search
REKLAMA
Recenzje

ARCANE. Perełka nie tylko dla graczy

Czy „Arcane” spełniło oczekiwania fanów?

Krzysztof Nowak

24 listopada 2021

REKLAMA

Chyba można już śmiało powiedzieć, że Arcane podbiło szturmem serca zarówno fanów gry, na podstawie której powstało, jak i zupełnie nowych odbiorców. Świat z tygodnia na tydzień coraz głośniej i częściej komentował podzieloną na 3 akty historię (cóż to za świetny pomysł wydawniczy!), a obecnie raduje się na zapewnienie o powstającym drugim sezonie. Jednak nie wyprzedzajmy faktów – zanim zabierzemy się za rozważania nad zawartością kolejnej części, spróbujmy podsumować pierwszą. Jak się udało to podejście do tematu adaptowania gier wideo?

Vi i Powder to dwie siostry, sieroty przygarnięte przez przywódcę zaunowskiego półświatka i twardziela o gołębim sercu, Vandera. Wiodą w miarę bezpieczny, ale z pewnością nie praworządny żywot, zajmując się drobnymi kradzieżami i przekrętami. Przynajmniej do czasu, gdy wraz ze swoją bandą postanowią wyruszyć do górnego miasta i obrabować tamtejszego wynalazcę. Piltover, bo tak nazywa się wspomniane, przypominające wiktoriańską metropolię miasteczko, różni się od Zaun nie tylko poziomem zamożności czy umiejscowieniem, ale i podejściem do zagrożenia przestępczego. To, co na dole stanowi nieodłączną część łańcucha przetrwania, na górze staje się przyczynkiem do zaostrzenia przepisów bezpieczeństwa. Zwłaszcza kiedy okazuje się, że skradzione zostało nic innego jak najnowsze odkrycie wschodzącej gwiazdy technologii, Jayce’a. Wojna domowa pomiędzy miastami wisi w powietrzu, anonimowe do tej pory siostry nagle stają się wrogami publicznymi, a na dodatek w tle dochodzi do przełomów w procesie rozwijania nowoczesnych technologii. Sytuacja robi się naprawdę gorąca.

Warto zaznaczyć, że choć teoretycznie rzecz biorąc, Arcane jest adaptacją gry komputerowej League of Legends, w praktyce jest oparte na lore przedstawionego w niej świata, a nie bezpośrednio na wydarzeniach z gry. Ta skupia się bowiem na rozgrywkach sieciowych, gdzie genezy poszczególnych bohaterów stanowią jedynie pretekst do kolejnych potyczek. To powiedziawszy, wcześniejsza ich znajomość nie jest konieczna, by w pełni zrozumieć historię przedstawioną w serialu. Ta nie tylko opowiada o rzeczach, których nie przybliżono nam (jeszcze) w materiałach dotyczących uniwersum, ale i została napisana w taki sposób, by zapoznać nas z jego podstawowymi elementami. Dzięki temu, choć gracze z pewnością wyłapią liczne nawiązania czy jednoznaczne zapowiedzi nadejścia pewnych postaci, to dodatkowa wiedza jest opcjonalna i nie wpływa bezpośrednio na pozytywny odbiór serialu.

Tym bardziej że nawet jeżeli chodzi o charaktery dobrze znanych bohaterów, nastąpiły pewne – w większości delikatne, ale jednak – przetasowania. Powder/Jinx nie jest już tylko przedrukiem komiksowej Harley Quinn, lecz pełnoprawną, złożoną postacią, której następująca na przełomie pierwszego i drugiego aktu przemiana wychodzi od niejednoznacznej tragedii. Tymczasem relacja Jayce’a i Viktora, w oryginale sprowadzona do rywalizacji i wrogości, tutaj błyskawicznie rozwija się w kierunku bromansu i do samego końca rozczula przyjaźnią dwóch wynalazców. Także Caitlyn, w grze będąca steampunkową fantazją na temat ideału kobiety, w serialu zyskuje osobny wątek. Szybko rodząca się pomiędzy nią a Vi więź stanowi tyleż odpowiedź na fanowskie teorie, ile po prostu kawał mięsistej, równorzędnej relacji, podszytej nacechowanymi romantycznie docinkami w myśl zasady: „Kto się czubi, ten się lubi” (z „cupcake” na czele).

Trudno mi ukryć podziw co do tego, z jaką dojrzałością twórcy podeszli do materiału źródłowego. Biorąc na warsztat archetypowe postacie i – bądź co bądź – sztampową historię, wykroili poruszającą na poziomie emocjonalnym opowieść o łamiących moralne kręgosłupy nierównościach społecznych i prowadzącej do przemocy drodze technologicznego postępu. Pozbawili świat przedstawiony banalnych rozwiązań i ukazali go przede wszystkim w szarych barwach, dzięki czemu wszyscy bohaterowie – włącznie z antagonistami (to, jaką drogę od bezwzględnego ojca krwawej rewolucji, po wewnętrznie skonfliktowaną figurę taty dla zagubionej dziewczyny przechodzi Silco, zasługuje na ukłon uznania) – nie są jednoznacznie dobrzy lub źli, nie podejmują wyłącznie takich czy innych decyzji, lecz zaplątani w spiralę nienawiści i śmierci starają się po prostu pozostać wierni swoim wartościom. A że te na każdym kroku są kwestionowane, to w praktyce okazuje się, że przetrwanie w tym miejscu prędzej czy później zanurzy ich ręce we krwi. Nieważne, czy mowa o rozwiązującej problemy pięściami ulicznej wojowniczce, policjantce-idealistce mimowolnie będącej częścią skorumpowanej organizacji czy wynalazcy dotychczas trzymającym w rękach narzędzia, a nie broń.

Jednocześnie postawiono nacisk na to, by każda z kluczowych dla rozwoju wydarzeń sekwencji zyskała własną identyfikację audiowizualną. Począwszy od eksplozji w laboratorium Silco ukazanej z kilku różnych perspektyw, przez zrealizowane w konwencji gęstego thrillera psychologicznego zamachy bombowe Jinx, po walkę Ekko na jakiś czas zmieniającą stylistykę animacji na coś przypominającego graffiti. Autorzy zadbali o to, byśmy zapamiętali te fragmenty zarówno ze względu na fabularne wolty, jak i samą ich prezentację. A jeśli już o niej mowa – serial wygląda wręcz nieziemsko. Takiego połączenia jakości z niecodziennym stylem nie widziałem od czasu Spider-Man Uniwersum. Zestawienie wyglądających jak ręcznie malowane obiektów z ekspresyjnymi, napakowanymi detalami twarzami bohaterów tworzy niesamowity efekt, już od pierwszych chwil wywołując tak zwany opad szczęki. Tym bardziej że odpowiedzialni za oprawę artyści nie ograniczają się do jednej konwencji, co jakiś czas – o czym przed chwilą wspomniałem – dokonując zupełnej zmiany stylu. Chyba najbardziej prominentne pod tym względem są epizody psychotyczne Jinx, której subiektywne postrzeganie świata wygląda jak żywcem wyrwane z filmów Kona Satoshiego.

Roboty dopełniają rewelacyjni aktorzy głosowi. I o ile w recenzji pierwszego aktu byłem jeszcze w stanie wskazać swoich ulubieńców, o tyle po zakończeniu emisji nie potrafię wybrać najlepszych – wszyscy są bowiem na równym, najwyższym poziomie. Pozwolę sobie jednak wyróżnić Ellę Purnell w roli Jinx, która po prostu przeszła samą siebie, bezbłędnie wcielając się w postać psychopatycznej, znajdującej się w ciągle skrajnych stanach emocjonalnych terrorystki. To, jak duże pokłady wrażliwości odnalazła w tej śmiertelnie niebezpiecznej morderczyni, zasługuje na wszelkie nagrody. Wypada fenomenalnie zwłaszcza w zestawieniu z ekranową siostrą, odgrywaną przez Hailee Steinfeld, kiedy może wydobyć z siebie elementy Powder, jednocześnie zachowując „powłokę” Jinx.

Jednak czy pierwszy sezon serialu składa się na odrębną opowieść? Czy można go już w tym momencie uznać za zwartą historię? Na to pytanie odpowiedź brzmi nie i przyznam, że to mój największy problem z odbiorem tej części. Mimo że każda z zaprezentowanych postaci przechodzi pełną drogę i kończy serial w innym miejscu, niż rozpoczynała, to będący cliffhangerem finał nie broniłby się, gdyby nie to, że już wiemy o powstaniu drugiego sezonu. Widać, że ambicje twórców wykraczają poza kilka epizodów, zwłaszcza że w ostatnim akcie na scenę wkracza pewne militarystyczne państwo (Noxus), a konflikt dwóch miast rozrasta się poza najbliższą okolicę. Na szczęście nie wpływa to na koherencję tematyczną i wszystkie zaprezentowane rozdziały koncentrują się na motywach zarysowanych już we wstępie: siostrzanej relacji, nierównościach społecznych, cenie rozwoju technologicznego oraz tym, czy bohaterowie zdołają poświęcić najbliższych dla „dobra sprawy”.

I, co najważniejsze, odpowiedź na żadną z powyższych kwestii nie przychodzi im łatwo. Twórcy nie żałują postaci i raz za razem stawiają ich przed rozdzierającymi serce dylematami moralnymi, dzięki czemu każda minuta serialu służy ich rozwojowi, a przede wszystkim – nie nudzi. To dzieło o świetnym tempie, trzymające na krawędzi fotela od początku do końca, błyskawicznie związujące nas z bohaterami, a do tego stojące na najwyższym poziomie technicznym. Fani League of Legends powinni być zachwyceni. Inni widzowie także. Udało się – udowodniono, że te światy mogą się spotkać na przyjaznych warunkach. Teraz pozostaje nam czekać na kontynuację.

Krzysztof Nowak

Krzysztof Nowak

Kocha kino azjatyckie, szczególnie koreańskie, ale filmami zainteresował się dzięki amerykańskim blockbusterom i ma dla nich specjalne miejsce w swoim sercu. Wierzy, że kicz to najtrudniejsze reżyserskie narzędzie, więc ceni sobie pracę każdego, kto potrafi się nim posługiwać.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA