mi mówi, że SF to tylko nudne bitwy w kosmosie, to od razu pukam się w czoło i polecam mu zobaczyć Firefly oraz – oczywiście – Serenity. Zawsze żałowałam, że ta seria jest tak krótka, ale może to i lepiej? Pozostanie legendą, nierozwodnioną przez pomysły scenarzystów. Jeśli jeszcze nie widzieliście, nadróbcie koniecznie! [Alicja Szalska-Radomska]

11. „Czarne lustro” (2011–)

W swoich najlepszych, początkowych latach, serial Charliego Brookera zasługiwał na miano kulturowego fenomenu. Brytyjczyk wziął lęki i grzeszki ery cyfrowej i podkręcił je o kilka stopni, tworząc garść równie fascynujących, co przyprawiających o ciarki scenariuszy tego, jak technologie mogą wykrzywić nasze życie za kilka/kilkanaście lat. Z czasem serialowi coraz trudniej było przeskakiwać przez wysoko zawieszoną poprzeczkę oczekiwań widowni, ale poszczególne koncepty wciąż potrafią zaskakiwać i wydobywać z przebodźcowanego widza emocje. Niezależnie od tego, jak patrzymy na dalsze sezony, o jakości i tożsamości Czarnego lustra decydują jego liczne wzloty – i pod tym względem jest to jeden z najważniejszych i najbardziej antropologicznie przenikliwych seriali XXI wieku. [Tomasz Raczkowski]

Advertisement

10. „The Boys” (2019–)

Interesująca wizja świata, galeria ciekawych bohaterów i znakomity złoczyńca w osobie Homelandera, doskonale zagranego przez Antony’ego Starra. The Boys wciąga, bawi i pobudza wyobraźnię, ukazując świat superbohaterów inny niż ten, który znamy choćby z filmów MCU. Okaże się, czy Eric Kripke i zespół scenarzystów zamkną całość w satysfakcjonujący sposób. [Łukasz Budnik]

9. „Fallout” (2024–)

Ciekawa historia, sugestywna wizja postapokalipsy i świetnie skonstruowany świat. Podczas seansu nasuwały mi się skojarzenia z LOST, co uznaję za dużą zaletę. Świetni Walton Goggins i Ella Purnell, bardzo przekonująca jako protagonistka, której ideały konfrontują się z brutalną rzeczywistością. [Łukasz Budnik]

Advertisement

8. „Dark” (2017–2020)

Trochę „Twin Peaks goes to Germany”, trochę mroczniejsza (tytuł zobowiązuje) wersja Stranger Things, trochę wariacja na temat klimatów Stephena Kinga czy przygód science fiction w kluczu young adult – innymi słowy niemieckie Dark, jeden z przebojów Netflixa końcówki drugiej dekady XXI wieku. Serial intrygował klimatem i frapującą fabułą, stopniowo rozwijając się w ciekawą układankę, w której chodziło nie tylko o podróże w czasie czy nieczyste sekrety niemieckiej poprzemysłowej mieściny, ale może przede wszystkim o mrok skrywany w umysłach i duszach bohaterów na przestrzeni lat.

Warto też dodać, że twórcom starczyło dyscypliny, by zakończyć serial zgodnie z planem i nie ciągnąć w nieskończoność bez ładu i składu – a to, zwłaszcza w głównym nurcie Netflixa – nie zawsze się udawało. Choć poszczególne wątki i puenty bywały rozczarowujące, prowadzenie wątków nie zawsze nienaganne, a realizacyjnie ciążyło dążenie do popowej uniwersalności, było (i jest) w Dark coś unikalnego, co przyciągało do kolejnych odcinków i sezonów. [Tomasz Raczkowski]

Advertisement

7. „Gwiezdne wrota: Atlantyda” (2004–2009)

Pełen humoru i świetnej rozrywki serial, dzięki któremu łatwo zarazić bakcylem do science fiction młodszych odbiorców. Gwiezdne Wrota: Atlantyda wciągają, inspirują i pozwalają poczuć się widzowi częścią tak już przecież rozległego świata. [Przemysław Mudlaff]

6. „Stranger Things” (2016–)

Pokłady kreatywności braci Duffer od 2016 zdają się nie mieć końca. Wybitny serial science fiction opowiadający o przygodach grupy przyjaciół z Hawkins w stanie Indiana, którzy odkrywają tajemniczy, ukryty świat zwany Drugą Stroną na przestrzeni lat osiągnął już właściwie status kultowości, a finalny rozdział tej historii jest jednym z highlightów serialowych 2025 roku. Stranger Things to wybuchowa mieszanka humoru, ciepła (szczególnie sezon 1), a zarazem głównej tematyki zjawisk paranormalnych i atmosfery wyjętej rodem z klasyków horroru (tu na wyróżnienie zasługuje z kolei wyjątkowo mroczny sezon 4).

Advertisement

To absolutny fenomen, który z sezonu na sezon konsekwentnie podejmuje ryzykowne kroki, nieraz zupełnie zmieniając swój klimat i stylistykę, jednak dowodzi przy tym, iż nawet największy hype i wciąż rosnąca popularność wcale nie muszą stać w sprzeczności z jakością produkcji, ba – motywują Rossa i Matta do jeszcze większego szaleństwa! Z niecierpliwością oczekuję na wielki finał, który zgodnie z zapowiedziami twórców ma przebić wszystko to, co wiedzieliśmy w serialu do tej pory. [Mary Kosiarz]

5. „Star Trek: Następne pokolenie” (1987–1994)

Chyba pierwszy serial SF, który oglądałam, a przynajmniej pierwszy, który pamiętam z dzieciństwa. Przygody kapitana Picarda i jego załogi leciały często w telewizji, chociaż nie widziałam wszystkich, a już na pewno nie po kolei. Serię nadrobiłam dokładniej dopiero po latach, chociaż niektóre odcinki znałam już na pamięć. Co mnie najbardziej ujęło w tej serii? Chyba przygoda, spotkania z nieznanym, liczni kosmici, którzy pracowali na statku na równi z ludźmi. Było w tym coś innego, wciągającego, ale zarazem niezobowiązującego. Kocham najbardziej z całej serii, chociaż nigdy nie nauczyłam się klingońskiego. [Alicja Szalska-Radomska]

Advertisement

4. „Z Archiwum X” (1993–2002, 2016–2018)

Z Archiwum X na nowo zdefiniowało dla mnie pojęcie serialu jako takiego, wprowadziło coś, co wcześniej kojarzyłem tylko z najlepszymi kinowymi dokonaniami najlepszych reżyserów: poczucie obcowania z autentyczną przygodą. Powiedzieć o nim, że to serial SF to nic nie powiedzieć, bo to przekrój wielu gatunków w iście filmowej jakości: owszem science fiction, ale również thriller, horror, komedia, nawet reality show.

I te postaci! Scully i Mulder nie tylko już na zawsze stali się uosobieniem agentów FBI, do których przymierzam każdego innego bohatera w tej roli, ale wzorem budowania relacji między postaciami. Chcesz ich oglądać, z każdym sezonem pochłaniają cię coraz bardziej i przywiązują do siebie autentycznością, głębią i zniuansowaniem łączącej ich relacji. Zależy ci na nich i przejmujesz się ich losem. To ogromna rzadkość, żeby w tak udany sposób udało się powiązać świetne, często wypełnione po brzegi tajemnicą fabuły z tak świetnie skonstruowanymi bohaterami.

Advertisement

Nie można też zapominać, że na planie X-files swoje pierwsze kroki stawiali tacy aktorzy jak Ryan Reynolds, Giovanni Ribisi, Jack Black, Shia LaBeouf, Lucy Liu i wielu innych, a Vince Gilligan, najważniejszy obok Chrisa Cartera twórca Archiwum to właśnie tu po raz pierwszy spotkał się z Bryanem Cranstonem, z którym później stworzyli inne arcydzieło w postaci Breaking Bad.

Nie bez powodu mówi się, że to właśnie Z Archiwum X utorowało drogę dla złotej ery serialu, którą przeżywamy dzisiaj. Arcydzieło najwyższej próby! [Edward Kelley]

Advertisement

3. „Gwiezdne wrota” (1997–2007)

W 1994 roku na ekrany kin trafił film Gwiezdne wrota Rolanda Emmericha z Kurtem Russellem i Jamesem Spaderem w rolach głównych i powiedzieć, że został dobrze przyjęty, to nic nie powiedzieć. Nie można się zatem dziwić, że trzy lata później na jego podstawie powstała seria przeznaczona na małe ekrany. W roli głównej obsadzono MacGyvera, który, jak wiadomo, potrafi zrobić wszystko z niczego, sukces był zatem gwarantowany. A na poważnie – Richard Dean Anderson wspaniale udźwignął rolę pułkownika Jacka O’Neilla, który wraz ze swoją ekipą poprzez wspomniane wrota eksploruje obce światy. Furora, jaką zrobił serial przyćmiewający oryginał, zaskoczyła chyba nawet twórców, którzy raczej nie spodziewali się aż dziesięciu rewelacyjnych sezonów.

Popularność Stargate SG-1, bo tak oficjalnie zatytułowana była seria, wynikała z połączenia wciągającej fabuły opartej na elementach różnych mitologii, zaawansowanych technologii i międzyplanetarnych konfliktów z dynamicznie rozwijającymi się relacjami między bohaterami. Stargate SG-1 stało się fundamentem dla rozbudowanego uniwersum Gwiezdnych wrót, które obejmuje kolejne spin-offy, takie jak Gwiezdne wrota: Atlantyda czy Gwiezdne wrota: Wszechświat, które także znalazły miejsce na tej liście, a także filmy telewizyjne i komiksy. Przez wielu widzów uważane jest za najlepszy serial SF w dziejach telewizji. [Agnieszka Stasiowska]

Advertisement

2. „The Expanse” (2015–2022)

Z jednej strony czystej próby science fiction i prawdziwa space opera, a z drugiej Gra o tron w Układzie Słonecznym. Muszę przyznać, że The Expanse nie przekonał mnie do siebie za pierwszym razem i po 2–3 odcinkach pierwszego sezonu odpuściłem.

Na szczęście dałem mu drugą szansę, i nie żałuję. Serialowi udało się coś, co udaje się niezwykle rzadko, szczególnie w SF – stworzył wizję, która może się ziścić. Wiem, jak to brzmi, ale dając mu szansę, zagłębiasz się w wersję historii, która nie sięga innych galaktyk, nadświetlnych prędkości i tak odległej, że aż niesprecyzowanej przyszłości, ale zostajesz tu, w dobrze znanym Układzie Słonecznym i obserwujesz, co może się z nim stać w ciągu paru setek lat, które przed nami. Społeczeństwa zrodzone na obrzeżach Układu, dla których Ziemia jest metropolią na wzór starożytnego Rzymu, miasta, które powstają na księżycach zewnętrznych planet, niepokoje społeczne wynikające z tego, kim są ci urodzeni tam w przeciwieństwie do nas urodzonych tutaj.

Advertisement

I polityka już nie geo-, ale panplanetarna. A to wszystko widziane z perspektywy załogi szczególnego, choć jednego z wielu kosmicznych statków przemierzających bezkres Układu Słonecznego. Wciąga jak nic innego! [Edward Kelley]

1. „Battlestar Galactica” (2003–2009)

Pamiętam, jak mój brat polecił mi ten serial. Podeszłam do niego ostrożnie, jednak już po pierwszym odcinku dałam się wciągnąć. Zgadywanie, kto jest Cylonem, i przeżywanie historii bohaterów stało się wręcz uzależniające. Mimo ciągłego napięcia, poczucia zagrożenia i wielu dramatów, znakomicie się bawiłam podczas oglądania. Największe wrażenie robiło na mnie to, jak różne mogły być postaci, które wyglądały tak samo – wielka w tym zasługa aktorów. No i ta muzyka, do dziś uwielbiam jej słuchać i przypominać sobie niektóre sceny… Kara Remembers długo była moim dzwonkiem w telefonie. [Alicja Szalska-Radomska]

Advertisement

film.org.pl - strona dla pasjonatów kina tworzona z miłości do filmu. Recenzje, artykuły, zestawienia, rankingi, felietony, biografie, newsy. Kino klasy Z, lata osiemdziesiąte, VHS, efekty specjalne, klasyki i seriale.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *