Recenzje

ŻEGNAJ, MÓJ SYNU. Emocjonalna saga z polityką w tle

W poruszającej historii rodzinnej objawia się wielowymiarowy dramat społeczeństwa uwikłanego w tryby opresyjnego systemu.

Autor: Tomasz Raczkowski
opublikowano

Niesławna „polityka jednego dziecka” to obowiązujące w Chinach między 1977 a 2015 rokiem prawo, w myśl którego jedno małżeństwo mogło mieć tylko i wyłącznie jednego potomka. Radykalne narzędzie depopulacyjne, mające stanowić remedium na chorobę przeludnienia Chińskiej Republiki Ludowej, wzbudzało słuszne kontrowersje, przed wszystkim ze względu na brutalną ingerencję w prokreację obywateli oraz negatywne konsekwencje społeczne (m.in. zaburzenie równowagi płci i drastyczne pogorszenie sytuacji kobiet). Będąca przez lata oficjalną linią Komunistycznej Partii Chin reguła została po kilku złagodzeniach oficjalnie zniesiona w 2015 roku, co nieco szerzej otworzyło drzwi dla krytyki zjawiska w przestrzeni publicznej. Z tej okazji skorzystał Wang Xiaoshuai, ceniony w obiegu festiwalowym reżyser z Szanghaju (m.in. Rower z Pekinu, Szanghajskie sny), w pokazanym premierowo na zeszłorocznym Berlinale Żegnaj, mój synu.

Film Wanga rozpoczyna się w luźno pojętej współczesności motywem znanym na całym świecie, bez względu na szerokość geograficzną i ustrój polityczny. Dramaturgię uruchamia pokoleniowe starcie nastoletniego Xingxinga z prowadzącymi podupadający warsztat rodzicami, Wang Liyun i Liu Yaojunem. Widoczna gołym okiem alienacja uniemożliwiająca zrozumienie, napięcie związane z zależnością prowadzą w końcu do ucieczki chłopaka, a rodziców pozostawiają w bolesnej niemocy. Zniknięcie Xingxinga to jednak zaledwie punkt wyjścia dla opowieści, zabierającej nas w przeszłość Wang i Liu, podczas której stopniowo odsłaniane są niedostrzegalne z miejsca konteksty inicjalnej sytuacji, w tle zaś wyłania się społeczno-polityczna panorama chińskiego społeczeństwa ostatnich 30 lat.

Wang (reżyser, nie postać) przeplata w Żegnaj, mój synu plany czasowe, wątki obyczajowe i niejednoznaczne ludzkie portrety. Pokazuje młodość pary głównych bohaterów spędzoną w hotelu robotniczym z przyjaciółmi, Li Haiyan i Shen Yingmingiem, narodziny dzieci obydwu par, ich kariery, życiowe zakręty i piętno, jakie na życiu prywatnym odciskały polityczne i ekonomiczne decyzje władz w Pekinie. Niechronologicznie i niespiesznie opowiadając kolejne epizody z życia dwóch rodzin, chiński twórca konsekwentnie buduje sagę pokoleniową pełną dramatycznych zwrotów i przenikających się emocji – radości i cierpienia, miłości i żalu. Bolesnych wątków historii najnowszej Chin Wang dotyka z wyczuciem, nie pozwalając sobie na polityczną agitkę. Krytycznie zabarwiony komentarz do rzeczywistości społecznej, w której funkcjonują jego postaci, reżyser wprowadza za pośrednictwem osobistych dramatów, a społeczna panorama Republiki Ludowej objawia się poprzez portrety uwikłanych w ekonomiczne i ideologiczne zawirowania jednostek.

Obyczajowy rdzeń służy tu za rodzaj soczewki, przez którą spoglądamy na około trzy dekady życia chińskich obywateli. Choć są jednymi z miliardów, zostają oni w ten sposób wyemancypowani z roli niewidocznych i nieistotnych trybików komunistycznej maszyny. Pomimo iż w wielu sekwencjach, szczególnie z pierwszej części filmu, główni bohaterowie odziani są w jednakowe robotnicze uniformy (i służbowe, i prywatne), każdy i każda z nich objawia się jako skomplikowana, samodzielna jednostka z własnymi zmaganiami oraz życiowym ciężarem. Nie uświadczymy w Żegnaj mój, synu potępienia tej czy innej postawy – zarówno uciekający od polityki, próbujący swoich sił jako przedsiębiorca Liu, jak i robiąca karierę w strukturach KPCh Li przedstawieni są jako złożone osobowości, w których dobre intencje i moralne upadki nieustannie się zderzają, utrudniając ocenę ich postępowania. Podobnie kluczowe konflikty ukazywane są z momentami zdumiewającą empatią, wprowadzającą racje każdej ze stron, które zlewają się we frapującym i wielowymiarowym zbiorowym portrecie chińskiego społeczeństwa.

Film Wanga nieustannie oscyluje między biegunem politycznym a emocjonalnym

Wang zręcznie manipuluje przy tym niuansami ekspozycji i elipsami, utrzymując widza w niepewności co do tego, jak przebiegnie połączenie poszczególnych elementów fabularnej układanki i jakie niespodzianki pojawią się w kolejnym epizodzie, by wywrócić do góry nogami nasze postrzeganie całej historii. Żegnaj, mój synu łapie uwagę już w poprzedzającym opisany wyżej punkt wyjścia interludium, drażniącym swoim niedoprecyzowaniem i bardzo długo trudnym do umiejscowienia w chronologii wydarzeń, później zaś przez niemal trzy godziny angażuje ładowanymi kolejno emocjonalnymi bombami, które w końcu eksplodują w ocierającym się wręcz o telenowelową łzawość finale. Wang wykazuje przy tym niezwykłą wrażliwość na życiową przestrzeń, subtelnie komponując wokół filmowanych z czułością twarzy swoich bohaterów dyskretnie porywającą choreografię codzienności. Bez względu na to, czy akcja rozgrywa się akurat w labiryntach robotniczej bursy, na skąpanym w kolorowych światłach parkiecie czy nad zaniedbanym zbiornikiem wodnym, kamera z zachwycającą zręcznością wydobywa z danej sytuacji jej naturalny ruch i osadza w nim rozwijające się trajektorie międzyludzkich relacji, nadając im autentyczność i urzekającą lekkość.

Nie dziwi w tym kontekście, że odtwórcy dwóch głównych ról – Wang Jingchun i Yong Mei – zostali za swoje wycofane, jak ognia unikające szarż role wyróżnieni Srebrnymi Niedźwiedziami na festiwalu w Berlinie. Żegnaj, mój synu to kino stwarzające perfekcyjne warunki do zabłyśnięcia stonowanym, wygrywanym na drobnych subtelnościach kreacjom. Zamaszystość społecznej panoramy widzianej przez pryzmat sagi pokoleniowej dwóch rodzin pożeniona została tu z kameralnym urokiem wyciszonego dramatu obyczajowego, skonstruowanego tak, by poszczególne gesty i słowa nabierały znaczenia dopiero w miarę rozwoju fabuły. Film Wanga nieustannie oscyluje między biegunem politycznym a emocjonalnym, przy czym im bliżej końca, tym bardziej przeważa ten drugi. Można to odczytać jako celowe zmiękczenie krytycznego wydźwięku Żegnaj, mój synu, odsyłające na dalszy plan uwierające bohaterów mechanizmy polityki społecznej. Można też jednak dostrzec w tym humanistyczne priorytety reżysera, dla którego najważniejszy jest po prostu człowiek, a cała otaczająca rzeczywistość ma znaczenie drugorzędne wobec jego przeżyć i relacji z drugą osobą. Czy w Żegnaj, mój synu dostrzeżemy ucieczkę w egzaltację, czy empatyczną głębię, zależy już od nas.

Ostatnio dodane