Connect with us

Publicystyka filmowa

STAR TREK: DISCOVERY. Udana kontynuacja gwiezdnej wędrówki

Wyrusz w kosmiczną podróż z STAR TREK: DISCOVERY, gdzie nowa era eksploracji i przygód w galaktyce przynosi niezapomniane emocje.

Published

on

STAR TREK: DISCOVERY. Udana kontynuacja gwiezdnej wędrówki

Wybór najsłynniejszego serialu science fiction w historii byłby bardzo prosty. Tylko Star Trek. Na wielkość marki przypada aż sześć produkcji serialowych, kontynuowanych od lat 60., oraz trzynaście filmowych. Nie można też zapomnieć o niezliczonej ilości gier komputerowych, komiksów oraz książek. Star Trek to niewątpliwie jedno z większych uniwersów, jakie poznała popkultura. Nic dziwnego, że Netflix zdecydował się wejść do tego świata. Najnowsza realizacja, Star Trek: Discovery, niedawno zakończyła swoją emisję. Jak wypadł powrót do nieznanych rejonów kosmosu?

Advertisement

W odwiecznym konflikcie panującym między sympatykami Gwiezdnych wojen a Star Treka zawsze stałem po stronie tych pierwszych, z tendencją do plasowania się pośrodku. Saga wymyślona przez George’a Lucasa była mi po prostu bardziej znana oraz przystępniejsza w formule. Dla młodego widza, jakim byłem, gdy poznawałem oba filmowe światy, odwieczny konflikt dobra ze złem zaprezentowany w Gwiezdnych wojnach był o wiele czytelniejszy, a zarazem uniwersalny w wydźwięku.

Ten technologiczny żargon, brak wyróżniającego się głównego bohatera oraz motywu przewodniego były cechami składowymi produkcji opartych na pomyśle Gene’a Roddenberry’ego, stanowiącymi dla mnie barierę trudną do przeskoczenia.

Advertisement

Po obserwacji jednak tego, w jakim kierunku ostatecznie udała się saga Gwiezdnych wojen, która kontynuując w nieskończoność motyw rodzinnych zażyłości oraz przekazywania pałeczki mocy, powoli zaczęła zjadać swój ogon, muszę jednak oddać prym Star Trekowi. Patrząc oczywiście głównie pod kątem tego, która z serii skrywa w sobie o wiele lepszy potencjał do kontynuowania, to właśnie serial traktujący o podróżach w nieznane wydaje mi się o wiele większym i ciekawszym polem do popisu dla scenarzystów. Rezultatem tego jest Star Trek: Discovery, który niezwykle ciekawie odświeża serię nowymi pomysłami, zachowując jednocześnie oryginalnego ducha.

Moją przewagą w stosunku do fanów Star Treka było to, że w momencie mierzenia się z nowym tworem nie przygniatała mnie potrzeba porównań. Miałem zatem czysty umysł, wolny od oczekiwań. Choć znane mi było uniwersum Star Treka, to jednak nigdy nie siedziałem w nim tak głęboko, by przejmować się niuansami, które ujawniane były w zapowiedziach nowej produkcji. Ostatecznie bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie jednak to, w jak umiejętny sposób wyprodukowane przez Netflixa Discovery nawiązało do tradycji Star Treka, jednocześnie dając widzowi w wielu aspektach całkowicie nowy byt piszący własną historię.

Advertisement

Pewne elementy zostały na swoim miejscu, bo też pozostać musiały. Nie mogło obejść się bez eksploracyjnych ideałów Gwiezdnej Floty, gdyż to one od zawsze określały tożsamość serii. Ponownie uwypuklone zostały technologiczne przewidywania, które w tym wypadku dają możliwość załodze do efektywniejszego podróżowania przez przestrzeń kosmiczną, ale także przemieszczania się pomiędzy wymiarami. Wyczuwalna jest w tym, rzecz jasna, dbałość o rzetelność naukową. Osią fabuły pozostaje z kolei konflikt z odwiecznymi wrogami Zjednoczonej Federacji Planet – Klingonami. Warto w tym miejscu dodać, że akcja Discovery dzieje się dziesięć lat przed wydarzeniami znanymi z oryginalnej serii, w momencie gdy po stuleciu spokoju wybucha nowy konflikt z wojowniczą rasą.

Najciekawiej jednak robi się na poziomie różnic. Już przedpremierowe informacje donosiły, że tym razem nowy Star Trek złamie jedną z żelaznych zasad serii, która jednocześnie spędzała sen z powiek scenarzystom. Otóż według idei Gene’a Roddenberry’ego kapitanowie statków Gwiezdnej Floty mieli być bohaterami bez rys, jednoznacznie dobrymi, niewchodzącymi w konflikty z resztą załogi. Było tak z Kirkiem, było i z Picardem. Tym razem świętość została jednak obalona, i to nieraz. Nie będę zdradzał, jak dokładnie ustosunkowali się do tej zasady twórcy Discovery, ale nadmienić muszę, że efekt końcowy pomysłu, jaki obrali na postać granego przez Jasona Isaacsa Gabriela Lorki, kapitana USS Discovery, jest dalece zaskakujący i jednocześnie odważny. Wbrew temu, w jakim kierunku finalnie zmierza bohater, okazuje się być wedle mnie jednym z bardziej ludzkich kapitanów w historii serialu.

Advertisement

Ale nie tylko Lorca przełamuje starą zasadę serialu. Pierwsza dokonuje tego główna bohaterka, niejaka Michael Burnham, która na skutek tego, że buntuje się przeciwko swojemu przełożonemu, zostaje słusznie ukarana. Z graną przez Sonequę Martin-Green postacią to w ogóle ciekawy przypadek jest. Choć mogłoby się tak wydawać, nie jest to pierwsza główna kobieca bohaterka serii – wie coś na ten temat kapitan Kathryn Janeway, kierująca Voyagerem. Od jej płci czy koloru skóry bardziej wyróżnia Burnham bowiem to, że jest prawdziwym protagonistą, a nie jednym z członków załogi.

Losy Discovery ukazane są głównie z jej perspektywy, co jest bardzo ciekawą nowością, gdyż wcześniej, w innych Star Trekach, mieliśmy raczej do czynienia z bohaterem zbiorowym – narracja rozkładała się mniej więcej po równo na członków załogi z naciskiem na kapitana. W Discovery prócz kilku wyróżniających się postaci tak naprawdę reszta załogi jest dla nas całkowicie anonimowa. I ma to swoje plusy i minusy, gdy weźmiemy pod uwagę plany twórców na kolejne sezony.

Advertisement

Serial wyraźnie też przyspieszył, gdyż w odróżnieniu od dawnych produkcji cechuje go dość dynamiczne tempo akcji. Jeżeli zaś chodzi o jego konstrukcje fabularną, to tym razem odcinki nie stanowią już zamkniętych całości, raczej formę ciągłą z wiodącą intrygą. Różnice zatem są odczuwalne, stąd można mówić w przypadku Discovery o wykształceniu się nowej osobowości. Mówiąc jednak o pozostaniu wiernym duchowi oryginału mam jednak głównie na myśli to, w jaki sposób nowy serial umiejętnie wykorzystuje swój gatunkowy potencjał, korespondując ze współczesnością w sferze obyczajowej, socjologicznej.

Najnowszy Star Trek zdaje się nadal pełnić rolę pochwały społeczeństwa demokratycznego, skupionego wokół ideałów równości oraz pacyfizmu, sięgającego do agresji tylko w ostateczności. Choć osobiście uważam, że wartości te nie są dobrem bezwzględnym, to jednak przekonują mnie one w tym konkretnym ujęciu fantastyki naukowej. Bardzo bowiem możliwe, że w przypadku funkcjonowania międzyplanetarnej federacji dyplomacja prowadzona z innymi rasami może stanowić wyznacznik naszej siły oraz przewagi. Po przeciwnej stronie stoją bowiem radykałowie wyznający izolacjonizm, czyli faszystowscy Klingoni, którzy – choć są honorowi i wiele dobrego moglibyśmy się od nich dowiedzieć na temat wojennego rzemiosła – to jednak pozostają w kosmosie całkowicie samotni.

Advertisement

korekta: Kornelia Farynowska

Advertisement

Kulturoznawca, pasjonat kultury popularnej, w szczególności filmów, seriali, gier komputerowych i komiksów. Lubi odlatywać w nieznane, fantastyczne rejony, za sprawą fascynacji science fiction. Zawodowo jednak częściej spogląda w przeszłość, dzięki pracy jako specjalista od promocji w muzeum, badający tajemnice początków kinematografii. Jego ulubiony film to "Matrix", bo łączy dwie dziedziny bliskie jego sercu – religię i sztuki walki.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *