search
REKLAMA
Felietony

MENU. Nie oglądajcie tego filmu, SMAKUJCIE w nim PRZEMOC i ZEMSTĘ

Przemoc w produkcji „Menu” ma smak wyborny.

Odys Korczyński

12 stycznia 2023

Menu 1
REKLAMA

Stwierdzenie, że przemoc jest prostym zadawaniem bólu, jest ogromnym spłyceniem tego pojęcia. Takie właśnie zaszufladkowanie przemocy prowadzi do zjawiska jej relatywizacji zarówno w realnym życiu, jak i w fikcyjnym kinie. Co jakiś czas jednak pokazanie jej przez filmowców okazuje się na tyle głębokie, że nie można się bez niej obyć w danym tytule, a jej artystyczny wizerunek – o ile w ogóle można tak określić sposób interpretacji przemocy – okazuje się wartością samą w sobie, umożliwiającą widzowi wejście w świat przedstawiony w filmie. Przemoc więc generalnie smakować dobrze nie powinna, poza kilkoma wyjątkami np. zemstą, niektórymi zabawami seksualnymi, obroną siebie, ale w Menu jej smak jest wyborny. O czym więc to świadczy?

Przede wszystkim o tym, że jesteśmy zwierzętami, które nauczyły się kontrolować przemoc na tyle, żeby wykształcić cywilizację. Skutecznie więc staliśmy się gatunkiem dominującym, bo nasza kontrola przemocy stała się nie tylko narzędziem do kontroli popędów, ale i elementem sztuki, czyli aktywności estetycznej, a z czasem także czysto rozrywkowej. Jestem świadomy, że wielu ludzi się na mnie obruszy albo nazwie barbarzyńcą, ale o inteligencji naszego gatunku świadczy nie to, że dążymy do stania się pacyfistami, ale że potrafimy bawić się przemocą, trzymać ją w ryzach na tyle, że jest elementem naszego świata rozrywki. Nie oceniam teraz, czy to dobre, czy złe. Nie patrzę na razie w przyszłość, żeby wieszczyć nasz koniec. On i tak przyjdzie, jak każdego gatunku, który był i jest obecny w ziemskim ekosystemie. Być może go przyspieszamy swoim nonszalanckim wykorzystywaniem planetarnych zasobów. Może przemoc w końcu zerwie się nam z łańcucha i wybuchnie globalna wojna nuklearna? Nie wiem tego. Wiem za to, że w procesie historycznym wieszczy się koniec świata od setek lat, a on wciąż nie nadciąga. Sugeruje się, że wojny i przemoc skończą w nas wszystko, co piękne, a wojny wybuchają i mijają, a my wciąż tworzymy sztukę uznawaną za wspaniałą na gruzach i trupach niewinnych ofiar z czasem przemieniających się w bezosobowe płyty nagrobne. Coś więc jest nie tak z naszą oceną dziejowych zagrożeń, więc dlatego nie wnikam. Patrzę za to na fakt, który tak czytelnie i nowatorsko ukazał Mark Mylod w Menu. Przemoc jako element życia jest nieodzowną nauką funkcjonowania w społeczeństwie. Mało tego, odpowiednia na nią odpowiedź, która również bywa przemocowa, pozwala nam uratować się z wielu opresji, bo ochrona nas samych nie zawsze może obyć się bez przemocy. Kontrola przemocy więc jest jak najbardziej potrzebna, ale jej całkowita eliminacja z życia, a więc i ze sztuki filmowej, wystawi nas tylko na niebezpieczeństwo, wydelikaci, obedrze ze zdolności przetrwania, co przekażemy dalej, naszym dzieciom, a być może właśnie wtedy nasz gatunek szybciej otworzy wrota swojego ziemskiego grobowca.

Co do jakości Menu zdania są wśród krytyków podzielone. Niektórzy są wprost zachwyceni, a inni uważają produkcję za wyraz pretensjonalnego zamachu Amerykanów na artystyczne kino europejskie. Jeszcze inni zachowują postawę zimną, a właściwie szarą, bo nie chcą zająć jednoznacznie stanowiska. Miotają się więc między stwierdzeniami, że pomysł Menu jest ciekawy, chociaż realizacja nie aż tak nowatorska, jakby tego chcieli. Zostawię więc jednak ocenę formalną produkcji znawcom. Mnie interesują dwie postaci pełne wysublimowanej przemocy i koniecznej, przemocowej odpowiedzi na nią – szef kuchni Slowik (Ralph Fiennes) i Margot (Anya Taylor-Joy).

Najprościej dla fabuły można by ich podzielić na Słowika-antagonistę i Margot-protagonistkę. Byłby to jednak podział niesprawiedliwy głównie dla Slowika. Szef kuchni jest człowiekiem wymykającym się prostym kategoryzacjom moralnym. Niezbyt wiele wiemy o jego przeszłości, prócz monologu, który wygłasza, stojąc przy swojej pijanej matce i fotografii w jego pokoju. Fabuła kładzie jednak nacisk na bardzo głęboki resentyment Slowika skierowany ku ludziom bogatym, znanym, generalnie znaczącym coś w społeczeństwie, których decyzje wpływają na życie innych i to w sposób radykalny. To właśnie jest główna klientela szefa kuchni. Jak jednak stwierdza na początku Tyler (Nicholas Hoult) – Szefowie kuchni grają surową materią życia i śmierci. Tak więc Slowik w końcu ma odwagę dokonać straszliwego, lecz słusznego rachunku sumienia i oceny tych, którzy go zawsze podziwiali. Okazuje się więc, że to podziw udawany, służalczy, interesowny, pusty i nieprawdziwy. Akceptujcie to wszystko i wybaczajcie – jak powiedział Slowik, lecz nikt z sali go nie usłuchał, może z wyjątkiem Margot. Czy umrzemy z tymi, co dają, czy z tymi, co biorą? To nasz główny wybór, który w końcu, jak wiemy już z fabuły, Margot zrozumiała, dając Slowikowi i zrozumienie przemocy i wybaczenie. Mogła natomiast to zrobić tylko dlatego, że należała do klasy przerzucaczy gówna, czyli klasy usługodawców. Slowik nie jest psychopatą. On jest racjonalnie spoglądającym na swoje życie człowiekiem, który funkcjonuje wedle pierwotnych zasad ochrony własnego gatunku. Gdyby był antagonistą, zabiłby…

Nie słuchajcie więc tych krytyków lub w sensie ogólniejszym, zakochanych w Marksie i Engelsie socjalistów, którzy będą twierdzić, że film Menu jest ukazaniem typowo kapitalistycznej walki klas, która prowadzi do jedynego dobrego rozwiązania społecznego, czyli zrównania wszystkich, ale najpierw wymierzenia ślepej sprawiedliwości obszarnikom. Walka klas istniała daleko wcześniej, niż w ogóle ktokolwiek pomyślałby o ustroju kapitalistycznym. W komunizmie za to nigdy żadnej równości nie było, a tzw. równość porewolucyjna dość szybko prowadziła do ukształtowania konstrukcji społeczeństwa znanej z państw totalitarnych. A więc znakomita większość ludności danego państwa jest walczącą między sobą o byt klasą służalczą dla wąskiej kasty wytypowanych przez wodza lub kilkuosobowy komitet partyjny klasy panów. Przejście zaś z klasy do klasy jest z zasady niemożliwe, chyba że poprzez wyjątkowo niemoralne postępowanie, które stanowi jeden z filtrów odsiewających tych nadających się do rządzenia od tych, których mentalność tego nie umożliwia. I co z tego więc, że jakiś krytyk powie: Menu jest filmem przedstawiającym walkę klas oraz krytykę próżnej, bogatszej części społeczeństwa. To jeszcze nic nie znaczy. Jest wręcz truizmem albo, jak kto woli, recenzenckim komunałem. Trzeba jeszcze postawić dobitną ideologicznie kropkę nad „i” nad tym stwierdzeniem, a do tego potrzebna jest właśnie ta wielokrotnie wspominana przeze mnie przemoc, a raczej jej wysmakowana forma po mistrzowsku zaprezentowana przez Ralpha Fiennesa, reżysera Marka Myloda oraz scenarzystów Setha Reissa i Willa Tracy’ego.

Przemoc to nie prostackie zadawanie bólu, lecz uświadamianie innym, że przegrali. Przemoc to stosunek do świata, który chce się zdominować, mieć na własność, co nie zawsze jest złe, chociaż bywa tak oceniane. Przemoc to obrona siebie przed innymi. Menu stworzone przez Slowika jest metaforą życia. Pierwsze danie – Wyspa, czyli ostatnia wyprawa w miejsce odosobnienia, pozostawienie swojego świata za sobą. Drugie danie – Bezchlebowy talerz chleba, czyli upadek, doświadczenie przeciwieństw, wejście w czyjeś buty. Trzecie danie – Wspomnienie, czyli uwiadomienie sobie, że cała reszta życia już nie wróci. Czwarte danie – Porażka, a więc uznanie swoich dotychczasowych osiągnięć za nic nieznaczące w obliczu krwiożerczej przyszłości. Piąte danie – Męskie szaleństwo, czyli zapoznanie się z obliczem śmierci, czas na jej oswojenie. Szóste danie – Gówniane danie Tylera, a więc żałosna próba wykupienia się z objęć kostuchy. Siódme danie – Cheeseburger oznaczający dla jednych ukojenie i życie, a dla innych koniec, który tak łatwo mogli od siebie odsunąć, gdyby byli szczerzy. Siódme danie alternatywne – Pianki pieczone z ludzkim mięsem i czekoladą. Śmierć się dokonała, lecz nie była ona niczym innym niż transformacją chemiczną. Dopiero my jej nadaliśmy moralne znaczenie.

Odys Korczyński

Odys Korczyński

Filozof, antyteista, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu w wydaniu Slavoja Žižka, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz reklamowym. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

zobacz inne artykuły autora >>>

REKLAMA