Plebiscyt
Najlepsze KOMEDIE wszech czasów! Wyniki głosowania czytelników
Oto wyniki najzabawniejszego plebiscytu na najlepsze komedie wszech czasów!
Komedia to jeden z najtrudniejszych gatunków filmowych dla scenarzystów, reżyserów, aktorów. Wymaga bowiem mnóstwa świadomości oraz przeświadczenia o tym, że poczucie humoru filmowych twórców spotka się z poczuciem humoru odbiorców. Już przecież nie raz stawaliśmy się świadkami spektakularnych komediowych klap. Komedia to także gatunek bardzo rozległy, zróżnicowany. Nierzadko poza rozśmieszeniem widzów ma bowiem wzruszać, rozgrzewać serca i zmuszać do myślenia. Dwa tygodnie temu oddaliśmy w Wasze ręce listę do głosowania na najlepsze komedie wszech czasów. Oto jak ułożyły się Wasze głosy!
50. „Poszukiwany, poszukiwana” (1972)
Test na zawartość cukru w cukrze. Niezawodny Stanisław Bareja przedstawia historię Stanisława Marii Rochowicza (w genialnej kreacji Wojciecha Pokory), który w wyniku absurdalnych okoliczności musi ukrywać się jako gosposia o wdzięcznym imieniu Marysia. Film obnaża absurdy PRL-owskiej rzeczywistości („Mój mąż jest z zawodu dyrektorem!”), bawiąc inteligentną satyrą i niezapomnianymi dialogami. To jedna z tych produkcji, które nigdy się nie starzeją – niemal każda scena to klasyka, a kultowe cytaty weszły na stałe do języka potocznego. [Agnieszka Stasiowska]
49. „Nieoczekiwana zmiana miejsc” (1983)
O Nieoczekiwanej zmianie miejsc przypomniałem sobie całkiem niedawno, gdy natrafiłem na jedną z rolek – niewidomy Eddie Murphy żebrze na ulicy, udając weterana z Wietnamu, który stracił na wojnie obie kończyny. Gdy policja weryfikuje prawdziwość jego historii, Murphy nagle „odzyskuje” wzrok i z ulgą wyciąga nogi, dziękując Bogu oraz funkcjonariuszom za cudowne uzdrowienie. To tylko jeden z przykładów humoru balansującego na granicy politycznej poprawności, nieustannie przesuwanej na ekranie – raz przez Dana Aykroyda, który pojawia się z twarzą wymalowaną na czarno (za co później przepraszał), innym razem przez sposób, w jaki postać Jamie Lee Curtis wpisuje się w stereotypowe uprzedmiotowienie kobiet.
Jakkolwiek wszelkie zarzuty wydają się uzasadnione z dzisiejszej perspektywy, jedno trzeba przyznać – chemia między Aykroydem i Murphym oraz bezkompromisowość filmu wynoszą go do rangi jednej z najlepszych komedii w przepełnionych ekranowym humorem latach 80. [Tomasz Ludward]
48. „Nie lubię poniedziałku” (1971)
Iście bezbłędna komedia, w której wszystko gra i cyka. Film, przy którym raczej nie zrywamy boków ze śmiechu, za to cały czas siedzimy z bananem na twarzy, czując się po prostu dobrze i swojsko. Bo oprócz sympatycznie skleconej z pociesznych epizodów fabuły, jest to piękna pocztówka dawnej Warszawy, której już nie ma i która już nie wróci. Łazuka pamięta, choć nawet jego już na torach nie spotkamy – no chyba że zamkniemy oczy… Albo sami wcielimy się w jego rolę, wracając nad ranem do domu. Wtedy jednakże może nam być mniej do śmiechu niż na nieśmiertelnym klasyku Tadeusza Chmielewskiego. [Jacek Lubiński, fragment plebiscytu]
47. „Hydrozagadka” (1970)
Przepyszna parodia kina superbohaterskiego, szpiegowskiego i socrealistycznego. As jest bowiem nie tylko rodzimym odpowiednikiem Supermana, ale stanowi również jawną kpinę z bohaterskich milicjantów i innych moralnie nieskazitelnych postaci lansowanych w peerelowskiej popkulturze. Surrealistyczna i groteskowa komedia Andrzeja Kondriatiuka pełna jest niezapomnianych sekwencji i dialogów; przypomina też, jak ważne jest przestrzeganie przepisów BHP – zwłaszcza na kolei. [Maciej Kaczmarski]
46. „Dyktator” (1940)
Humor w filmach Chaplina jest dla mnie absolutnie uniwersalny i bawi każdorazowo – nie inaczej jest w przypadku Dyktatora, w którym znajdziemy takie perełki, jak sekwencja w salonie fryzjerskim, taniec z globusem czy jedzenie puddingu. Podczas oglądania dzieła Chaplina cenię jednak też te momenty, w których się wzruszam, a jednym z nich z całą pewnością jest końcowa przemowa, aktualna także dziś. [Łukasz Budnik]
45. „Maska” (1994)
Jeden z pierwszych a-klasowych filmów superbohaterskich w historii. Wulkan energii, którym bez wątpienia jest tutaj Jim Carrey w swojej podwójnej roli fajtłapowatego Stanleya Ipkissa i nieposkromionej Maski. Przepiękna, pełna seksapilu Cameron Diaz w swoim wielkoekranowym debiucie. Peter Greene jako budzący realną grozę antagonista. Kochany piesek Milo. Tona doskonale inscenizowanych gagów opartych na dialogach, scenach akcji, sekwencjach tanecznych. Wszystkie atrakcje Maski krzyczą do nas i nie pozwalają nawet na pół sekundy znużyć się tym – napiszę to bez cienia wątpliwości – genialnym filmem. [Filip Pęziński]
44. „Rejs” (1970)
„Nic się nie dzieje. […] Dialogi niedobre, bardzo niedobre dialogi są. W ogóle brak akcji jest” – mówi inżynier Mamoń i te słowa mogłyby posłużyć za opis filmu Marka Piwowskiego, gdyby nie to, że brak akcji jest pozorny, dialog są zaś tak dobre, że wryły się głęboko w zbiorową świadomość Polaków. Rejs bez celu, w przypadkowym towarzystwie, pełen wydarzeń ważkich i pozbawionych znaczenia, niby błogi, a jednak niepokojący… Trudno o lepszą metaforę życia. Nie tylko w PRL-u. [Maciej Kaczmarski]
43. „Robin Hood: Faceci w rajtuzach” (1993)
Parodia legendy Robin Hooda w wykonaniu niezapomnianego Mela Brooksa (Kosmiczne jaja, Płonące siodła). Tym razem reżyser – wraz z zachwyconym widzem – bawi się schematami klasycznej opowieści o banicie z Sherwood, serwując absurdalne żarty, slapstick i mnóstwo odniesień do popkultury. Cary Elwes jako tytułowy bohater z wdziękiem przełamuje czwartą ścianę, a w roli jego towarzysza Apsika podziwiać możemy znakomitego komika Dave’a Chapelle. Faceci w rajtuzach to lekka, zwariowana komedia, która po ponad 30 latach nadal bawi tak samo. [Agnieszka Stasiowska]
42. „Nietykalni” (2011)
Prawdziwa przyjaźń przekracza wszelkie bariery – tego uczą nas Omar Sy i François Cluzet w niezapomnianych Nietykalnych. Philippe i Driss to przeczący wszelkim stereotypom wyjątkowy tandem, który pod powłoką komedii i satyryczności, skrywa w rzeczywistości przepiękne przesłanie o chwytaniu się najdrobniejszych radości, szczególnie w obliczu postępującej choroby. [Mary Kosiarz]
41. „Sok z żuka” (1988)
Przełomowy film w karierze Tima Burtona to zbiór wszystkiego, za co pokochamy jego twórczość. Mamy tutaj nadnaturalną makabrę, oryginalną stronę wizualną, wyrazistą ścieżkę dźwiękową, świetną obsadę, galerię niezapomnianych postaci i opowieść o outsiderach, którzy odnajdują spokój u swojego boku. Ale Sok z żuka to nade wszystko wyborna komedia, w której pierwsze (ale nie jedyne!) skrzypce gra istny tajfun, huragan, monsun, śnieżna zamieć – po prostu Michael Keaton. [Filip Pęziński]
40. „Kapuśniaczek” (1981)
W moim odczuciu Kapuśniaczek to najlepszy film z Louisem de Funèsem. Co prawda jest tu sporo humoru i przerysowanego aktorstwa, tak typowych dla twórczości francuskiego mistrza, ale dzieło Jeana Giraulta wyraźnie odróżnia się choćby od serii o żandarmie Cruchocie. I nie mam wyłącznie na myśli dziwacznych, czasem bardzo przaśnych gagów, które nie wszystkim mogą przypaść do gustu. W połowie fabuły Kapuśniaczek robi bowiem wyraźny zwrot w tonacji. To już nie tylko sympatyczna komedia o spotkaniu prostaczka z kosmitą. To bardzo smutna opowieść o tęsknocie za przeszłością, młodością i miłością, o ludziach w podeszłym wieku, których społeczeństwo spycha na margines, nie przejmując się ich problemami.
De Funès jest tu jak zwykle doskonały, a w swojej przedostatniej roli zawarł także wyraźny tragiczny i niezwykle melancholijny rys. [Dawid Konieczka, fragment plebiscytu]
39. „Jabłka Adama” (2005)
Anders Thomas Jensen to człowiek, z którym wyjście na piwo musi być prawdziwym rollercoasterem – facet zapewne na przemian dołuje i rozbawia do łez wszystkich w towarzystwie, by na koniec zostawić ich z poczuciem ogromnej satysfakcji ze wspólnie spędzonego czasu. Tak jest właśnie między innymi z Jabłkami Adama, czarną jak smoła komedią, w której neonazista Adam (genialny Ulrich Thomsen) w ramach resocjalizacji po zwolnieniu warunkowym trafia na parafię pastora Ivana (Mads Mikkelsen w nietypowej dla siebie roli), gdzie mieszka już kilku innych wykolejeńców. Jensen gromadzi w życiorysach bohaterów Jabłek Adama większość plag oraz patologii świata i bardzo długo nie zanosi się na to, by ktokolwiek doczekał się tu happy endu.
Ale nie wszystko okaże się tak złe, jakim z początku się wydawało – Jabłka Adama to perfekcyjne feel good movie, chociaż trzeba przełknąć nieco goryczy, bo ostatecznie poczuć ogromną satysfakcję z obejrzanego dzieła. [Dawid Myśliwiec]
38. „Borat: Podpatrzone w Ameryce, aby Kazachstan rósł w siłę, a ludzie żyli dostatniej” (2006)
Borat: Podpatrzone w Ameryce, aby Kazachstan rósł w siłę, a ludzie żyli dostatniej to film, który przekształcił faux dokument w broń masowego zakłopotania. Sacha Baron Cohen, ukryty za wąsem grubszym niż encyklopedia sowiecka, stworzył postać, będącą jak socjologiczny eksperyment, który wynknął się spod kontroli – podróżujący reporter z fikcyjnego Kazachstanu badający amerykańską kulturę z entuzjazmem dziecka odkrywającego sklep z cukierkami. Borat jest najprawdziwszym dokumentem o Ameryce początku XXI wieku, mimo że nie ma w nim ani grama faktycznej dokumentalistyki. To portret narodu namalowany nie pędzlem, lecz lustrem – krzywiznowym, zniekształcającym, ale paradoksalnie ujawniającym więcej prawdy niż płaskie powierzchnie konwencjonalnych mediów.
Film balansuje między bezwstydną wulgarnością a ostrą społeczną satyrą, między inscenizowanymi gafami a autentycznymi reakcjami niczego niepodejrzewających Amerykanów. Scena walki nago w hotelu między Boratem a jego producentem Azamatem jest jednocześnie najbardziej groteskową i najszczerszą metaforą amerykańsko-kazachskich stosunków, jaką kiedykolwiek pokazano na ekranie – co prawda stosunków nieistniejących, ale to tylko dodaje warstw ironii. Żaden film tak skutecznie nie obnaża hipokryzji American dream jak ta dziwaczna odyseja, w której główny bohater podróżuje przez USA w pogoni za Pamelą Anderson, jakby była świętym Graalem erotycznych fantazji postsowieckiego świata.
Baron Cohen używa swojej postaci jak chirurgicznego skalpela, wycinając z precyzją nowotwory uprzedzeń, ignorancji i fałszywej uprzejmości. Borat jest jak polityczny dowcip opowiedziany przez dadaistycznego komika na międzynarodowej konferencji dyplomatycznej – absurdalny, niewygodny, momentami obraźliwy, ale ostatecznie ujawniający więcej prawdy niż tysiąc poważnych przemówień. [Krzysztof Żwirski]
37. „Vabank” (1981)
Vabank był rozrywką na poziomie, który polskie kino osiągało rzadko, a na przełomie lat 70. i 80. sięgało jeszcze rzadziej. Rodzimi filmowcy – nie bez słuszności zresztą – w większości poświęcali się misji kontestowania totalitarnego systemu poprzez kino moralnego niepokoju, z rzadka oddając się mniej autorskim projektom. Machulski junior na swój debiut wybrał historię czysto gatunkową, którą napisał jeszcze na studiach reżyserskich w łódzkiej Filmówce, i okazało się to strzałem w dziesiątkę. „Chciałem udowodnić, że w Polsce można zrobić dobry film kryminalny” – mówił wówczas debiutant, ale zamiast rozwiązywać na ekranie klasyczną zagadkę zbrodni, postawił na pastisz konwencji kina gangsterskiego.
[…] Akcja w debiucie Machulskiego zawiązuje się szybko i nie zwalnia ani na chwilę, co też stanie się później domeną „króla polskiej komedii”. [Dawid Myśliwiec, fragment zestawienia]
36. „Pogromcy duchów” (1984)
Klasyk komedii science fiction w reżyserii Ivana Reitmana. Dan Aykroyd, Bill Murray, Ernie Hudson i Harold Ramis stworzyli niezapomniany zespół ekscentrycznych naukowców walczących z nadprzyrodzonymi zjawiskami w Nowym Jorku. Towarzyszą im niebezpiecznie piękna Sigourney Weaver, jak zwykle niepozbierany Rick Moranis i oczywiście plejada duchów, których przedstawienie na ekranie nawet dziś jest urocze. Film doczekał się nieco słabszej, ale nadal solidnej kontynuacji (1989), a po latach (2016) niezbyt dobrze przyjętego remake’u w gwiazdorskiej obsadzie. Zarówno produkcja z 2016 jednak, jak i kolejne części franczyzy (2021 i 2024) straciły gdzieś po drodze lekkość i humor oryginału, do którego dziś warto wrócić nie tylko z sentymentu. [Agnieszka Stasiowska]
35. „Goście, goście” (1993)
Podobnie jak pewnie wielu z Was wychowałam się na tym filmie i widziałam go więcej razy, niż skłonna jestem przyznać. Nigdy się nie znudzi i zawsze przyciągnie całą rodzinę do ekranu, gdy tylko leci w telewizji. Siła francuskiego klasyka tkwi w prostocie pomysłu – dwójka średniowiecznych mężczyzn zostaje przeniesiona do współczesnych czasów i obserwujemy, jak bardzo sobie nie radzi. Goście, goście wykorzystują ten komiczny potencjał „chama na salonach” do perfekcji, trafiając z każdym gagiem – co nie udawało się już w kontynuacjach. Chociaż największą gwiazdą produkcji jest Jean Reno jako szlachetny rycerz, to Christian Clavier jako jego nikczemny, chciwy i prostacki sługa kradnie każdą scenę. [Katarzyna Kebernik]
34. „Clerks: Sprzedawcy” (1994)
Kevin Smith nakręcił Clerks za równowartość trzech średnich samochodów, używając czarno-białej taśmy filmowej i sklepu, w którym faktycznie pracował. To kinematograficzny odpowiednik zrobienia obiadu z resztek znalezionych w lodówce, który niespodziewanie okazuje się godnym gwiazdki Michelin. „Ja nawet nie powinienem tu dzisiaj być!” – ten egzystencjalny okrzyk Dantego, głównego bohatera, mógłby być mottem pokolenia X, uwięzionego w pułapce pracy na kasie, marzeń o czymś większym i niekończących się dyskusji o moralnych implikacjach zniszczenia Gwiazdy Śmierci. Smith tworzy mikrokosmos amerykańskiej kultury w przestrzeni nie większej niż przeciętna kawalerka.
Sklep Quick Stop staje się miejscem filozoficznych dysput, absurdalnych klientów i rozważań o seksualnych eskapadach, które są jednocześnie wulgarne i dziwnie poetyckie. Dialog w Clerks przypomina pingpongowy mecz prowadzony przez dwóch mistrzów słownego sarkazmu, gdzie każda wymiana jest jednocześnie banalna i błyskotliwa. Randal, najlepszy przyjaciel Dantego, to nihilistyczny Sancho Panza epoki wideo, który wypożycza filmy dla dorosłych swojej matce „przez pomyłkę” i filozofuje o życiu z beztroską kogoś, kto odkrył, że nic nie ma znaczenia, zwłaszcza obsługa klienta. Żaden film tak trafnie nie uchwycił poezji codzienności jak Clerks, który przemienia nudną zmianę w sklepie w odyseję pełną nekrofilskich nekrologów, hokejowych meczów na dachu i rozważań, ilu wykonawców zginęło podczas budowy drugiej Gwiazdy Śmierci.
To film, który udowadnia, że wielkiego kina nie definiuje budżet, ale autentyczność – a tej Clerks ma więcej niż większość hollywoodzkich produkcji za 100 milionów dolarów. [Krzysztof Żwirski]
33. „Brunet wieczorową porą” (1976)
To najlepsza komedia Stanisława Barei – wielogatunkowa, pełna wybitnych ról drugoplanowych. Każda postać, która przecina kryminalną zagadkę Romana, dostaje na ekranie swoje niezapomniane pięć minut, co było znakiem rozpoznawczym mistrza. Nie brakuje tu aktów przemocy, kpiny z ustroju, a nawet – co rzadkie u Barei – realnej intrygi, budzącej niepokój, a momentami wręcz strach (cyganka!). Spośród wszystkich filmów reżysera to właśnie Brunet wieczorową porą ukazuje najbardziej absurdalny świat – od zawodu głównego bohatera, korektora, po sąsiadów, którzy z pasją wpatrują się w ekranową przerwę w pozornie rozstrojonym telewizorze.
Śmieszy i intryguje przy każdym kolejnym seansie, nieodłącznie kojarząc się z fragmentem Cygańskiej jesieni Anny Jantar, do której muzykę skomponował Waldemar Kazanecki. [Tomasz Ludward]
32. „Ace Ventura: Psi detektyw” (1994)
Ace, sympatyczny, odrobinę zwariowany detektyw specjalizujący się w odnajdywaniu zwierząt domowych otrzymuje specjalne zadanie, polegające na odszukaniu maskotki drużyny futbolowej Miami Dolphins. Maskotką ową jest… delfin. Odbywające się w szaleńczym tempie śledztwo prowadzi do zaskakującego rozwiązania. Film to pierwszy wielki przebój wschodzącej gwiazdy amerykańskiej komedii Jima Carreya. Pełen szaleńczego, momentami klozetowego humoru, pełen szaleńczej ekspresji Carreya, który na niespotykaną dotąd skalę pokazał, co można zrobić ze swym ciałem, a przede wszystkim twarzą. Świeży powiew, niezłe zwariowane żarty. Film jednego aktora. [Tomasz Urbański, fragment artykułu]
31. „Rybka zwana Wandą” (1988)
Naturalny urok osobisty Jamie Lee Curtis w połączeniu z humorem Monty Pynthonowskiej ekipy złożyły się na niezapomniany film. Rybka zwana Wandą to trochę komedia gangsterska, trochę komedia romantyczna, a bardzo komedia ikoniczna – zdecydowanie jedna z najbardziej kultowych dla dekady lat 80. O nieprzemijającej sile tego tytułu decydują przemyślana, sztukateryjna intryga pełna humoru sytuacyjnego; niezapomniane gagi i pomysły; a przede wszystkim galeria ekscentrycznych postaci: od jąkającego się Kevina Palina po beznadziejnie zakochanego w Wandzie Johna Cleesa. [Katarzyna Kebernik]
30. „Pół żartem, pół serio” (1959)
Kultowe ekranowe trio Tony’ego Curtisa, Jacka Lemmona i zjawiskowej Marilyn Monroe to jeden z powodów, dla których prawdziwie pochłonęła mnie miłość do kina. Słynna komedia Billy’ego Wildera to dynamiczna zabawa konwencją, popis wszechstronności i dziecięcej radochy z aktorstwa Curtisa i Lemmona, jak i źródło mnóstwa popkulturowych odniesień, które elektryzują i inspirują kinomanów do dziś. Wokół Pół żartem, pół serio narosło z upływem lat całe mnóstwo legend i anegdot spoza planu. Jednak tym, co zostanie z nami już na zawsze, jest bez wątpienia fenomenalny efekt kunsztu artystycznego Wildera, który potrafił wydobyć ze swojej obsady absolutny dynamit. [Mary Kosiarz]
29. „Kosmiczne jaja” (1987)
Mel Brooks, ten filmowy Prometeusz absurdu, kradnie ogień ze świątyni Gwiezdnych wojen i podpala nim całe uniwersum science fiction w Kosmicznych jajach. Główny złoczyńca, Lord Hełmofon (Dark Helmet), jest jak Darth Vader po kursie redukcji stresu, który zamiast Mocy używa swego gigantycznego hełmu i kompleksów z dzieciństwa do terroryzowania galaktyki. To jedyny film, w którym merchandising nie jest tylko skutkiem ubocznym sukcesu, ale centralnym elementem fabuły – samozwrotna metakomedia na długo przed tym, jak stało się to modne. Brooks przemienia epicką sagę kosmiczną w żydowski sitcom z elementami slapstickowej komedii, gdzie zamiast Mocy mamy „Schwartz”, a zamiast mądrych mentorów – Jogurta.
To film, w którym dialog jest jednocześnie tak głupi i tak inteligentny, że można go cytować zarówno na imprezach studenckich, jak i na seminariach z postmodernizmu. Kosmiczne jaja – to film, który udowadnia, że parodia może być najlepszą formą hołdu, zwłaszcza gdy zawiera scenę z obcym w cylindrze, wykonującym stepowanie na barowym kontuarze. [Krzysztof Żwirski]
28. „Sens życia wg Monty Pythona” (1983)
Sens życia według Monty Pythona to kinematograficzna uczta, gdzie daniem głównym jest egzystencjalny kryzys podany z przystawką absurdu i deserem w postaci wymiotującego obżartucha. Monty Python bierze na warsztat każdy aspekt ludzkiego życia – od narodzin do śmierci – i poddaje je surrealistycznej wiwisekcji z precyzją, która sprawiłaby, że Salvador Dali uznałby swoje obrazy za zbyt konwencjonalne. Sens życia… kończy się odpowiedzią na tytułowe pytanie, która jest tak prosta i banalna, że aż genialna – co doskonale podsumowuje absurd ludzkiego poszukiwania znaczenia w chaotycznym wszechświecie.
To film, który sprawia, że śmiejemy się z własnej śmiertelności tak głośno, że zapominamy na chwilę o jej nieuchronności – co jest prawdopodobnie najlepszą definicją dobrej komedii. [Krzysztof Żwirski]
27. „Jaja w tropikach” (2008)
Jaja w tropikach to film o aktorach grających aktorów grających żołnierzy, którzy nieświadomie stają się prawdziwymi żołnierzami. Ben Stiller stworzył satyrę na Hollywood tak ostrą, że mogłaby posłużyć za narzędzie do wycinania gwiazd na hollywoodzkim chodniku sław. Film rozpoczyna się od serii fałszywych zwiastunów, które są tak doskonałymi parodiami gatunków filmowych, że mogłyby funkcjonować jako samodzielne produkcje. To jak otrzymanie pięciu filmów w cenie jednego, gdzie każdy jest bardziej absurdalny od poprzedniego. Robert Downey Jr. jako Kirk Lazarus – australijski aktor, który przechodzi operację zmiany pigmentacji skóry, aby zagrać czarnoskórego żołnierza – jest chodzącym komentarzem na temat metody aktorskiej i kulturowego zawłaszczania.
Jego postać jest tak głęboko zanurzona w roli, że zapomniała, kim naprawdę jest, co stanowi zarówno satyrę na metodyczne aktorstwo, jak i metaforę Hollywood gubiącego kontakt z rzeczywistością. Tom Cruise, ukryty pod grubym makijażem i protezami jako boss Les Grossman, dostarcza najbardziej zaskakująco autentycznego występu w filmie pełnym fałszywych autentyczności. Jego taniec w finale jest jak dziwaczny rytuał godowy wykonywany przez najrzadszy gatunek hollywoodzki – producenta, który przestał udawać, że ma moralne skrupuły. Jaja w tropikach są dla przemysłu filmowego tym, czym Paragraf 22 był dla wojska – absurdalnym, surrealistycznym, ale ostatecznie prawdziwym portretem instytucji tak zakochanej we własnych mitach, że straciła zdolność odróżniania fikcji od rzeczywistości.
To film o narcyzmie, heroizmie i ironii losu, gdzie jedynymi prawdziwymi bohaterami są ci, którzy zdają sobie sprawę z własnej śmieszności – lekcja, której Hollywood wciąż się uczy. [Krzysztof Żwirski]
26. „Gliniarz z Beverly Hills” (1984)
Gliniarz z Beverly Hills odebrał bardzo pozytywne recenzje, a przy 14 milionach dolarów budżetu zarobił ponad 300 milionów dolarów na całym świecie, co uczyniło go najbardziej dochodowym filmem 1984 roku. Powodzenie połączenia akcji i humoru w dziele Bresta spowodowało prawdziwy wysyp wysokooktanowych komedii w kolejnych latach. Doprowadziło również do powstania kolejnych części Gliniarza… Druga część przygód Axela Foleya z 1987 roku uchodzi ponadto za jeden z najbardziej dochodowych sequeli wszech czasów. [Przemysław Mudlaff]
25. „C.K. Dezerterzy” (1985)
Pewnie mało kto wie, że scena z Jak rozpętałem drugą wojnę światową, w której Franek Dolas przedstawia się jako Grzegorz Brzęczyszczykiewicz została zaczerpnięta z C.K. Dezerterów (1937) Kazimierza Sejdy, w której frajter Stefan Kania przedstawił się jako Szczepan Brzęczyszczewski. Ekranizując tę powieść, Janusz Majewski zrezygnował więc z tej sceny, ale i bez niej opowieść naładowana jest masą humoru. Film zrealizowany w koprodukcji z Węgrami opowiada o żołnierzach armii cesarsko-królewskiej (austro-węgierskiej) w jej schyłkowym okresie (1918 r.
). Scenariusz jest naszpikowany kapitalnymi dialogami, a wiele scen zyskuje dzięki doskonałej interpretacji aktorskiej. Marek Kondrat w roli zaradnego szeregowca czy Wojciech Pokora jako bezwzględny służbista tworzą niezapomniane kreacje, ale postacie epizodyczne również zapadają w pamięć, chociażby Mariusz Dmochowski w roli generała. Film pozostający chyba nieco w cieniu kultowych obrazów Juliusza Machulskiego z lat osiemdziesiątych, ale zasługuje na uwagę wcale nie mniejszą. To jeden z tych filmów, które – nawet jeśli są znane na pamięć – ogląda się świetnie przy każdej powtórce w telewizji. [Mariusz Czernic, fragment plebiscytu]
24. „Blues Brothers” (1980)
W Blues Brothers bardzo cenię ten cudownie absurdalny humor. Nieskończone pogwałcanie praw fizyki i obojętność bohaterów w sytuacjach zagrożenia zdrowia i życia wypadają absolutnie komicznie, w czym duża zasługa komediowego talentu Aykroyda i Belushiego. To zresztą fantastyczni protagoniści i trzeba naprawdę dużo złej woli, aby nie chcieć kibicować im w ich misji. Sama fabuła – nie oszukujmy się – służy tu jako pretekst do pokazywania kolejnych piosenek i układów tanecznych, ale, kurczę, co to są za piosenki! Co za wokaliści! Śmietanka gatunku i sama przyjemność ze słuchania. Jeden z najlepszych soundtracków w historii. Na deser bezbłędne sekwencje pościgów samochodowych. I ten dialog, doskonale podsumowujący ducha filmu:
– Mamy 106 mil do Chicago, pełen bak benzyny, pół paczki papierosów, jest noc, a my nosimy ciemne okulary.
– W drogę.
[Łukasz Budnik]
23. „Książę w Nowym Jorku” (1988)
Rozpędzony Eddie Murphy konsekwentnie monetyzował szczyt swojej popularności, a w komedii Johna Landisa symbolicznie koronuje się na księcia amerykańskiego humoru. Tutaj, jako następca tronu Zamundy, wyrusza do Queens w poszukiwaniu żony. Bezbłędny pomysł na komedię oferuje komentarz – często dość niepoprawny – na temat najbiedniejszej społeczności Nowego Jorku, gdzie niewielu udało się rozwinąć biznes tak skutecznie jak McDowellowi, właścicielowi lokalnej burgerowni, uroczo i dumnie rywalizującej z samym McDonald’sem. Murphy dotyka mitu amerykańskiego snu, przyglądając się mu z perspektywy obrzydliwie bogatego monarchy, nie do końca pojmującego zjawiska wykreowane przez kapitalizm.
Ich symbolem jest choćby sklepowa witryna z telewizorami, wyświetlająca reklamy odżywki do włosów – produktu rodziny rywala Murphy’ego w wyścigu o serce jego wybranki. Książę w Nowym Jorku to także kamień milowy w karierze Arsenio Halla, który niedługo po premierze filmu został pierwszym Afroamerykaninem prowadzącym własny late-night talk-show. [Tomasz Ludward]
22. „Hot Shots!” (1991)
Zamieszkały pośród Indian Topper Harley, były pilot myśliwca, za namową komandora Jamesa Blocka wraca do służby, do jednostki „Zmęczona Łasica”. Okazuje się, że piloci w niej służący mają „nierówno pod sufitem”. Wśród nich jest jeden, który stara się o serce Ramady – Kent Gregory. Wkrótce Topper otrzymuje super ściśle tajne zadanie zbombardowania zakładów nuklearnych pewnego groźnego dyktatora. Niestety, nie wszystkim zależy, aby ta misja się powiodła. Reżyser Jim Abrahams robi to, co mu wychodzi najlepiej: parodiuje przeboje hollywoodzkie bez żadnego tabu, mieszając kpinę z absurdem, i ironię z bezczelnością.
Dostaje się wszystkim, a w szczególności filmom Toma Cruise’a. Charlie Sheen wydaje się stworzony do takich ról, wiekowy już Lloyd Bridges również. To niestety jeden z lepszych ostatnich filmów Abrahamsa, bo o tych z przełomu wieków lepiej zapomnieć. Jednym słowem stary dobry styl ZAZ-u. [Tomasz Urbański, fragment artykułu]
21. „Kevin sam w domu” (1990)
Narodowa polska tradycja oglądania Kevina samego w domu podczas świąt bożonarodzeniowych to już wręcz element na stałe wpisany w naszą mentalność. Chris Columbus stworzył w końcu absolutnie ponadczasowy, błyskotliwy i rozbawiający do łez nawet za setnym seansem fenomen, który – mogłoby się wydawać – zatrzymał się w czasie i wciąż nie pozwala o sobie zapomnieć. Kultowy soundtrack autorstwa Johna Williamsa, wspaniałe role Catherine O’Hary, Joego Pesciego i Daniela Sterna, wystrzał kariery młodego Macaulaya Culkina… Home Alone to kwintesencja amerykańskiego kina rozrywkowego, jak i początek wielu wspaniałych historii.
W końcu kto w 1991 roku spodziewałby się, że to młodszy brat Macaulaya Kieran ponad trzy dekady po odegraniu roli niesfornego Fullera stanie się jednym z najbardziej pożądanych aktorów Hollywood. [Mary Kosiarz]
20. „Czy leci z nami pilot” (1980)
Airplane! czy jak kto woli Czy leci z nami pilot? był pierwszym projektem słynnego ZAZ, czyli Jima Abrahamsa, Jerry’ego Zuckera oraz Davida Zuckera. Filmem, który zmienił oblicze komedii i przetarł szlak dla późniejszych tytułów spod znaku absurdu i slapsticku. Panowie biorą na tapet kino katastroficzne i zapełniają ekran całą galerią barwnych i dziwacznych postaci, które biorą udział w bardziej lub mniej normalnych wydarzeniach na ekranie. Dowcip pogania dowcip, a błyskotliwe dialogi są tutaj na porządku dziennym.
Nieco ryzykownym, chociaż szalenie udanym zabiegiem było praktycznie zrezygnowanie z fabuły, przez co całość przypomina jedną wielką zabawę. Mimo to widać, że autorzy dopiero się rozkręcają, czego dowodem będą ich późniejsze produkcje. Problemem może być również zrozumienie realiów lat 70. w USA. Niemniej Czy leci z nami pilot? to klasyka, której nie wypada nie znać, okraszona kapitalną drugoplanową rolą Leslie Nielsena, który potrafi wypowiedzieć najbardziej absurdalne zdanie z kamienną twarzą! [Szymon Pajdak, fragment rankingu]
19. „Big Lebowski” (1998)
Big Lebowski to film, który zaistniał w kulturze popularnej z prędkością ślimaka wspinającego się na Mount Everest, by ostatecznie stać się quasi-religijnym doświadczeniem z własnymi festiwalami i wyznawcami. Bracia Coen stworzyli neonoir, w którym zamiast twardego detektywa mamy Jeffa „Dude’a” Lebowskiego – filozofa w szlafroku, mistrza koktajli Białego Ruska i zawodowego lenia. Film rozpoczyna się od pomyłki tożsamości zmoczonego dywanu, a kończy egzystencjalnym epilogiem wygłoszonym przez kowboja w barze. Pomiędzy tymi punktami znajduje się fabuła tak pokręcona, że nawet sam Dude w pewnym momencie przyznaje: „Zgubiłem wątek”.
Film jak żaden inny, który uchwycił tak trafnie atmosferę postwojennego Los Angeles – miasta, gdzie dawni hippisi, weterani Wietnamu, artystyczni nihiliści i milionerzy współistnieją w dziwacznej symbiozie, połączeni jedynie grą w kręgle i sporadycznymi przypadkami pomylonej tożsamości. Walter Sobchak, weteran z PTSD i nawrócony na judaizm, jest jak wybuchowy komentarz do amerykańskiej polityki zagranicznej, ubrany w kamizelkę kuloodporną. W świecie pełnym komplikacji Dude reprezentuje zen podobną prostotę – człowieka, który odnalazł spokój w koktajlu, joincie i dźwięku kul uderzających o kręgle.
Big Lebowski to film, który, podobnie jak jego główny bohater, po prostu trwa – obojętny na trendy, modę i oczekiwania, nieświadomie stając się jednym z najbardziej oryginalnych dzieł amerykańskiego kina. A dywan? Naprawdę scalał pokój. [Krzysztof Żwirski]
18. „American Pie” (1999)
Z dzisiejszą wrażliwością uznalibyśmy pewnie American Pie (i to zapewne całkiem słusznie) za wulgarne, seksistowskie i szkodliwe, ale dla pokolenia millenialsów komedia z końcówki ubiegłego wieku pozostaje z pewnością pozycją kultową. Nie tylko ze względu na niezapomniane gagi (seks z szarlotką czy striptiz Jimmy’ego), niesamowitą galerię postaci (mama Stiflera!) i doskonale dobraną obsadę (Jason Biggs, Alyson Hannigan, Natasha Lyonne, Jennifer Coolidge, Eugene Levy…), ale dzięki temu, że pod warstwą żartów dla napalonych nastolatków pozostaje bardzo sprawną opowieścią o grupie przyjaciół wchodzących w dorosłość. [Filip Pęziński]
17. „W krzywym zwierciadle: Witaj, Święty Mikołaju” (1989)
W okresie bożonarodzeniowym każda stacja telewizyjna stara się z lepszym lub gorszym skutkiem nagiąć repertuar filmowy do tradycji świątecznej. Witaj, święty Mikołaju, obok Kevina samego w domu (notabene również zrodzonego w wyobraźni Johna Hughesa), to chyba idealny prezent dla telewidzów. To ciepła i serdeczna opowieść gwiazdkowa, dla rozruszania przepony wyposażona w potężny ładunek komediowy, którym nie sposób się znudzić.
To także prześmiewcza i bardzo inteligentna satyra na naiwne wyobrażenie świąt idealnych, których nie sposób zrealizować z dalszą rodziną na karku. Do cna wyświechtany zwrot „wesołych świąt” zamienia się w bezlitosną, lecz na swój sposób pogodną kpinę ze wszystkich Griswoldów na świecie, którzy nie bacząc na ułomny czynnik ludzki, pragną przeżyć święta jak z kolorowego, prorodzinnego i często mamiącego fałszywą sielanką folderu. Albo jak z amerykańskiego filmu. Przecież mimo wszystko Clark na końcu mówi „udało mi się”. Wesołych świąt! [Adrian Szczypiński, fragment artykułu]
16. „Monty Python i Święty Graal” (1975)
Gdyby Artur, król Brytanii, wiedział, że jego poszukiwania świętego kielicha zostaną sparodiowane przez grupę brytyjskich ekscentryków, prawdopodobnie zostałby rolnikiem. Święty Graal to filmowa odyseja, w której rycerze nie mają koni, a jedynie wyobrażone wierzchowce i lokaja z dwoma kokosowymi skorupkami, który imituje tętent kopyt. Monty Python z chirurgiczną precyzją rozczłonkowuje mity arturiańskie, podając je na talerzu absurdu. Widz zostaje uraczony królikiem-mordercą, który sieje spustoszenie wśród najtęższych rycerzy Okrągłego Stołu, oraz Rycerzem Ni, którego największą potrzebą jest żądanie krzewu ozdobnego.
Film ten jest jak średniowieczny fast food – nie wiesz dokładnie, co jesz, ale nie możesz przestać. To średniowieczne szaleństwo jest paradoksalnie najbardziej trzeźwym spojrzeniem na epokę, gdzie czarne plagi były codziennością, a higiena opcjonalnym dodatkiem. Monty Python przekuwa historyczny patos w broń masowego rozbawienia, dając nam film, który mimo upływu niemal półwiecza wciąż tnie ostrzej niż miecz Excalibur po profesjonalnym ostrzeniu. To komediowe arcydzieło, które powinno wisieć w Luwrze, najlepiej w łazience, gdzie jego absurdalny humor wybrzmiewałby najdonośniej. [Krzysztof Żwirski]
15. „Kac Vegas” (2009)
Kac Vegas to współczesna odyseja, gdzie zamiast starożytnych mitów bohaterowie mierzą się z konsekwencjami imprezowej nocy pełnej alkoholu i narkotyków, gdzie zamiast cyklopów i syren mamy striptizerkę z sercem ze złota, tygrysa w łazience i Mike’a Tysona śpiewającego utwory Phila Collinsa. Główni bohaterowie – nauczyciel z kompleksem niższości, dentysta pod pantoflem, dziwak społeczny i przyszły pan młody – tworzą kwartet tak dysfunkcyjny, że ich przyjaźń wydaje się jednocześnie niemożliwa i nieunikniona. Film porusza się z zawrotną prędkością od jednej absurdalnej sytuacji do kolejnej, jakby fabuła była pisana przez improwizacyjną grupę komediową na speedzie.
Każda scena odkrywa nowy element układanki poprzedniej nocy, tworząc narrację, która jest jednocześnie detektywistyczną zagadką i komedią pomyłek. Kac Vegas to film o dorosłych mężczyznach zachowujących się jak nastolatkowie, którzy w rezultacie uczą się być prawdziwymi dorosłymi – paradoks, który czyni tę komedię zaskakująco poruszającą pomimo wszystkich jej wulgarnych ekscesów. To kinematograficzny odpowiednik samego kaca – bolesny, dezorientujący, ale ostatecznie stanowiący doświadczenie łączące wszystkich, którzy przetrwali własną absurdalną noc w Vegas. [Krzysztof Żwirski]
14. „Akademia Policyjna” (1984)
Szalona komedia slapstickowa, która zapoczątkowała jedną z najbardziej rozpoznawalnych serii lat 80. Historia grupy nieudaczników na skutek nieprzemyślanej decyzji pani burmistrz zgłaszających się do szkoły policyjnej to festiwal absurdalnego humoru, gagów i niezapomnianych postaci, takich jak beztroski Mahoney (Steve Guttenberg), utalentowany Jones (Michael Winslow), zaangażowany porucznik Harris (G.W. Bailey), zagubiony komendant Lassard (George Gaynes) czy zasadnicza sierżant Callahan (Leslie Easterbrook). I choć krytycy nie byli zachwyceni, publiczność pokochała ten nie najwyższych lotów humor. Dziś część pierwsza serii to ikona kina rozrywkowego, za którą ciągnie się długi ogon kontynuacji i naśladowców. [Agnieszka Stasiowska]
13. „Sami swoi” (1967)
Zmuszone do opuszczenia Kresów Wschodnich zwaśnione ze sobą rodziny Pawlaków i Kargulów osiedlają się w nowym miejscu. Ziemie Odzyskane stają się dla nich domem. To tutaj będą budować swoje szczęście i na powrót organizować sobie życie. Jak mają to zrobić, gdy za płotem zamiast sąsiada mają znienawidzonego od lat wroga? Zarządzał wtedy pośpieszne opuszczenie pociągu i osiedlenie się tuż za płotem rodziny Kargulów. Największych Pawlakowych nieprzyjaciół. To przez nich Jaśko Pawlak zmuszony został do ucieczki do Stanów Zjednoczonych (wszak pocięcie przez niego kosą Kargula to nie był żaden grzech, tylko sprawiedliwość!).
Od tej pory, już w nowym domu, rozpoczyna się kolejna wojna pomiędzy rodzinami. Pełna walk i okresów zawieszenia broni. […] Duet Kargul–Pawlak wspaniale się dopełnia i mnie samej trudno jest wybrać, który z nich budzi moją większą sympatię. Nie ma Pawlaka bez Kargula i na odwrót. Sądzę, że gdyby jeden z nich został zastąpiony innym aktorem, film nie byłby już taki sam. […] Do tego dialogi, które śmieszą nawet po półwieczu, wypowiedziane gwarą i z charakterystycznym zaśpiewem. A to wszystko osadzone w realiach dawnej wsi, z jej tradycjami, sposobem postrzegania świata i wyznaczania priorytetów. [Anna Niziurska, fragment artykułu]
12. „Jak rozpętałem drugą wojnę światową” (1969)
Mało który film w tak rozbrajający i żartobliwy sposób korzysta ze stereotypów dotyczących różnych narodów: Anglików, Włochów, Niemców, Jugosłowian, rzecz jasna Polaków także. Reżyser i scenarzysta Tadeusz Chmielewski był bez wątpienia mistrzem komedii, a ten film to jego szczytowe osiągnięcie. Dużym atutem jest dbałość o realizm językowy – można usłyszeć tu aż dziewięć języków, co jest ewenementem, jeśli chodzi o polskie kino. Podstawą scenariusza była powieść Kazimierza Sławińskiego Przygody kanoniera Dolasa (1967), ale Chmielewski korzystał także z innych źródeł (np. C.K. Dezerterzy Kazimierza Sejdy).
Ostatecznie powstało dzieło z tak dużą ilością gagów, że można by nimi obdzielić wiele filmów. Historia została podzielona na trzy części (Ucieczka, Za bronią, Wśród swoich) i w dużej mierze jest to fabuła przygodowa z mnóstwem zaskakujących zwrotów akcji oraz galerią zróżnicowanych bohaterów. Trudno sobie wyobrazić w głównej roli kogoś innego niż Marian Kociniak – taka rola dla aktora może być darem i jednocześnie przekleństwem, bo trudno się potem od niej uwolnić. Zyskują na tym widzowie, a właściwie kolejne pokolenia widzów, bo film wciąż jest chętnie oglądany. [Mariusz Czernic, fragment plebiscytu]
11. „Powrót do przyszłości” (1985)
Powrót do przyszłości powstały w 1985 roku jest do dziś niedoścignionym przykładem, jak powinna wyglądać przygodowa komedia z elementami SF. Szybka akcja, która nie daje nam odetchnąć, dynamika scen, napięcie i humor, a przede wszystkim znakomity scenariusz i aktorstwo sprawiają, że film po dziś dzień jest wspaniałą rozrywką dla małego i dużego. Oglądanie go po raz kolejny nie nuży, tylko daje za każdym razem jeszcze więcej satysfakcji. Michael J. Fox i Christopher Lloyd stworzyli na ekranie niesamowity i doskonale współpracujący duet, który z powodzeniem wpisuje się w niesamowitą opowieść i dodaje jej prawdziwego smaku.
Jeden z najlepszych filmów w historii kina w swoim gatunku. [Paweł Łazarowicz, fragment artykułu]
10. „Żywot Briana” (1979)
Wyobraź sobie, że przypadkowo rodzisz się w stajni obok Jezusa i wszyscy biorą cię za Mesjasza. Tak właśnie zaczyna się Żywot Briana. Monty Python z finezją balansuje na cienkiej linie między bluźnierstwem a filozoficzną dysputą, jakby to była konkurencja olimpijska w kategorii „ryzykowanie ekskomuniki”. Rzym pierwszego wieku naszej ery w interpretacji brytyjskich komików przypomina absurdalny urzędniczy koszmar, gdzie okupanci są bardziej zaniepokojeni poprawną gramatyką graffiti rewolucjonistów niż samym powstaniem. Żywot Briana to najbardziej inteligentna analiza religijnej histerii od czasów Dostojewskiego, tylko że znacznie śmieszniejsza i z mniejszą ilością rosyjskiego cierpienia.
Każda scena jest jak precyzyjnie skalibrowany ładunek wybuchowy podłożony pod filary społecznych konwencji. Film osiąga transcendentny poziom absurdu w słynnej scenie ukrzyżowania, gdzie skazańcy śpiewają Always Look on the Bright Side of Life – być może najbardziej pogodna piosenka o śmierci w historii kinematografii. Żywot Briana jest jak dobra whisky – początkowo pali, szokuje, ale pozostawia ciepłe, refleksyjne uczucie, które każe nam kwestionować wszystko, w co wierzymy. To film, który udowadnia, że można śmiać się z najpoważniejszych tematów bez utraty szacunku dla nich – umiejętność, której brakuje większości współczesnych komedii. [Krzysztof Żwirski]
9. „Głupi i głupszy” (1994)
Momentami może jest obleśnie (żarty z pierdzeniem), momentami bywa żałośnie (żarty z niepełnosprawnych), kiedy indziej niesmacznie (uryna zamiast piwa). Cuda jednak dzieją się, gdy do takiego materiału siądą czujący kino kumpelskie bracia Farrelly, a główne role przypadną będącym u szczytu kariery Jimowi Carreyowi i Jeffowi Danielsowi. Tytułowa dwójka w gestykulacji, mimice i swojej gwałtowności przekracza granice przesady, stając się wręcz bohaterami kreskówkowymi. Między innymi to pomogło zapisać się tej dwójce w komediowej historii kina. Harry i Lloyd to brawurowi partnerzy, zgrany duet, ale też rywale, dwójka dzieciaków w skórze dorosłych.
Choć mierzą się z poważnymi problemami (bezrobocie, bezdomność), to w ich perspektywie nie specjalnie się one różnią od zabawy w piaskownicy. Nie zdają też sobie sprawy, w wydarzenia o jakiej skali się zaangażowali. Knucie, psocenie i naiwne kombinowanie to ciągle istota ich życia. Niezależnie od okoliczności. Takie podejście zawsze poprawia humor. I im, i widzom. [Maciej Niedźwiedzki]
8. „Kiler” (1997)
W towarzystwie tak znakomitych i cenionych przez Polaków dzieł Kiler wygląda jak ubogi kuzyn, ale przaśność i powierzchowność kolejnej przestępczej komedii Machulskiego okazuje się tylko pozorna. W istocie opowieść o Jurku Kilerze (będący wówczas na gigantycznej fali wznoszącej Cezary Pazura) była satyrą na mit „od pucybuta do milionera”, ale w wydaniu rodzimej gangsterki. W Kilerze aż roi się od oportunistów, mało kompetentnych policjantów, gapowatych przestępców i dziennikarskich hien, a wszystko to – choć przedstawione w mocno krzywym zwierciadle – wydaje się bardzo, ale to bardzo rzeczywiste.
Kiler to na poziomie językowym najbardziej wulgarny z przedstawionych tu tytułów, ale też taki, który wygenerował dla polskiej mowy potocznej dziesiątki przezabawnych fraz. Wiele z nich zawdzięczamy niezrównanemu Januszowi Rewińskiemu, który skradł serca widzom jako bezkompromisowy gangster Siara, ale przecież niezwykły talent komediowy potwierdził w Kilerze choćby Jan Englert, że o kolejnych rewelacyjnych rolach Jerzego Stuhra i Kasi Figury nie wspomnę. [Dawid Myśliwiec, fragment zestawienia]
7. „Forrest Gump” (1994)
Podejrzewam, że Forrest Gump jest jednym z najbardziej lubianych filmów w ogóle. I nie chodzi tu tylko o perfekcyjny scenariusz, reżyserię czy barwną mozaikę świetnych kreacji aktorskich, choć oczywiście tym film Zemeckisa stoi. Jest to dzieło, które wzrusza i angażuje każdego bez względu na wiek, wykształcenie czy preferencje filmowe. A jedną z najbardziej pamiętnych jego wyznaczników jest inteligentny humor, który objawia się głównie w wypowiedziach czy działaniach naiwnego, uczuciowego bohatera Forresta. Jego życiowa nieporadność, wrażliwość, wręcz dziecięca beztroska momentalnie nanoszą na twarze widzów szeroki, szczery uśmiech, ale i nakłaniają do przemyśleń, ponieważ materiałów do swoich nieplanowanych żartów tytułowy bohater szuka wokół siebie, próbując zrozumieć, poznać i zdefiniować otaczający go świat, ludzi, a także rozgryźć zawiłe relacje nimi rządzące. [Maja Budka]
6. „Asterix i Obelix: Misja Kleopatra” (2002)
Przyznam, że Misji Kleopatry nie widziałem już od lat (i nigdy w oryginale) i nie wiem, jak wypadłaby powtórka. Zapamiętałem go jednak jako zabawną produkcję pełną absurdalnego humoru, świetnie obsadzoną, zmyślnie bawiącą się elementami popkultury. O polskim dubbingu powiedziano już tyle, że trudno dodać cokolwiek oryginalnego, ale wypada się zgodzić, że to jedno z najlepszych rodzimych dokonań na tym polu. Kończę ten wpis, a jutro kto wie, dlaczego by nie, oddam się pracy społecznej i będę ot, choćby sadzić… znaczy… marchew. [Łukasz Budnik]
5. „Dzień Świstaka” (1993)
Narcystyczny i egocentryczny prezenter telewizyjny Phil ma wyjątkową zdolność do uprzykrzania życia wszystkim wokół, głównie z powodu własnych głęboko ukrytych emocjonalnych problemów. Bohater grany przez Billa Murraya przechodzi jednak wewnętrzną przemianę, gdy okazuje się, że utknął w czasoprzestrzeni, i w dodatku w najnudniejszym, najbardziej parszywym dniu z możliwych. Dzień Świstaka niezmiennie imponuje swoją nietypową konwencją i czarnym humorem, które uczą nas przeżywać każdy dzień najpiękniej, jak potrafimy. Genialny Murray i zniewalająca Andie MacDowell w opowieści o przemijaniu, konfrontacji z własnym przerośniętym ego i miłości, która dosłownie może wpaść do naszego życia w najmniej oczekiwanym momencie. [Mary Kosiarz]
4. „Chłopaki nie płaczą” (2000)
Ogromny sukces komedii Olafa Lubaszenki wynika przede wszystkim ze współpracy ze scenarzystą Mikołajem Korzyńskim. Twórcy oparli się na schematach kina gangsterskiego, zwłaszcza z lat 90., i wywrócili je do góry nogami, ale nie poprzestali na stworzeniu lekkiej opowieści o przestępcach. Fabuła Chłopaki nie płaczą, choć skonstruowana wokół intrygi kryminalnej, niesie bowiem ze sobą potężną dawkę humoru, przede wszystkim sytuacyjnego, opartego w dużej mierze na błyskotliwych, dowcipnych dialogach. Jednakże gagi i obśmiewanie absurdów gatunku nie sprawdziłyby się, gdyby nie galeria barwnych, przerysowanych postaci zagranych z wyjątkową lekkością właściwie przez całą, świetnie poprowadzoną obsadę.
Cezary Pazura, Mirosław Zbrojewicz, Maciej Stuhr, Michał Milowicz – roli żadnego z nich nie sposób zapomnieć, a i drugi plan czy nawet epizody spisują się znakomicie (jak choćby Leon Niemczyk jako „Król Sedesów” czy Tomasz Bajer jako „Laska”). Lubaszenko ma świadomość ogromnego potencjału humorystycznego swojego filmu, przez co zmierza w kierunku absurdalnej komedii pomyłek, ale zatrzymuje się w odpowiednim momencie, by nie przekroczyć granicy niedorzeczności i nie stracić z oczu wielowątkowej historii. Dzięki temu wszystkiemu płynnie przeplatające się losy pechowego everymana, dwóch gangsterów i nierozgarniętego syna bossa mafii, w połączeniu z nietuzinkowym humorem, czynią z Chłopaki nie płaczą jedną z najbardziej niezapomnianych polskich komedii.
No i teraz bez wstydu można nosić różowy sweter z gruszką. [Dawid Konieczka, fragment plebiscytu]
3. „Seksmisja” (1983)
Juliusz Machulski pożenił w Seksmisji komedię z antyutopijnym, orwellowskim science fiction, uzyskując w ten sposób twór absolutnie wyjątkowy. W roku 2044 odhibernowani zostają Maks i Aleks – najprawdopodobniej dwaj ostatni przedstawiciele płci męskiej na świecie, który po wojnie nuklearnej zdominowany został przez kobiety. Zwariowany pomysł wyjściowy napędza prawdziwą komedię absurdów, w której kultowy tekst goni kultowy tekst – trudno znaleźć w naszym kraju kinomana niepotrafiącego zacytować z pamięci chociaż jednej linijki Seksmisji.
Film Machulskiego okazał się wielkim sukcesem frekwencyjnym – pod koniec 1985 roku, po kilkunastu miesiącach rozpowszechniania, obejrzało go prawie 10 milionów widzów. Po latach Jerzy Stuhr z rozrzewnieniem wspominał okoliczności premiery Seksmisji, będącej dla Polaków efektywną odtrutką na szarą, PRL-owską codzienność: „Kiedy film był już na ekranach, nieraz pod koniec seansu zakradałem się pod kino Kijów w Krakowie i zza szyby samochodu obserwowałem, jak na ponurą, złą, milczącą ulicę stanu wojennego nagle z otwartych drzwi wysypywała się gromada roześmianych, rozbawionych ludzi. Obdarzali się przyjemnymi spojrzeniami, było im w tej gromadzie przez chwilę miło i ciepło. Przez chwilę byli innymi, lepszymi ludźmi”. [Jan Brzozowski]
2. „Naga broń: Z akt Wydziału Specjalnego” (1988)
Słowa kultowa powinno używać się rozważnie, ale w przypadku Nagiej broni nic innego nie przychodzi mi do głowy. Frank Drebin – legenda służb L.A. – prowadzi kryminalne śledztwa w ekstremalnie nieprzyjaznych warunkach. Każdy jego krok, gest, miejsce akcji i bohaterowie stają się dla twórców pretekstem do odpalenia parodii największego kalibru. Absurd goni absurd, a kryminał i wszystkie jego odmiany zostają poddane solidnemu obśmianiu. Naga broń to istny samograj – kryminał, również w swojej noir’owej odsłonie, jest jednym z najbardziej skonwencjonalizowanych gatunków, co zapewnia niewyczerpane źródło inspiracji (czego dowodem jest cała seria filmów oraz wcześniejszy serial z Drebinem w roli głównej).
Za sukces tego i wielu innych filmów w tym rankingu odpowiada legendarne trio – David Zucker, Jim Abrahams i Jerry Zucker. To ekipa, której bezpretensjonalnego humoru i unikalnego stylu parodii nikt inny nie powtórzył, co nadaje serii prawdziwie unikalnego charakteru. [Tomasz Ludward]
1. „Miś” (1980)
Film, który chyba nie wymaga szerszego omówienia. Opus magnum Stanisława Barei jest kopalnią cytatów, które weszły do języka potocznego, i scen, z których niemal każda jest małym arcydziełem absurdu, jaki stał się udziałem mieszkańców Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. I chociaż komuna już przeminęła, wiele zjawisk i cech narodowych, które ukazał Bareja, pozostaje nadal aktualnych. Miś to prawdziwy skarb narodowy i prawdopodobnie najlepsza polska komedia wszech czasów. [Maciej Kaczmarski]
