Plebiscyt
Najlepsze MUSICALE WSZECH CZASÓW. Wielki ranking czytelników
Odkryj ranking NAJLEPSZE MUSICALE WSZECH CZASÓW! Przeżyj niezwykłe emocje i rytmy, które zapamiętasz na zawsze.
Tym razem nie będzie ani do rymu, ani do taktu, bo wyprztykaliśmy się z pomysłów przy okazji zachęcania czytelników do głosowania na najlepsze musicale wszech czasów, naszych czasów, ever. Poniżej publikujemy wyniki – łącznie trzy dyszki tych, które najbardziej cenicie, najmocniej wbiły wam się w pamięć albo po prostu najlepiej się na nich bawiliście. Bo o to w sumie w musicalach chodzi, aby wraz z bohaterami rytmicznie pląsać po kadrach, dać się ponieść śpiewanym emocjom i chwytliwym nutom. A zatem show czas zacząć!
30. Evita (1996)
Film w reżyserii Alana Parkera przenosi na duży ekran musical, który od 1978 roku pojawia się na deskach scenicznych, także w Polsce. W premierowym spektaklu na West End rolę Evy Peron powierzono Elaine Paige, która wysoko zawiesiła poprzeczkę dla wszystkich późniejszych wykonawczyń utworów Andrew Lloyda Webera i Tima Rice’a. Alan Parker rolę Evity, po rozważeniu takich nazwisk jak Barbra Streisand czy Liza Minelli, ostatecznie oddał w ręce Madonny, piosenkarki niezwykle popularnej, lecz dysponującej nieporównanie gorszym wokalem niż wymienione dwie panie czy też Elaine Paige.
Madonna poradziła sobie z zadaniem więcej niż dobrze, niedostatki oktaw pokrywając swoją niezwykłą charyzmą, której Evicie przecież nie brakowało. Słynne Don’t Cry For Me Argentina w jej wykonaniu trafiło do MTV i zyskało nowe życie. Atutem filmu zaś, nieco niespodziewanie, okazał się Antonio Banderas, który w roli Che swoim przyjemnym głosem prowadzi widza przez historię drugiej żony Juana Peróna. [Agnieszka Stasiowska]
29. My Fair Lady (1964)
Niekwestionowany klasyk gatunku i rola, którą Audrey Hepburn udowodniła swoją klasę, tworząc znakomity duet z Rexem Harrisonem. Typowa historia „from rags to riches” ubrana została tu w przepiękne kostiumy i niezwykle sympatyczne piosenki. Przy całym swoim przepychu to przy tym skromne dzieło, które nie sili się na zbytnią ekstrawagancję – w porównaniu z wieloma innymi reprezentantami gatunku poszczególne numery bywają naprawdę niepozorne, rozpisane na kilka osób zamiast na całe tłumy, a całość posiada lekko sceniczny sznyt. Ale być może dlatego tak łatwo trafia ten film do serca. [Jacek Lubiński]
28. Mamma Mia! Here We Go Again! (2018)
Zrealizowana po latach kontynuacja ma wielką zaletę w postaci Lily James, która znakomicie wypada jako młoda Donna, dodaje filmowi mnóstwo energii i świetnie wypada wokalnie – dzięki temu śledzenie jej wątku sprawia frajdę (nawet jeśli jego przebieg całkowicie przeczy temu, co ustanowiono w części pierwszej). Here We Go Again jest zresztą napisane nieco lepiej niż poprzednik i ma zdecydowanie większy ładunek emocjonalny. Strzałem w dziesiątkę było postawienie na te wciąż popularne, ale jednak mniej znane piosenki ABBY. Nie brakuje momentów, gdzie humor jest mocno przestrzelony, niemniej to przyjemny seans. [Łukasz Budnik]
27. Miasteczko South Park (1999)
Kinowe przedłużenie popularnego serialu dla dużych, niegrzecznych dzieci to między innymi śpiewający o samotności Saddam Husajn, wtórujący mu diabeł we własnej osobie, obrazoburcza piosenka dwóch kanadyjskich komików, napaść słowna na matkę kolegi, francuska ballada o ruchu oporu, oda do gwiazdy hokeja czy w końcu rozluźniające Mmmkay, które w zamierzeniu ma stanowić alternatywę dla przekleństw. Czyni to z South Parku chyba najbardziej chamski i niegrzeczny musical w historii, ale nie jest to powód do zmartwień, gdyż wszystkie te atrakcje, jakkolwiek obraźliwe u swych podstaw, działają – także w kwestii czysto rozrywkowej, bez podtekstów. I oto chodzi! [Jacek Lubiński]
26. Hallo Szpicbródka, czyli ostatni występ króla kasiarzy (1978)
Film muzyczny po polsku, czyli gwiazdorska obsada (Piotr Fronczewski, Gabriela Kownacka, Irena Kwiatkowska, Wiesław Gołas i inni), historia zainspirowana prawdziwą postacią (Szpicbródka to w rzeczywistości Stanisław Cichocki), Warszawa w okresie dwudziestolecia międzywojennego i mariaż rewii oraz wątku kryminalnego w postaci skoku na bank. Cóż za mieszanka! [Łukasz Budnik]
25. Cały ten zgiełk (1979)
Nazywany królem musicali Bob Fosse nakręcił kilka ikonicznych dla gatunku dzieł, ale w moim odczuciu to właśnie Cały ten zgiełk zasługuje na miano jego najlepszego musicalu. Mroczna, narkotyczna wizja show-biznesu i pogoni za perfekcją jednocześnie fascynuje i niepokoi, a Roy Scheider w roli Joe Gideona osiąga aktorskie Himalaje. Nagrodzony Złotą Palmą Cały ten zgiełk to film w połowie autobiograficzny, zawierający wiele doświadczeń samego Fosse’a, który znany był z maniakalnego wręcz dążenia do perfekcji, czy to na scenie, czy za kamerą. [Dawid Myśliwiec]
24. Upiór w operze (2004)
Ogromny literacki, teatralny i filmowy potencjał, jaki tkwi w powyższej historii, rzuca się w oczy niemal od razu. Wynika on w dużej mierze z tej specyficznej atmosfery przepychu, grozy i tajemnicy, jaka panuje w starych wnętrzach teatru. W powietrzu zdaje się wisieć tragedia i niech cudowne przestrzenie zbudowanej od zera w amerykańskim studiu Pinewood opery nie okażą się złudne. A trzeba przyznać, że Upiór istotnie zachwyca od strony muzycznej (co nie jest znowu takie dziwne) oraz wizualnej. Początkowa sekwencja rozświetlania opery z pewnością pozostanie na długo w pamięci widzów. Być może nawet dłużej niż sama historia, którą z takim blichtrem rozpoczyna. [Jacek Kozłowski]
23. Sweeney Todd: Demoniczny golibroda z Fleet Street (2007)
Sweeney Todd to kolejny film z serii „Dziwne przypadki Johnny’ego Deppa i Heleny Bonham-Carter w filmie Tima Burtona”. Nie są to ich najciekawsze przygody, ale też nie najgorsze – to musical mocno upstrzony krwią, ale nie zabrakło tam humoru i mrocznego Burtonowskiego klimatu. Mielenie klientów golibrody może nie wywoływało ciarek, ale wystarczająco działało na wyobraźnię. I swoją drogą, choć Sweeney Todd to musical, jego zwiastun starannie ukrył ten fakt przed widzami – bo przecież nikt nie pójdzie do kina słuchać, jak połowa obsady zdziera sobie gardła. [Kornelia Farynowska, fragment rankingu]
22. Zakazane piosenki (1946)
Po zakończeniu wojny Ludwik Starski i Leonard Buczkowski planowali nakręcić reportaż o ulicznych śpiewakach wykonujących piosenki w okupowanej przez Niemców Warszawie. Zebrany przez nich materiał był obszerny, dlatego podjęto decyzję o przekształceniu go w produkcję pełnometrażową. Obaj zdobyli już filmowe doświadczenie przed wojną, a jednak musieli się tego rzemiosła uczyć na nowo, bo produkcja filmowa w Polsce, tak jak Warszawa, wymagała odbudowania. Na nowo trzeba było znaleźć sposoby na zdobycie taśmy filmowej, sprzętu do realizacji obrazu i dźwięku, kostiumów dla aktorów.
Problemy wynikały nie tylko z tego, że kino polskie przez całą okupację straciło wprawę w kręceniu filmów, ale też doskwierały ograniczenia budżetowe z powodu wszechobecnej nędzy. Wszyscy mieli świadomość, że uczestniczą w momencie przełomowym dla kina polskiego, bo miał to być pierwszy rodzimy film nakręcony po wojnie. Był reklamowany na wiele miesięcy przed premierą film, dlatego z niecierpliwością czekano na efekt końcowy. W głównej roli miała wystąpić popularna i ceniona aktorka teatralna Danuta Szaflarska – grała w teatrach wileńskich, krakowskich, łódzkich i warszawskich, zdobyła nagrodę za tytułową rolę w sztuce Barry’ego Connersa Roxy (grudzień 1945; Stary Teatr w Krakowie). I jeszcze przed premierą Zakazanych piosenek trafiła na okładkę pierwszego numeru magazynu (wówczas dwutygodnika) FILM.
Polskie kino już przed wojną bawiło się w musical, powstało wtedy sporo komedii muzycznych, z których piosenki stały się szlagierami. Ich autorami byli m.in. Henryk Wars, Emanuel Szlechter, a także twórca scenariusza do Zakazanych piosenek, Ludwik Starski. Jednak Starski do filmu Buczkowskiego napisał tylko jeden utwór, Warszawo ma (do muzyki Aleksandra Olszanieckiego z 1932), który wykonała Zofia Mrozowska. Pozostałe utwory to już antologia popularnych piosenek okupacyjnych (m.in. Dnia pierwszego września, Czerwone jabłuszko, Teraz jest wojna, Siekiera motyka, Serce w plecaku).
Film został nakręcony dwukrotnie. Premiera pierwszej wersji odbyła się w styczniu 1947, zdobyła dużą popularność, ale z powodu dość mocnych, konstruktywnych argumentów krytycznych zdecydowano się poprawić film. Druga edycja trafiła na ekrany w listopadzie 1948 i w założeniu twórców miała być bardziej realistyczna. Zmieniono ramę narracyjną, mocniej zaakcentowano grozę wojny poprzez wzmocnienie negatywnej roli niemieckiego okupanta. Przy okazji usunięto również jedną piosenkę – Śpiew z mogiły autorstwa Wincentego Pola i Fryderyka Chopina. [Mariusz Czernic]
21. Jesus Christ Superstar (1973)
W wyjątkowym musicalu w reżyserii Normana Jewisona wszystkie kwestie zostają wyśpiewane. Film z 1973 roku wzorowany jest na słynnej operze rockowej, koncentruje się na konflikcie między Judaszem a Jezusem w tygodniu poprzedzającym jego ukrzyżowanie. Historia jawi się w charakterystycznej hipisowskiej otoczce, a świadczą o tym rockowe brzmienia oraz błyszczące kostiumy. I te są zauważalne w finałowym utworze, Superstar, któremu towarzyszą światła reflektorów, chórki w połyskujących strojach oraz duch zmarłego Judasza Iskarioty w cudownie fantazyjnym przebraniu rodem z disco.
Postać klasycznego antagonisty paradoksalnie gra w filmie pierwsze skrzypce, co więcej, budzi litość i zrozumienie. Odtwórcy obu ról, Carl Anderson oraz Ted Neeley, za swoje kreacje aktorskie zostali nominowani do Złotych Globów w 1974 roku. Choć nowatorska opowieść o losach Chrystusa budzi sporo kontrowersji, jest przykładem niezwykle udanego przeniesienia musicalu teatralnego na ekran. Nadaje całkiem nowy styl narracji biblijnej opowieści. [Maja Budka, fragment artykułu]
20. Miasteczko Halloween (1993)
Cóż to jest? Cóż to jest? Ta ponura animacja? Śpiewające kościotrupy? Śmierci cała afirmacja? Tu postaci są bez ręki – torturują, straszą, psocą! I Świętego Mikołaja porywają ciemną nocą! O co chodzi? O co chodzi? Burton jeden chyba wie. Każąc śpiewać tym pokrakom, sympatycznym czyni je. Czarny humor leje się! Gwiazdka miesza się z groteską – ulepioną grubą kreską! Czuć tu szczerość, ciepło, miłość, zapiekane śmiechem gromkim! Jest zabawa, są kolory pośród tych halloweenowych ruin! To fantazja wyjątkowa, zainspirowana wręcz! Miast koszmary wywoływać, wprost do serca wkrada się! Cóż to jest? O co chodzi? Nie wiem, ale więcej tego chcę! Bo znalazłem takie miejsce, w którym dobrze czuję się! Miasteczko Halloween? Hmm… [Jacek Lubiński]
18. West Side Story (1961) [ex aequo]
Remake od samego Stevena Spielberga jest już gotowy, choć trudno jakkolwiek zracjonalizować jego powstanie w obliczu perfekcji oryginału. To bez dwóch zdań jeden z najlepszych musicali w historii, mający wszystko, czego można wymagać od takiego filmu, a przyciągający nas już od pierwszych kadrów, od pierwszych taktów. Nieśmiertelna, jakże wciąż aktualna America, piosenka Jetów, chwytliwe Tonight czy w końcu piękna Maria z taką pasją wykonana przez zakochanego po uszy Tony’ego – te nuty na stałe zapisały się w annałach kina i kojarzą je nawet osoby nieznające filmu. Zasłużone 10 Oscarów i miejsce w sercu każdego fana. [Jacek Lubiński]
18. Król rozrywki (2017) [ex aequo]
O tym, że Hugh Jackman to urodzony showman, wiedzieliśmy wszyscy na długo przed premierą Króla rozrywki. Ale film Michaela Graceya we wspaniały sposób pokazał, jak wielkim talentem scenicznym dysponuje kojarzony przede wszystkim z rolą Wolverine’a Australijczyk, pozwalając również błyszczeć reszcie obsady. Charyzmatyczny Zac Efron, delikatna Michelle Williams, skryta, ale diabelnie utalentowana Zendaya – wszyscy dostali tu swoje pięć minut, a nominowany do Oscara soundtrack skomponowany przez Benja Paska i Justina Paula (rok wcześniej nagrodzonych przez Akademię za La La Land) wprost eksploduje z głośników i zostaje w pamięci na bardzo długo (This Is Me!). [Dawid Myśliwiec]
17. Tańcząc w ciemnościach (2000)
Oryginalna, acz niezwykle przygnębiająca wizja Larsa von Triera, który pozostając wierny zasadom swojej Dogmy 95, oferuje kino minimalistyczne, wręcz wyciszone. Tu każdy dźwięk i każda piosenka wynikają z potrzeby serca głównej bohaterki, z jej spojrzenia na świat, aniżeli z próby zaimponowania widzowi formą lub tanecznymi sztuczkami. To właściwie srogi dramat ubrany w ciuszki musicalu, choć obsadzenie w głównej roli ekscentrycznej wokalistki Björk sprawiło, że sprawdza się także jak pełnoprawne kino śpiewane, z którym niezwykle przyjemnie jest obcować – przynajmniej do pewnego momentu. [Jacek Lubiński]
16. Rocky Horror Picture Show (1975)
Jeżeli wierzyć krytykom i filmoznawcom – a wzmianka o tym pojawia się nawet w encyklopediach filmowych – jest to najbardziej kultowy film w całej historii kina. Z dzisiejszej perspektywy trudno dokładnie określić, co spowodowało, że właśnie wokół Rocky Horror wytworzył się aż taki kult. Zdaniem Sala Piro, jednego z największych fanów musicalu, za sukcesem produkcji stał fakt, że film promował wśród młodych widzów otwartość umysłu. Inni krytycy i historycy kina wskazywali też na to, że Rocky Horror tłumaczył awangardowe koncepcje dotyczące kultury i seksualności na język zrozumiały dla nastolatków.
Z kolei według niektórych fanów za kult wokół filmu odpowiada charyzma wcielającego się w postać transwestyty dr. Franka’N’Furtera Tima Curry’ego, który budując tę niesamowitą postać wzorował się ponoć w równym stopniu na Micku Jaggerze i Davidzie Bowiem, co na własnej matce. Ważne wydaje się również to, że Rocky Horror wręcz zachęca widza do wspólnej zabawy i jest filmem o wiele lżejszym i przyjemniejszym w odbiorze niż inne hity seansów o północy, jak Noc żywych trupów czy Głowa do wycierania. Bohaterowie często przełamują czwartą ścianę i zwracają się wprost do kamery.
W filmie jest też sporo nawiązań, które zaznajomieni z horrorami i kinem science fiction widzowie mogą wyłapać. Wszystkie te czynniki złożyły się na zjawisko zupełnie nieprzewidywalne i niepowtarzalne – żaden późniejszy film, nie będący blockbusterem, nie cieszył się tak wielkim kultem. Nawet sequel pod tytułem Shock Treatment, który powstał w 1981 roku, nie powtórzył sukcesu pierwowzoru. [Grzegorz Fortuna, fragment recenzji]
15. Czarnoksiężnik z Oz (1939)
Niezależnie od przyjętego klucza filmową wersję z 1939 ogląda się bardzo dobrze, głównie przez znakomite światotwórstwo. Uderzona w głowę Dorotka przenosi się z szarego, nieciekawego Kansas do rzeczywistości tak innej, tak intensywnej, że aż dziw bierze, że nie zemdlała znowu. Liczba bodźców atakujących dziewczynkę jest niezwykła, wręcz zastanawiająca. Czy Dorotka cały czas tłumiła w sobie te fantastyczne wizje, a cios ościeżnicą był zapalnikiem, który je uwolnił? A może panika spowodowana aferą z Totem i trąbą powietrzną wyzwoliła w niej surrealistyczne wizje? Trudno powiedzieć, ale jest to jeden z najbardziej niesamowitych snów, jakie miewają dziewczynki w filmach. Godne podziwu. [Jan Dąbrowski, fragment artykułu]
12. Rocketman (2019) [ex aequo]
Tak się utarło, że Rocketmana często porównuje się z Bohemian Rhapsody, jako że oba filmy to biografie słynnych muzyków, którzy byli u szczytu sławy w tym samym czasie i w dodatku się znali. Szkoda, że to właśnie biografia Mercury’ego okazała się takim fenomenem wśród widzów, bo jako film to Rocketman wygrywa niemal pod każdym względem. Strzałem w dziesiątkę okazało się postawienie właśnie na stylistykę musicalową, bo dzięki temu twórcy mogli poszaleć z formą i dać się wykazać fantastycznemu aktorsko i wokalnie Taronowi Egertonowi (zasłużony Złoty Glob!), który ma tu wiele wspaniałych momentów, będących prawdziwą emocjonalną bombą. Sceny z wykorzystaniem piosenek to właściwie każdorazowo perełki. [Łukasz Budnik]
12. Dźwięki muzyki (1965) [ex aequo]
Choć od premiery Dźwięków muzyki minęło w tym roku 55 lat, dzieło Roberta Wise’a wciąż ogląda się z tym samym zachwytem. Dzieje się tak głównie za sprawą Julie Andrews w roli Marii, prawdopodobnie najserdeczniejszej postaci filmowej w historii kina i dziewczyny, która opuszcza klasztor, by zostać guwernantką dla siedmiorga dzieci kapitana marynarki Von Trappa (Christopher Plummer). Dźwięki muzyki wypełniają radość, uśmiechy i wspaniałe piosenki (jedną z nich – My Favorite Things – wykorzystał Lars von Trier w Tańcząc w ciemnościach), ale nie brakuje tu poważnych wątków – wszak całość rozgrywa się w Austrii AD 1938, a więc u progu nazistowskiej ekspansji. Co ciekawe, film oparto o biografię autentycznej osoby, arystokratki Marii Von Trapp. [Dawid Myśliwiec]
12. Les Misérables. Nędznicy (2012) [ex aequo]
Ta historia śpiewa się sama. Dzieje Jeana Valjeana, tak barwnie opisane przez mistrza pióra, Victora Hugo, na taśmę filmową przetłumaczył Tom Hopper. Barwę słowa zastąpił barwą i przepychem obrazu, w rolach głównych zaś obsadził głośne nazwiska – Hugh Jackman, Russell Crowe i Anne Hathaway z pewnością nie mieli kłopotów z przyciągnięciem widza do kin. Jakby zaś tego rozmachu było mało, Hopper postanowił, że jego film będzie musicalem, i porwał się na kultowe już libretto Herberta Kretzmera. Utwory z musicalu Nędznicy to nie byle jakie przyśpiewki, to trudne technicznie dzieła, które od lat inspirują wykonawców i wywołują emocje u widza.
To na wzruszającym I dreamed a dream wypłynęła swego czasu Susan Boyle, stając się najbardziej zaskakującym zaprzeczeniem treści utworu. W filmie Hoppera popisy wokalne nie były wartością najwyższą. Wszystkie utwory wykonywane były podczas kręcenia scen, co miało podnieść ich wiarygodność – i to udało się w pełni. Anne Hathaway dramatycznym, emocjonalnym występem wyśpiewała sobie Oscara, zaś pozostali panowie nadali swoim postaciom – Vajleana i Javerta – bardziej intymny, bardziej ludzki niż w przypadku technicznie doskonałej wersji scenicznej charakter. [Agnieszka Stasiowska]
11. Gnijąca Panna Młoda (2005)
Jak niemal każdy film Burtona działa głównie przez stylistykę, operując makabrą i groteską. Tutaj dodatkowo działa w sposób przewrotny, ponieważ świat żywych jest wyprany z barw, szary i sztywny. Zupełnie jak konwenanse i pozory, które zachowują rodzice bohaterów swatający swoje dzieci bez przywiązywania wagi do ich zdania. Świat zmarłych jest natomiast kolorowy i radosny, tak że nawet ten sam utwór grany na fortepianie brzmi tu jakby bardziej pogodnie. A skoro już o fortepianie mowa, to trudno nie wspomnieć o świetnej scenie, w której bohaterowie grają na tym instrumencie utwór na cztery ręce, który przypomina dialog.
Wtedy właśnie rodzi się między nimi zrozumienie, a muzyka zastępuje słowa. Szkoda tylko, że do tak stylowego i udanego filmu na siłę starano się upchnąć kilka popkulturowych żartów, które z żadnej strony nie chcą pasować do całości. [Maciej Poleszak, fragment artykułu]
10. Kabaret (1972)
To drugi film w karierze amerykańskiego reżysera, dzięki któremu w kinematografii amerykańskiej na nowo odrodził się musical. Osadzony w niepokojących czasach Republiki Weimarskiej, opowiada historię Amerykanki Sally Bowles (Liza Minnelli), piosenkarki występującej w nocnym klubie Kit Kat. Na tle zmieniającej się sytuacji społeczno-politycznej Niemiec lat 30. widz obserwuje rozwój wydarzeń z życia Sally i osób z jej otoczenia – młodego angielskiego pisarza Briana Robertsa (Michael York) i arystokraty Maximiliana von Heunego (Helmut Griem). Bob Fosse tworzy tutaj prawdziwe „kinomalarstwo”, a może raczej fikcyjne żywe obrazy, które nie odsyłają do konkretnych dzieł malarskich, lecz przywołują na myśl styl czy twórczość konkretnych artystów.
Kolorystyka i oświetlenie planu, a także kostiumy i charakteryzacja tworzą w umyśle widza intertekstualny związek. [Jan Dąbrowski, fragment artykułu]
9. Hair (1979)
Hair pierwotnie było musicalem scenicznym, wystawianym, ze względu na dość kontrowersyjną tematykę, na amerykańskich scenach offowych. Miloš Forman zainteresował się filmową ekranizacją spektaklu już w drugiej połowie lat sześćdziesiątych – miał to być jego wymarzony, anglojęzyczny debiut. Dlaczego tak się nie stało? Otóż wszystkiemu winne karty tarota, które na spotkaniu z Formanem układał towarzyszący twórcom oryginalnego musicalu tajemniczy Earl. Mężczyzna doszedł do wniosku, że „konstelacja nie jest sprzyjająca”, w związku z czym czeski reżyser musiał obejść się smakiem.
Projekt udało mu się zrealizować dopiero 10 lat później, już po sukcesie Lotu nad kukułczym gniazdem. Hair weszło więc na ekrany w czasie, gdy ruch hippisowski był na wymarciu, a wojna w Wietnamie oficjalnie się zakończyła. Najpewniej dlatego w powszechnej opinii panuje przekonanie, że musical Formana jest filmem spóźnionym. Dla mnie Hair funkcjonuje jednak jako swego rodzaju podsumowanie Ery Wodnika – dzieło, które musiało powstać tak późno, aby możliwe było spojrzenie na dane zjawisko z perspektywy czasu.
Znakomity film Formana przywołuje ten niezwykły okres w historii Stanów Zjednoczonych, pozwala rzucić na niego okiem raz jeszcze. Można zatańczyć, można pośpiewać, można też uronić łezkę. [Jan Brzozowski]
8. Chicago (2002)
Współczesny klasyk, który w sumie odżywił ten gatunek w XXI wieku. Worek Oscarów oraz powszechne uwielbienie widzów oraz krytyków spłynęły na niego od razu – tak jakby wszyscy stęsknili się za pląsaniem po parkiecie i radosnymi piosenkami zamiast dialogów. Trzeba jednak przyznać, że wszystko to zostało tu doprowadzone do perfekcji, bo numery sceniczne są porywające, a piosenki napisane i zaaranżowane z pazurem, w dodatku mające swój własny, niepodrabialny charakter. Rezultatem tego jest fakt, iż film Roba Marshalla nie tylko mami stroną wizualną, ale też, jak mało który tytuł, może poszczycić się prawdziwym zbiorem zapadających w pamięć hitów, z których żaden nie odstaje od reszty i wszystkie są po prostu znakomite. Dwoma słowami: musical perfekcyjny. [Jacek Lubiński]
7. Skrzypek na dachu (1971)
Skrzypek na dachu Normana Jewisona w przyszłym roku skończy 50 lat. Ta filmowa adaptacja musicalu z librettem Josepha Steina to przepiękna opowieść o rodzinie żydowskiej z początku XX wieku, zmuszonej dostosować się do zmian, które ją dotykają – jest uniwersalna jak chyba żadna inna. Mleczarz Tewje jest ubogi, a ma córki na wydaniu. Marzy o tym, żeby być bogaty (jego przezabawna rozmowa z Bogiem w tym temacie – If I Were a Rich Man – to jeden z najlepiej chyba znanych tematów muzycznych wszech czasów, a wykonanie Topola, jednocześnie radosne i sarkastyczne, to absolutne mistrzostwo) i żeby jego córki znalazły odpowiednich mężów.
Niestety, pierwsza z nich wychodzi za mąż za biednego krawca, druga za komunistę, trzecia, o zgrozo, za goja. Rodzina Tewjego zostaje wysiedlona z rodzinnej Anatewki. Nic z tego, w czym mleczarz zwykł był pędzić życie, nie zostaje takie, jak było. Czas ucieka szybko, życie mija (co przejmująco ilustruje utwór Sunrise, Sunset), a Tewje i jego rodzina, miotani pomiędzy tradycją i zmianą, usiłują zachować swoje wartości w narastającym chaosie. Skrzypek na dachu to nie tylko zbiór trafiających do ucha i serca utworów – to alegoria życia, z jego wzgórkami i dołkami i niespodziankami losu. [Agnieszka Stasiowska]
6. La La Land (2016)
Musical to gatunek, który darzę najmniejszą sympatią – tym większe jest moje zaskoczenie, że La La Land okazał się dla mnie filmem tak świetnym, który tak bardzo zdobył moje serce. Fabularnie co prawda dzieło Damiena Chazelle’a nie jest może szczególnie nowatorskie, ale z pewnością nie można odmówić historii burzliwej miłości Mii (Emma Stone) i Sebastiana (Ryan Gosling) sporego ładunku emocjonalnego zwieńczonego świetnym finałem, nieco przewrotnym, a przy tym poruszającym. La La Land byłby jednak jedynie bardzo dobrym, wzruszającym musicalem, gdyby pozbawić go tak wspaniałego reżysera i równie kapitalnych aktorów.
Chazelle udowodnił tu, że jest genialnym inscenizatorem – jego film jest po prostu perfekcyjnie dopieszczony. Scenografia i kostiumy mienią się wyrazistymi, nierzadko kontrastującymi kolorami, a wszystko i wszyscy na planie chodzą jak w zegarku, zawsze będąc w odpowiednim miejscu oraz odpowiednim czasie, by objęła (bądź pominęła) ich mistrzowsko prowadzona kamera. No i aktorstwo – Ryan Gosling może nie jest wybitnym artystą, ale z niesamowicie naturalną Emmą Stone stworzył tu doskonały duet. La La Land to też popis Justina Hurwitza, który napisał wspaniałą, czasem energetyczną, czasem melancholijną ścieżkę dźwiękową, przy każdym seansie chwytającą za serce. [Dawid Konieczka]
5. Mamma Mia! (2008)
Pretekstowa fabuła, która jest tłem dla piosenek, a nie odwrotnie, i aktorzy, którym w większości daleko do umiejętności wokalnych. W teorii brzmi to jak przepis na nieudany musical, a jednak Mamma Mia ma w sobie na tyle dużo uroku, że jest dla mnie świetnym przykładem przyjemnej rozrywki, którą chłonie się, tupiąc nogą i nie przejmując się zupełnie logiką. Nie bez znaczenia jest na pewno repertuar, wszak piosenki ABBY to ponadczasowe przeboje i nawet z kiepskich wykonań (z wyłączeniem Meryl Streep i Amandy Seyfried) można czerpać przyjemność (o ile ich autorami są przesympatyczni aktorzy). [Łukasz Budnik]
4. Blues Brothers (1980)
Dwóch śmiesznie poważnych ludków w prostych garniakach i charakterystyczne kapeluszach, noszących ciemne okulary w nocy i jeżdżących autem zakupionym na policyjnej wyprzedaży to absolutny top komedii tamtych czasów i kult nad kulty, który mimo wyzerowanego licznika nagród i ujemnych wpływów kinowych stał się prawdziwym światowym fenomenem, który trwa po dziś dzień. To także świetny, bo w sumie nietypowy musical, którego kult nietrudno zrozumieć, biorąc pod uwagę, iż znajdziemy tu dosłownie wszystko – od zwariowanych serii pościgów na epicką skalę, zakończonych jeszcze większymi demolkami, przez Stevena Spielberga jedzącego kanapkę, a na ubrankach dla dzieci skończywszy.
Dodajmy do tego jeszcze masę, często wyjątkowo irracjonalnego humoru, jedną z najlepszych opraw muzycznych w historii kina, którą dodatkowo uświetniają liczne gwiazdy rhytm’n’bluesa, a otrzymamy film totalny – taki, który mógł zdarzyć się jedynie w tamtym okresie. [Jacek Lubiński]
3. Moulin Rouge! (2001)
Właściwie większość produkcji Baza Luhrmanna charakteryzuje się rewiowym posmakiem o pewnej nienaturalności wizualnej. Opus magnum w temacie pozostaje jednak historia z 2001 roku, spajająca pełne przepychu kinowe sztuczki z ciasnymi wnętrzami tytułowego kabaretu i wodewilowymi numerami – przeróbkami współczesnych, popkulturowych hitów. Mało tego! W tym powstającym bez mała siedem lat dziele znajdziemy także operowe odniesienia. Reżyser nie ukrywał zresztą, że inspirował się zarówno Giuseppem Verdim, Szekspirem, jak i grecką tragedią, co czyni z jego filmu tytuł na wskroś wyjątkowy stylistycznie, nawet jeśli ostatecznie mocno kiczowaty w formie.
Rzecz jasna sukces finansowy pociągnął za sobą także sceniczne wersje. [Jacek Lubiński, fragment artykułu]
2. Deszczowa piosenka (1952)
Musical zarówno sceniczny, jak i filmowy najlepiej rozwinął się w Stanach Zjednoczonych. Tak jak w przypadku westernu Amerykanie mogą mówić o skodyfikowaniu gatunku, stworzeniu konkretnych reguł i określonego systemu produkcji. Wiele musicali filmowych to adaptacje przedstawień scenicznych, głównie broadwayowskich, ale nawet wtedy twórcy próbują dodać coś nowego, np. oryginalną piosenkę mającą szansę powalczyć o Oscara. W wyprodukowanym dla MGM Singin’ in the Rain nie ma oryginalnych piosenek, lecz nowe aranżacje utworów napisanych przez Arthura Freeda i Nacio Herba Browna.
Wyjątkiem jest pochodząca z 1888 roku łamigłówka językowa Moses supposes his toeses are roses, a także napisany przez scenarzystów filmu, Betty Comden i Adolpha Greena, utwór Make ‚Em Laugh, który też trudno uznać za oryginalny, jest bliźniaczo podobny do Be a Clown Cole’a Portera z filmu Pirat (1948). Stanley Donen przyznał, że to w stu procentach plagiat, ale Cole Porter nie pozwał twórców o naruszenie praw autorskich. Bo miał osobisty dług wobec producenta filmu, Arthura Freeda.
W warstwie fabularnej Deszczowa piosenka to przede wszystkim opowiedziana z humorem historia najważniejszego przełomu w dziejach kinematografii, czyli przejścia z filmów niemych do dźwiękowych. Bez tego przełomu nie byłoby hollywoodzkiego musicalu. Gdy kino wkroczyło na tę nową ścieżkę, skończyła się pewna epoka, którą teraz zaczęto wspominać z sentymentem. Otworzyły się nowe możliwości, ale też pojawiły nowe problemy, które można było pokonać kreatywnością. Film Stanleya Donena i Gene’a Kelly’ego jest nie tylko kapitalnym musicalem z masą wpadających w ucho piosenek, doskonałą aranżacją, choreografią i wykonaniem, ale też jednym z najciekawszych obrazów o kulisach powstawania filmów.
O tym, jak kino potrafi sprawnie oszukiwać widzów. O tym, że ekranowa subtelność i gwiazdorska klasa to często poza, za którą kryje się próżność. Ale to również znakomita komedia, w której humor wciąż działa, został dobrze użyty i pasuje do sytuacji, a występujący w filmie aktorzy bez wątpienia posiadali komediowy temperament. [Mariusz Czernic]
1. Grease (1978)
Grease is the word…! Zwycięzca tego plebiscytu nie mógł być inny. Rozśpiewana i roztańczona opowieść o nastoletniej miłości z typowymi dla niej przygodami to klasyk, który nie ma prawa się zestarzeć. Sandy i Danny poznają się na wakacjach i przeżywają wspólnie miłe chwile. Są przekonani, że na letniej przygodzie (Summer Nights) się skończy, ale niespodziewanie okazuje się, że Sandy po przeprowadzce trafia do tej samej szkoły, co Danny, i odkrywa, że jej romantyczny książę w towarzystwie swojego nieodłącznego gangu jest zupełnie inną osobą… Grease to kolejny transfer z desek scenicznych na ekran.
Oryginalny musical miał swoją premierę w roku 1971 w klubie Kingston Mines w Chicago, gdzie pierwotnie osadzona była jego akcja. Reżyser wersji filmowej zdecydował się nie tylko na przeniesienie akcji na przedmieścia Kalifornii, które bliższe były jego własnym wspomnieniom z tego okresu jego życia, ale także na zmianę kilku wątków, a także na odświeżenie warstwy muzycznej produkcji. Efektem jego działań jest doskonała ścieżka dźwiękowa, która rozpoczyna się energicznym Grease w wykonaniu Frankiego Valli, cieszy ucho takimi perełkami jak romantyczne Hopelessly Devoted to You, ironiczne Look At Me, I’m Sandra Dee czy buńczuczne Greased Lightning i kończy z przytupem optymistycznym We Go Together.
Kilka z tych utworów było z powodzeniem zaśpiewanych przez główną parę bohaterów musicalu – anielską Olivię Newton-John w roli Sandy Olsson i seksownego Johna Travoltę w roli Danny’ego Zuko. Na uwagę zasługuje też z pewnością smutne There Are Worst Things I Could Do wykonane przez zadziorną Rizzo (Stockard Channing) oraz cała oprawa muzyczna balu na koniec roku Rydell High – z nostalgicznym Blue Moon czy Those Magic Changes oraz finałowym Born to Hand Jive na czele. W tym ostatnim zresztą Newton-John oraz Travolta mogą popisać się także umiejętnościami tanecznymi, choć przyznać trzeba, że demoniczna Cha-Cha DiGregorio (Anette Charles) kradnie Sandy w tej scenie nie tylko chłopaka, ale i show.
Grease ma wszystko, czego trzeba – piękne dziewczyny, rzutkich chłopaków, śpiew, taniec i wyścigi samochodowe – wplecione w wątki komediowe (brawa dla całej kadry Rydell High!) na równi z dramatycznymi. Cóż więcej można napisać? Grease is the way we are feeling… [Agnieszka Stasiowska]
