Felietony - Cykle
Z SALI KINOWEJ do PRZEGLĄDARKI. Czy festiwale online to PRZYSZŁOŚĆ?
Z SALI KINOWEJ do PRZEGLĄDARKI to refleksja o wirtualnych festiwalach filmowych, które zmieniają oblicze kina w dobie pandemii.
Z punktu widzenia widza filmowego ostatnie miesiące były czymś niespotykanym, nowym i do pewnego stopnia dziwacznym. Bez regularnego dostępu do przestrzeni kinowych, kinomani musieli szukać innych, zastępczych form realizacji swojej pasji. I o ile w przypadku pojedynczych wizyt było to stosunkowo proste za pomocą szybko reagujących platform streamingowych i VOD, to większy problem stał przed widzami i organizatorami w przypadku festiwali – imprez, które dla wielu są jednymi z ważniejszych wydarzeń kulturalnych, bez których trudno wyobrazić sobie świat filmu.
Pomimo trudności z przeniesieniem specjalnego, opartego w dużej mierze na fizycznym kontakcie z innymi widzami, wydarzenia do świata wirtualnego, i festiwale doczekały się wariantu online. Poniżej kilka luźnych refleksji po uczestnictwie w organizowanym za pośrednictwem internetu wydarzeniu – Wiośnie Filmów.
Oczywiście oglądanie filmów w domu, przed komputerem to nic nowego – od lat istnieje streaming dostarczający nierzadko premierowych filmów, a w samej pandemii, od ponad miesiąca funkcjonują już „wirtualne sale”, stanowiące rodzaj amortyzacji dla prowadzących je kin w obliczu braku regularnej działalności. Festiwal to jednak coś innego – zorganizowane w określonym miejscu i czasie wydarzenie to nie tylko oglądanie filmów, ale też miejsce szczególnej aktywności społecznej – spotkania z innymi widzami, poczucia atmosfery miejsca, które stało się na kilka dni gospodarzem swoistego święta kinomanów i poczucie zaangażowania (nie idę „po prostu” do kina, idę na konkretne wydarzenie).
Co z tego zostało, gdy cały program festiwalu dostępny jest online w przeglądarce i przedpremierowe lub premierowe pozycje, których seans stanowił wcześniej istotę festiwalu, można obejrzeć nie ruszając się sprzed kanapy – a co gorsza, nawet pauzować by zrobić przysłowiową kanapkę lub (pod)glądać, robiąc w tym czasie coś innego?
Tegoroczna Wiosna Filmów była de facto pierwszym festiwalem, który zorganizowano w Polsce w formie online (dwa dni później wystartował w tej samej formule Krakowski Festiwal Filmowy, który z kolei uznać można za pierwszy online festiwal rozumiany jako wydarzenie branżowe – Wiosna Filmów jest w zasadzie przeglądem). Tradycyjnie na program tej imprezy składają się nowe filmy, które wyróżniały się w obiegu międzynarodowym i często mają zaplanowaną polską premierę kinową, którą wyprzedza pokaz „wiosenny”. Nie inaczej było w tym roku, w którym trzon programu stanowiły filmy takie jak O nieskończoności, Zaginiona dziewczyna, Undine, Zło nie istnieje czy Nadzieja – filmy doceniane na festiwalach w Wenecji, Berlinie i Toronto, które w najbliższych miesiącach trafią do regularnej dystrybucji.
Obok nich w programie znalazły się też m.in. Biały, biały dzień i Żegnaj mój synu, filmy dopiero co pokazywane w kinach (w przypadku tego drugiego – już w formie wirtualnej), a także powtórki co znaczniejszych „arthouse’owych przebojów” – Parasite, Bóg istnieje, jej imię to Petrunia czy Portret kobiety w ogniu.
Zarys programu chciałbym potraktować tu jedynie jako punkt odniesienia refleksji na temat uczestnictwa w wydarzeniu online. Powyższe tytuły są filmami kojarzonymi raczej z kinami studyjnymi, o stosunkowo niewielkiej grupie docelowej (przynajmniej w porównaniu z hitami multipleksów, nastawionymi na naprawdę szerokie zasięgi – jak chociażby „przerzucone” do sieci w trakcie pandemii W lesie dziś nie zaśnie nikt). Mówiąc wprost, w większości są to filmy raczej trudniejsze w odbiorze od mainstreamowego standardu, wymagające pewnego poziomu skupienia – tak jak chociażby kontemplacyjnie O nieskończoności czy powolnie rozwijająca się Zaginiona dziewczyna. Taki profil zdaje się stanowić dodatkowe utrudnienie dla festiwalu online, który oprócz utraty atmosfery ryzykuje też osłabieniem artystycznej mocy filmów, która może rozmywać się bez rytualnej ciemności sali kinowej, wymuszającej na widzu pełne skupienie na ekranie.
Tyle „suchej teorii”, pora rozważyć warstwę praktyki. Jak sprawdza się formuła festiwalu online z punktu widzenia uczestnika? Pierwszy, najbardziej widoczny element tego doświadczenia to brak szczególnej odświętności wydarzenia – festiwal zaczyna się informacją i odpaleniem poszczególnych funkcji na stronie internetowej, znika więc specyficzne odczucie, że odbywa się coś „wyciętego” z regularnego biegu rzeczy. Festiwal staje się kolejną aktywnością online, która staje się nagle dużo bliższa (nie trzeba iść do kina, wystarczy zalogować się w przeglądarce) i właściwie zlewa z innymi bodźcami.
Dla kogoś podchodzącego do festiwali filmowych tak jak ja, to na pewno spora zmiana i powiedzmy sobie szczerze, zmiana in minus. Do tego dochodzi rozłożenie samego seansu w czasie – filmy są dostępne w pewnym marginesem, seans można zacząć chwilę później, zatrzymać, przesunąć. To jeszcze bardziej osłabia poczucie wyjątkowości tego, w czym bierzemy udział, degradując seans online do czynności dużo bardziej banalnej i niezobowiązującej, niż seans realny. I choć ten aspekt jest też widoczny w przypadku „pojedynczych” projekcji za pomocą streamingu wirtualnych sal i VOD, wykorzystanie tej formuły w ramach festiwalu, dodatkowo potęguje to odczucie.
Wydaje się więc, że festiwal w formie online traci swój impet i urok, pozostając w zasadzie kolejnym streamingiem, jakich w ostatnich miesiącach (aż za) wiele. Jednak nie do końca. Oczywiście trudno uznać festiwal online za równoważny substytut tego „realnego”, ale posiada on pewne cechy podtrzymujące wyjątkowość festiwalu, a także atuty, które w przyszłości być może rozwiną się w kolejną formę filmowej aktywności.
Przede wszystkim wydzielenie filmów w ramach programu i – mimo wszystko – ograniczenie projekcji w ramach wydarzenia, sprawia, że wciąż mamy do czynienia z czymś szczególnym. Nawet, jeśli spada unikalność projekcji festiwalowych online, to nie zostaje przekreślona. Nie okazuje się więc festiwal online całkowicie przezroczystym wariantem seansów internetowych, wymuszając pewne minimum zaangażowania – organizację czasu, analizę programu i wejście w określoną przestrzeń – choćby tylko wirtualną.
Doświadczenie festiwalu online jest więc do pewnego stopnia dwoiste (by nie powiedzieć schizofreniczne) – z jednej strony towarzyszy mu poczucie satysfakcji, z istnienia imprezy i jej oferty, pomimo sytuacji, która mogłaby teoretycznie wydarzenia tego typu uśmiercić. Z drugiej jednak strony, seansom online towarzyszy fantomowy ból odebranego waloru uczestnictwa – spotkania, chłonięcia atmosfery miejsca i poczucia wspólnoty, tworzącej się spontanicznie wokół pewnego typu kina. Przekłada się to na pomieszanie satysfakcji, doznań artystyczny, nostalgii i niepokoju o to, jak wyglądać będzie przyszłość festiwali filmowych i czy nie jesteśmy właśnie świadkami rewolucji internetowej, zmieniającej całkowicie kształt obiegu filmowego i odbioru kina.
Choć stosunkowo trudniejszy z powodu „wrzucenia w codzienność”, odbiór online filmu może być równie pełny co w wersji kinowej i jak pokazuje Wiosna Filmów, wcale nie musi działać na niekorzyść filmów ambitnych – wręcz przeciwnie, nagłe „zainfekowanie” domowego kieratu przez wyraziste, autorskie światy filmowe, może zaoferować zupełnie unikalną wartość, rozszerzającą wpływ sztuki na widza.
Trudno wyrokować o rozwoju zdarzeń w zakresie wydarzeń filmowych i dalszych losach instytucji (jeśli czegoś uczy nas pierwsza połowa 2020 roku to właśnie tego), jednak w pandemii pewne rzeczy dotyczące kina zostały poddane weryfikacji i możemy już pokusić się o wstępne wnioski na temat tego, co ta sytuacja mówi nam o kinie. Przede wszystkim, wbrew obawom niektórych, okazuje się, że kino nie jest łatwe do wykreślenia z codzienności, a silnie odczuwana tęsknota wielu widzów do sal i wydarzeń kinowych prowadzi do wniosku, że śmierć organicznego kina, jeśli nastąpi, nie będzie kwestią chwili, pstryknięcia palcem i zmiany modelu dystrybucji. W przypadku festiwali widać też, że ważne są nie tylko same filmy – liczy się wspólnota, uczestnictwo w wydarzeniu i rytualna otoczka, towarzysząca życiu kinomana.
Czy festiwale online to przyszłość? Czy tylko przejściowy, „awaryjny” wariant podtrzymujący istnienie tych wydarzeń w kryzysowych sytuacjach? Na pewno nie można obrażać się na nowe media i z góry przekreślać tej formy realizacji wydarzeń. Jak pokazuje Wiosna Filmów (i Krakowski Festiwal Filmowy), festiwal online ma szanse się sprawdzić, i umożliwia kontakt z kinem, w inny sposób niedostępnym. Jest też, co może okazać się ważne, kanałem stosunkowo zwiększającym zasięg wydarzenia – przy łączu internetowym łatwiej jest „dotrzeć” na wydarzenie, gdy nie trzeba do tego kilkudziesięciu kilometrów podróży.
Świeże doświadczenie każe mi jednak podejrzewać, że realizacja w formie realnej będą jeszcze dłuższy czas domyślną przestrzenią „grawitacji” festiwali, której atutów w postaci „odświętności” i bezpośredniego poczucia kontaktu nie tylko z kinem, ale całą towarzyszącą mu wspólnotą, jeszcze dłuższy czas nie da się zastąpić narzędziami cyfrowymi. W mechanizmach wirtualnych widziałbym natomiast ciekawą formę rozszerzenia tradycyjnych praktyk filmowo-festiwalowych – być może realizowane „fizycznie” imprezy, będą się decydowały na równoległe programy czy sekcje wirtualne, dające przestrzeń uzupełnienia, wsparcia czy wręcz demokratyzacji dostępu do programu. Może wkraczamy więc w erę festiwali hybrydowych – na pewno jednak potrzeba tego typu wydarzeń okazuje się wciąż bardzo silna wśród publiczności.
