Felietony - Cykle
Wyobraź sobie, że POPRAWNOŚĆ POLITYCZNA działa jeszcze skuteczniej…
WYOBRAŹ SOBIE, ŻE POPRAWNOŚĆ POLITYCZNA zmienia oblicze sztuki filmowej. Zobacz, jak ironia i dystans tworzą nieoczywiste pytania!
TO, CO PRZECZYTACIE PONIŻEJ TO PEWIEN EKSPERYMENT: PODNIESIENIE PEWNYCH ZAOBSERWOWANYCH TENDENCJI DO EKSTREMALNEGO POZIOMU. DO CZYTANIA PONIŻSZEGO TEKSTU NIEZBĘDNE JEST PRZYJĘCIE ODPOWIEDNIEGO DYSTANSU.
Poprawność polityczna jest modna i żywa, da się wyczuć ją wszędzie. Dotarła także do sztuki filmowej, której przez to mocno dziś doskwiera brzemię indoktrynacji. Ale czy taki sposób komunikowania się z innymi jest potrzebny?
Czy narzucanie określonego sposobu myślenia oraz kontrola tego procesu, bez względu na intencje, mogą zawierać w sobie coś pozytywnego? Czy narzucony odgórnie model społeczny będzie zdolny do zapuszczenia korzeni, jeśli jego wdrożenie będzie kosztowało wywrócenie posad obecnego świata do góry nogami? Co zyskamy na samym końcu tej drogi?
Poniższy, z gruntu ironiczny tekst powstał na skutek popuszczenia wodzy fantazji oraz zastosowania wyolbrzymienia. Postawmy się po stronie radykalnie lewicującego ideologa, odczuwającego niedosyt z obecnej sytuacji medialnej, i zobaczmy, co może urodzić się z jego marzeń. Poprawność polityczna dziś, a poprawność polityczna jutro? Choć pewnie trudno sobie to wyobrazić, bez względu na osiągany skutek, wciąż wielu osobom może ona przynosić mało satysfakcji. Przekonać ma nas o tym ten, znaleziony w szufladzie, otwarty list, który zaraz zaczniecie czytać. Kto się pod nim podpisze?
***
Drodzy filmowcy,
oglądając sytuację w branży filmowej, odnoszę wrażenie, że nie rozumiecie, na czym polega postępowe myślenie. Niby chcecie pracować na rzecz nowej, lepszej wizji świata, niby wykazujecie wrażliwość na wiele współczesnych problemów, ale robicie to tak nieporadnie, tak mało dosadnie, że ręce opadają.
Podstawowy problem polega na tym, że wciąż tych starań jest za mało. Kino musi się zmienić, bo zmieniło się przecież myślenie. Jeśli zatem, drodzy filmowcy, naprawdę chcecie być poprawni politycznie, zastosujcie się do moich kilku rad. Dopiero tak zyskacie prawdziwy poklask łaknącej zmian publiki.
Co z tymi kobietami?
Mimo że w ostatnich miesiącach na światło dzienne wyszła na jaw skala zjawiska seksualnego molestowania i wykorzystywania kobiet w przemyśle filmowym (a także i młodych mężczyzn, czego przykładem jest sprawa Asii Argento, o czym mówić jednak nie będę, bo zwyczajnie nie pasuje ani do tego, ani do żadnego innego akapitu), płeć piękna wciąż nie otrzymała od filmowców należytej rekompensaty. Wszak przez wiele tysiącleci były one przez mężczyzn wyzyskiwane i – w ramach patriarchatu – uznawane za winne grzechu. Dlatego teraz nadszedł czas, gdy to one powinny dojść do głosu.
Cóż z tego, że obecnie w co drugim filmie hollywoodzkim możemy znaleźć silną postać kobiecą, jeśli w dalszym ciągu otoczona jest ona spoconymi samcami (
Po pierwsze, powinny powstać specjalne szkoły aktorskie i reżyserskie przeznaczone tylko dla kobiet. W ten sposób łatwiej będzie kreować postacie czysto kobiece, a nie tylko takie, które kobiety udają, podczas gdy na zapleczu i tak wybierają męskie spodnie. Po drugie, płeć piękna powinna stopniowo zagarniać pierwszy plan widowisk, doprowadzając do sytuacji, w której będzie powstawać coraz więcej filmów opowiadających jedynie o kobiecych bohaterkach, wolnych od męskiej hegemonii. Siła girl power w końcu musi zaistnieć naprawdę. Mężczyźni niech sobie odpoczną, oni mieli już czas na to, by się wykazać.
A nawet jeśli kobiety wolą oglądać męskie postacie na ekranie, należy je uświadomić, w jak wielkim są błędzie, wciąż godząc się podświadomie na męski ucisk. Przygody przedstawicielek płci pięknej mogą być równie ciekawe. Przecież one też potrafią poradzić sobie na bezludnej wyspie, okraść bank, wejść na wysoką górę czy w końcu posługiwać się bronią. Magia kina jest w stanie wszystko uczynić prawdopodobnym.
Co z tymi terrorystami?
Poprawność polityczna to także nieszukanie problemu tam, gdzie go nie ma. Z filmów powinny zniknąć wszelkie sugestie dotyczące domniemanego niebezpieczeństwa, jakie stwarza postępująca islamizacja Europy. Powód? Nie ma jednoznacznych dowodów świadczących za tym, że istnieje związek między terroryzmem a islamem. Nie należy kierować się faktami, że muzułmanami byli zarówno piloci samolotów, które zaatakowały World Trade Center, jak i inni sprawcy największych zamachów ostatnich lat. Zjawisko muzułmańskich gwałtów i morderstw na kobietach europejskich także nie stanowi jeszcze takiego problemu, by móc nakręcić o tym rzetelny film.
W interesie ludzi jest bowiem zachowywanie spokoju. Nieważne, czy zakończy się to śmiercią bliskiej nam osoby, czy w końcu wybuchem wojny. Ważne, że nie działamy w tym wypadku impulsywnie. Agresją skażone jest bowiem zło dawnych czasów, co potwierdzą nasze babcie. Potrzebujemy więcej filmów pokroju
A że w międzyczasie chrześcijanom odcinane są dziś głowy – cóż, widocznie zasłużyli sobie na to krucjatami i inkwizycją. Quid pro quo – jak mawiał Hannibal Lecter, robisz coś dla mnie, a ja odwdzięczam się tobie.
Co z tymi niepełnosprawnymi?
W naszym interesie leży, by na wielkim ekranie pojawiało się coraz więcej osób niepełnosprawnych. I powinny to być obrazki nie tyle oddające prawdę, ile budujące wizję, w którą każdy z nas chciałby uwierzyć – że bycie niepełnosprawnym może być fajne. Popularyzacja różnego rodzaju ułomności zdoła przekonać te najsłabsze, stanowiące margines jednostki znajdujące się pośród nas, że nie są same, że życie nie jest tak beznadziejne, jak siedząca pozycja na wózku inwalidzkim. Być może na skutek udanej propagandy niedoskonałości dojdzie kiedyś do sytuacji, w której niepełnosprawność stanie się.
.. modna. Bycie słabym i nieporadnym (czy to ze swojej czy losu winy) będzie równało się z posiadaniem wyższego statusu społecznego, a może nawet ekonomicznego. To byłaby dopiero wyśniona sprawiedliwość społeczna – gdyby więcej dostawał ten, który więcej wypracować po prostu nie może.
Zastanówmy się głęboko – tak naprawdę nie ma niczego dobrego w ukazywaniu w filmie jednostki zdrowej, gdyż jest to przesiąknięte przesadną idealizacją człowieka, który jawi się wówczas jako byt pozbawiony wad. Im więcej niepełnosprawności na ekranie, tym lepiej, bo oddaje to prawdziwość naszej kulawej rzeczywistości. Przełoży się to na większą tolerancję, współczucie, empatię, czyli dokładnie te cechy, które w prostej linii prowadziły i prowadzą do społecznego dobrobytu. Gospodarka oparta na sile sprawnych rąk do nich nie należy. Dlatego właśnie Furiosa w Mad Maksie nie ma ręki, choć byłoby lepiej, gdyby nie miała także nogi.
Co z tymi mniejszościami?
Filmowcy starają się, jak mogą, by dopuścić do głosu wszelkie marginalizowane dziś grupy społeczne. Niestety, wciąż przedstawiciele mniejszości otrzymują zbyt małe pole do popisu. Sytuacja analogiczna jak w przypadku kobiet. Nie zadowala nas już Mały John czarnego koloru skóry, chcemy, by czarny był Robin Hood. Nie satysfakcjonuje nas już czarna Moneypenny, bo chcemy, by czarny był także James Bond i najlepiej, by był też kobietą. Różnorodność, różnorodność i jeszcze raz różnorodność. Koniec supremacji rasy kaukaskiej. Koniec z dominacją bieli. Świat jest o wiele barwniejszy.
Z tymi kolorami to też dzisiejsi twórcy są wyjątkowo monotematyczni. Nie bardzo rozumiem, dlaczego w momencie, gdy chce się zrobić dobrze jakiejś mniejszości etnicznej, zawsze wstawia się do filmu czarnego bohatera. A co z zaszczuwanymi Indianami? Co z pogardzanymi osobami żółtego koloru skóry? Co z ukrywającymi się pod urzędniczymi okularami Żydami? Dlaczego nie damy im w końcu możliwości wyjścia z cienia?
Z niego na szczęście dawno już wyszli homoseksualiści. Oscar za najlepszy film opowiadający o miłości czarnego geja jest tego dowodem. Pytanie tylko, czy dano go ze szczerych intencji i przekonań, czy po to tylko, by organizacje LGBT w końcu zamknęły buzię. W celu udowodnienia, że Hollywood ma kolor tęczy, powinno się w najwyższych kategoriach obligatoryjnie dopuszczać jeden film opowiadający o homoseksualizmie, nawet jeśli w ubiegłym roku tylko jeden taki film powstał. W dalszej przyszłości wypadałoby znieść także sztuczny podział na najlepszego aktora i aktorkę, który jest tworem zastygłym, nieskupiającym się na faktycznym talencie, ale na płciowości.
Ta, jak wiadomo, nie jest już taka jednoznaczna, gdyż po świecie nie chodzą już kobiety i mężczyźni, tylko hermafrodyty, czyli byty zawierające zarówno cechy męskie, jak i kobiece. Jak to niejednokrotnie podkreślaliśmy w mediach, płeć jest tylko tzw. konstruktem społecznym.
Tylko błagam, nie zadawajcie mi pytania, dlaczego da się jednocześnie wierzyć, że płeć jest względna oraz że należy wtórować feministkom w walce o prawa kobiet – przecież każda słuszność ma swoją słuszność.
Interesować to może żywo osoby transpłciowe. Oczywiście, że Scarlett Johansson miała rację, rezygnując z roli osoby transpłciowej i robiąc tym samym miejsce innej osobie transpłciowej, która lepiej wcieliłaby się w osobę transpłciową. Natomiast to, czego zrozumieć nie umiem, to to, dlaczego sama nie zmieniła płci po to, by – zgodnie z metodą Stanisławskiego (którą Scarlett zna pewnie dobrze z podręczników) – oddać prawdziwość roli, którą jej zaproponowano. Przecież w dzisiejszych czasach zmiana płci nie stanowi większego problemu, a gdyby aktorce nie podobała się nowa skóra, zawsze mogłaby wrócić do pierwotnej formy.
Z pewnością zyskałaby tym ruchem jeszcze więcej poparcia. Bo jeśli aktorzy mogą przytyć, stając się z chuderlaka hipopotamami, i są za to nagradzani Oscarem, to wyobrażacie sobie, jakiego zaszczytu musiałaby dostąpić Scarlett, gdyby zdecydowała się na ruch tego rodzaju.
Co z tą historią?
Wciąż nie rozumiem powszechnych zarzutów wystosowywanych w kierunku filmowców odnośnie do tendencji do zakłamywania historii i rzekomej nierzetelności w tym zakresie. Nasze matki, nasi ojcowie – złe, Pokłosie – złe, Ida – zła. Przecież film to byt artystyczny i do decyzji artysty należy, jakie fakty z historii są według niego atrakcyjne, warte uwypuklenia, a jakie nadają się do puszczenia w zapomnienie lub też do służącego dobru ogólnemu przeinaczenia. Nie wszystkim ta sztuka wychodzi, bo jak pamiętamy, taki Mel Gibson, mieszając w historii Wallace’a, ustanowił niezwykle czytelny manifest męskości. A jak wiadomo, nie ma nic gorszego niż biały, silny facet, umierający z miłości do kobiety.
Pamiętajmy, że jesteśmy tu i teraz, w XXI wieku, świecie otwartym i tolerancyjnym, a nie w inkwizycyjnej, średniowiecznej Europie. Dlatego w filmach opowiadających o przeszłości zjawisko wzbogacania ich elementami służącymi do formułowania słusznego – z punktu widzenia dzisiejszej socjologii – komunikatu powinno być powszechne. Nikt nie czyta już podręczników historii, wszyscy żyją tu i teraz. Dlatego o wiele lepiej będzie, gdy w ślad za Jezusem podążać będą czarni apostołowie. Ba, niech Jezus też będzie czarny. Albo najlepiej żółty, co by tylko czarnym nie schlebiać.
Taka sama zasada powinna zostać zastosowana w innych widowiskach historycznych, czyniąc z przedstawicieli wszelkich mniejszości – także homoseksualistów i kobiet – bohaterów wojennych, nieważne, czy ich udział był zgodny z prawdą, czy też nie. Ważne, jaki słuszny komunikat zostanie po takim zabiegu zaszczepiony w publice.
Podpisano
Tęczowy wojownik
