Felietony - Cykle
STARE DZIADY kontra MARVEL. Czy filmy superbohaterskie rzeczywiście są zagrożeniem dla kina?
Kino czy parki rozrywki? Pełnowartościowe dzieła filmowe czy produkty przeznaczone do bezrefleksyjnej konsumpcji?
Wszystko zaczęło się jesienią 2019 roku, gdy Martin Scorsese udzielał wywiadu magazynowi „Empire”. Zapytany o stosunek do superbohaterskich produkcji sygnowanych logiem Marvela, reżyser odpowiedział: „Nie oglądam ich. Próbowałem. Ale to nie jest kino. Szczerze mówiąc, najbliższym skojarzeniem, jakie przychodzi mi do głowy, gdy o nich myślę – z całym szacunkiem dla aktorów, którzy starają się jak mogą – są parki rozrywki. To nie jest kino ludzkich istot, które starają się przekazać emocjonalne, psychologiczne doświadczenia innym ludzkim istotom”. Jak wszyscy dobrze wiemy, po tych odważnych słowach w świecie filmu rozpętała się prawdziwa burza.
Swoją dezaprobatę wyrazili przede wszystkim twórcy bezpośrednio związani z produkcjami Marvela, tacy jak James Gunn czy Joss Whedon. Pierwszy z nich napisał na Twitterze: „Martin Scorsese jest jednym z moich pięciu ulubionych żyjących reżyserów. Byłem wściekły, gdy ludzie protestowali przeciwko Ostatniemu kuszeniu Chrystusa, nie obejrzawszy wcześniej filmu. Przykro mi, że teraz on ocenia moje filmy w taki sam sposób”. Niecałe dwa miesiące temu Gunn w dość radykalny sposób uzupełnił swoją wypowiedź, dodając, że z perspektywy czasu zachowanie Scorsese wydaje mu się „obrzydliwie cyniczne” i jego zdaniem nie służyło ono niczemu innemu, jak tylko promocji Irlandczyka, który trafiał wówczas do kin oraz na Netfliksa.
Sam twórca Chłopców z ferajny, nieco zaskoczony odzewem, z jakim spotkały się jego słowa, postanowił doprecyzować, o co dokładnie chodziło w feralnej wypowiedzi. Efektem okazał się całkiem obszerny tekst zatytułowany „Powiedziałem, że filmy Marvela to nie kino. Pozwólcie mi wytłumaczyć”, opublikowany na łamach „New York Timesa”. Scorsese m.in. porównał w nim produkcje Marvela z filmami realizowanymi przez Alfreda Hitchcocka, które również, zdaniem reżysera, miały swego czasu wiele wspólnego z parkami rozrywki: „Ludzie szli do kin, oczekując zaskoczenia oraz dreszczyku emocji, i nie wychodzili rozczarowani”. Tym, co różni od siebie filmy Marvela i te, które wyszły spod ręki brytyjskiego mistrza suspensu, jest według Scorsese:
objawienie, zagadka i prawdziwe emocjonalne zagrożenie. Nic nie jest tu [w produkcjach Marvela] na szali. Te filmy tworzone są po to, żeby zaspokoić konkretny zbiór oczekiwań; konstruowane na bazie skończonej ilości tematów i motywów. W nazwach to sequele, ale w duchu remaki, i wszystko w nich jest oficjalnie usankcjonowane, bo inaczej po prostu być nie może. Taka już jest natura współczesnej filmowej franczyzy: opartej na badaniach rynkowych, testach na publiczności, sprawdzonej, zmodyfikowanej, jeszcze raz sprawdzonej i jeszcze raz zmodyfikowanej, tak długo, aż będzie gotowa do konsumpcji.
W ostatniej części tekstu amerykański reżyser dzieli się swoimi obawami związanymi z dominacją Marvela na rynku filmowym: „Jeżeli ludzie będą otrzymywać tylko jeden rodzaj produktu i będą go otrzymywać bez końca, to oczywistym jest, że będą oczekiwali coraz więcej i więcej”. Słowem, Scorsese postrzega filmy superbohaterskie realizowane w ramach filmowych franczyz jako zagrożenie dla sztuki przez duże S, z którą widownia nie będzie już miała stałego, kinowego kontaktu. Autor Kasyna zakończył swój tekst wyjątkowo emocjonalnym, osobistym akcentem: „Dla każdego, kto marzy o kręceniu filmów i dopiero zaczyna to marzenie realizować, sytuacja jest brutalna, nieprzychylna sztuce. I sam przymus pisania tych słów napełnia mnie potwornym smutkiem”.
Okazało się, że obawy Scorsese podziela więcej uznanych twórców filmowych. Do autora Ostatniego kuszenia Chrystusa dołączyli wkrótce chociażby Ken Loach („Tworzą towary niczym hamburgery, nie chodzi tutaj ani o komunikację z odbiorcą, ani o dzielenie się swoją wyobraźnią”) i Alejandro González Iñárritu („Publiczność jest po nich nastawiona tylko na zwroty fabularne i wybuchy, nikogo nie obchodzą już autentyczne ludzkie doświadczenia”).
Najbardziej radykalny ze wszystkich okazał się się jednak Francis Ford Coppola, który w wywiadzie dla France 24 przyznał wprost: „Nie wiem, czy ktokolwiek wynosi cokolwiek z oglądania cały czas tego samego filmu. Martin miał rację, gdy powiedział, że to nie jest kino. Nie powiedział jednak, że to odrażające, ja natomiast właśnie tak twierdzę”. Przeciwko produkcjom Marvela wypowiedział się w ostatnim czasie również Denis Villeneuve i to jego oświadczenie, po raz kolejny podgrzewające atmosferę wokół tematu, skłoniło mnie do napisania tego tekstu: „Być może problem polega na tym, że zbyt wiele filmów Marvela realizowanych jest na zasadzie «kopiuj, wklej». Być może tego typu filmy zamieniły nas trochę w zombie”.
A zatem – jak to jest z tymi filmami Marvela? Kino czy parki rozrywki? Pełnowartościowe dzieła filmowe czy produkty przeznaczone do bezrefleksyjnej konsumpcji? Cóż, z całą pewnością są to wytwory kultury masowej. Edgar Morin, jeden z pionierów teoretycznej refleksji nad kulturą masową (zwaną również „przemysłową”), już na przełomie lat 50. i 60., pisał, że wytwory takiej kultury w systemie prywatnym (kapitalistycznym) będą robiły wszystko, aby przypodobać się odbiorcy – innymi słowy, wytwory kultury będą w nim zawsze przystosowane do publiczności, a nie na odwrót (jak w systemie państwowym, w którym to odbiorca ma być kształtowany przez kulturę).
Stąd bierze się chociażby krytykowana przez Coppolę czy Villeneuve’a seryjność, depersonalizacja aktu twórczego, a także, wspomniane przez Scorsese, badania rynkowe czy testy na publiczności, nie będące wszak w historii Hollywood ani niczym nowym, ani nadzwyczajnym. Film, w który zainwestowane zostały miliony dolarów, ma się przede wszystkim podobać, niekoniecznie zaś wyrażać złożone przemyślenia autora. Z drugiej strony zaś, jak zauważa Morin, „przemysł kulturalny potrzebuje produktów koniecznie zindywidualizowanych. Pomysł filmu może uwzględnić kilka standardowych przepisów (intryga miłosna, happy end), ale powinien być zindywidualizowany, oryginalny, niepowtarzalny.
(…) Nawet uczucia można podawać w puszkach. Ale trzeba spełnić jeden warunek: wychodzące z seryjnej produkcji towary muszą być zindywidualizowane”1.
W owej indywidualizacji upatrywałbym największej zalety (a zarazem szansy) uniwersum Marvela. Takie filmy jak Strażnicy Galaktyki, Strażnicy Galaktyki vol. 2 czy Thor: Ragnarok noszą wyraźne piętna swoich autorów. Artystyczna osobowość twórców okazała się na tyle wyrazista i atrakcyjna, że bez problemu przebiła się przez komercyjną powłokę każdorazowo towarzyszącą wysokobudżetowym produkcjom superbohaterskim.
Strażnicy Galaktyki to dla mnie przede wszystkim film Jamesa Gunna, a Thor: Ragnarok to przede wszystkim film Taiki Waititiego – dopiero w drugiej kolejności myślę o nich jako o produkcjach spod szyldu Marvela. Zresztą taka strategia wydaje mi się dla studia najkorzystniejsza, zarówno pod względem wizerunkowym, jak i artystycznym: zaprosić do współpracy reżyserów, których charakteryzuje rozpoznawalny, ukształtowany już styl, a następnie pozostawić im znaczącą swobodę twórczą – pozwolić rozwinąć skrzydła pod egidą spójnego uniwersum. W ten sposób zyskują wszyscy: reżyserzy, producenci i widzowie.
Czy produkcje Marvela są rzeczywistym zagrożeniem dla kina – tak jak obawia się tego Martin Scorsese? Nie wydaje mi się. Wystarczy cofnąć się do przełomu lat 70. i 80., zobaczyć, z jak krytyczną recepcją spotykały się filmy zaliczane dziś do nurtu kina Nowej Przygody, tworzone przez dobrych znajomych Martina Scorsese i Francisa Forda Coppoli. Jerzy Płażewski poważnie ostrzegał wówczas na łamach naszego rodzimego „Kina” przed rażącą infantylizacją dziesiątej muzy:
Jeżeli w ogromnym uproszczeniu z kinem „nowej fali” wiązał się widz refleksyjny, dociekliwy, szukający nowych doświadczeń, ale ciekaw i starych, to z kinem Nowej Przygody kojarzy się nastolatek spragniony nieskomplikowanych moralnie efektów spektakularnych i gardzący wszelkimi innymi formami filmowej filmowej ekspresji. Innymi słowy – „nowa fala” tolerowała obok siebie poetyki dotychczasowe, a nawet usiłowała je twórczo przekształcać, gdy Nowa Przygoda zmierza do wyłączności (niezależnie od tego, czy takie jest świadome dążenie jej twórców).
(…) Jeśli miękkimi łapkami poczciwego E.T. mielibyśmy wykarczować trudne, ale piękne kino Resnais’go, Wendersa czy Tarkowskiego, to Nowa Przygoda byłaby najferalniejszą przygodą kinematografii2.
Dzisiaj takie ostrzeżenia brzmią po prostu absurdalnie. Poszukiwacze zaginionej Arki, Gwiezdne wojny: Nowa Nadzieja czy Powrót do przyszłości to niekwestionowane klasyki kina, oglądane przez właściwie wszystkie grupy wiekowe (nie tylko przez „gardzących innymi formami filmowej ekspresji” nastolatków). Filmy superbohaterskie czerpią ze spuścizny kina Nowej Przygody pełnymi garściami – są jego naturalnym, współczesnym przedłużeniem. I tak jak „miękkie łapki poczciwego E. T.” nie zadusiły filmów Alaina Resnais’go czy Wima Wendersa, tak zielone pięści Hulka nie zetrą w proch kina Martina Scorsese czy Francisa Forda Coppoli.
Sam nie oglądam wszystkich filmów wyprodukowanych przez Marvela – nie każdy z nich wydaje mi się równie wartościowy, godny uwagi. Przyszłość studia pod względem artystycznym maluje się jednak w bardzo jasnych barwach: kolejne filmy pod jego sztandarem realizować będą wspomniani James Gunn i Taika Waititi, niedługo na polskie ekrany trafią również Eternals wyreżyserowani przez nagrodzoną Oscarem Chloé Zhao. A zatem raz jeszcze: kino czy parki rozrywki? Cóż, być może najzdrowsze podejście ze wszystkich zaprezentował Paul Schrader, który stwierdził, że miano „kina” należy się nie tylko filmom Marvela czy Martina Scorsese, ale również nagraniom kotów na YouTube.
1E. Morin, Przemysł kulturalny, w: Nowe media w komunikacji społecznej XX w., pod red. M. Hopfingera, Warszawa 2002, str. 556–557.
2 J. Płażewski, Nowa Przygoda – i co dalej?, Kino 1986, nr 5, s. 33–39.
